czy pamiętacie jetsonów -film rysunkowy z dawnych czasów?
przypomniałam sobie o nich, kiedy przymierzyłam swój najnowszy wytwór - coffee tunic, a to z powodu wielgaśnego golfu. nie narzekam - taki chciałam, więc taki mam (sama robiłam :))












jak już kiedyś wspominałam, mam ostra fazę na czerwień, stąd ten kolorek nie mający nic wspólnego z nazwą tego projektu

miałam trochę kłopotów przy dzierganiu golfu - prułam dwa razy zanim stał się akceptowalny. cała zabawa polegała na tym, że jest podzielony na trzy strefy - najpierw robi się "normalnie", potem dobiera drugie tyle oczek, a na koniec zmienia się druty na grubsze. wszystko po to, żeby golf "odchodził" od szyi.
powodem pierwszego prucia było zwyczajne gapiostwo - zrobiłam zbyt długą "zwykłą"część. początkowo próbowałam to zignorować i robiłam dalej ale uzyskałam komiczny efekt głowy na tacy (co podczas podroży w dalekie kraje, na co nieustannie mam nadzieję, może być kuszące dla tubylców). sprułam. potem pilnowałam się już bardzo ale na samym końcu zbyt luźno zakończyłam robótkę i utworzyła się falbanka. jak widać, dużo prawdy jest w powiedzeniu, że do trzech razy sztuka:)


moja wersja jest trochę krótsza niż oryginał z prostej przyczyny - zabrakło mi włóczki:( a taka jest już nie do kupienia, bo dopadłam ją na allegro u raveny. troszkę szkoda... ale wyszła całkiem fajna kamizela.

kite designer, jezzabel, aniu, fiubździu - dziękuję za życzenia powrotu do zdrowia. podziałało i wychodzimy na prostą . mam nadzieję, że w weekend będą całkiem zdrowe.


ps ta kamizelka jest jakaś zaklęta. cały czas próbuję zrobić w miarę przyzwoite zdjęcie ale nie udaje mi się. zła jestem jak diabli. chyba kupię sobie plastikową Lolę - niech marznie na balkonie, kiedy pstrykać fotki:)
dzień zaczął się dzisiaj dosyć przyjemnie - pada śnieg. pierwsze wrażenia są mocno pozytywne, bo wreszcie jakaś odmiana od jesiennej szaroburości. obawiam się niestety, że dobry nastrój nieco zwietrzeje podczas zakupów warzywno-owocowych na bazarku, ale na razie jest bajecznie




karolinka siedzi z nosem przyklejonym do szyby i śpiewa wszystkie znane jej zimowe piosenki.
ja nastawiam się psychicznie do ostatecznego ocieplenia roślin przed zimą, poza tym trzeba spuścić wodę z kranu do podlewania itp.
troszkę smutno mi z tej okazji, bo to już definitywnie koniec sezonu ogrodniczego... ale przezornie zaopatrzyłam się w przyjemną piłkę ręczną i jeśli będzie mi się bardzo, bardzo nudziło to zrobię sobie porządek z suchymi gałęziami:)
ale...z drugiej strony zaczyna się pora herbatek, grzańców;) i braków wyrzutów sumienia, że jest tyle pracy dookoła domu, a ja sobie siedzę i robię na drutach


co do dokonań dziewiarskich, to raczej niewiele tego. moje maluchy są chore: zakichane, zasmarkane i z gorączką. biegam więc i robię co chwilkę herbatkę z soczkiem malinowym, walczę z lekarstwami (alutka pluje bardzo energicznie!!!), ubieram, okrywam, gotuję rosołki, oklepuję, nacieram.... w nocy słucham czy wszystko w porządku. jestem padnięta! obecne pobudzenie wynika ze znacznych ilości kofeiny w moim krwioobiegu.

ale mimo wszystkich przeciwności finiszuję z coffee tunic (hehehehe), która w oryginale wygląda tak:



moja jest czerwona, jak na prawdziwą :) coffe tunic przystało. myślę, że dzisiaj ją zblokuję.



w dalszym ciągu trenuję magic loop. tym razem zrobiłam próbnego kwiatucha do filcowania. nieco toporny jegomość, bo robiony z grubaśnej wełny -freedom wool




koraliki nie są jeszcze przyszyte, bo nie wiem czy nie trzeba go jeszcze dofilcować.
chciałabym znaleźć cieńszą wełnę, która nadaje się takich zabaw, ale przyznam, że mam z tym spory kłopot.


kath- pewnie tak się skończy, że kupię prymy, chociaż przyznaję, że napaliłam się na knitpicksy. na razie odkładam jak mogę wizytę w pasmanterii, bo to zawsze wiąże się z ryzykiem niekontrolowanych zakupów:)

spręzyno - nie było aż tak bardzo tragicznie z tymi moimi przaśnymi drutami, ale nie mam porównania z niczym innym.


fiubździu - witaj! miło usłyszeć (przeczytać?) komplement od autora. co do szwów - faza maniakalna zbliża się ku końcowi :)))) i eva zostaje.
to fakt - jestem ostatnio marudna do granic wytrzymałości otoczenia. kryzys jakiś mam, czy co?

żeby troszeczkę się rozweselić i odupierdliwić (to właściwe określenie mojego stanu, może nie najpiękniejsze, ale najbardziej trafione), postanowiłam nauczyć się czegoś nowego i pożytecznego.
pomyślałam, że małe osiągnięcie przywróci mnie na właściwe tory:)

zaczęłam więc od filmu, który podrzuciła Kath u siebie na blogu (dzięki jeszcze raz) i zaczęłam trenować metodę magic loop. męczyłam się dopóki mnie nie olśniło, że przecież nie wszyscy są leworęczni i wyciągam przy starcie niewłaściwy drucik (a dziwiłam się dlaczego mi nie wychodzi tak jak powinno) w końcu wyprodukowałam Cosia, niewielkiego, ale byłam z siebie dumna :)




postanowiłam dalej trenować...
ale dlaczego mam dziergać kolejne Cosie? potrzebowałam nowych wyzwań. zabrałam się więć za rękawiczki dla Karolinki. wyciągnęłam z kosza jakieś resztki i wydziergałam:







nie są idealne, ale dają się założyć ... i jak na ćwiczenie nowej techniki to nawet nieźle wyszło.
oczka na "łączeniach" są trochę nierówne, przyznaję się bez bicia. myślę, że z czasem będzie lepiej. pracę utrudniała mi zła jakość żyłki, która wiele już w swoim życiu przeszła i nawet gorąca woda nie dała jej rady. coraz cieplej myślę więc o fajnych drutkach, takich jakie ma Kath...
no, ale zobaczymy... może zacznę od kupna nowych inoxów :)

a tak w ogóle to po takim wysiłku zasłużyłam sobie na sesyjkę bębnienia w cywilizację, co też uczyniłam i zmiotłam z powierzchni ziemi holandię i francję, co mnie nieco ożywiło :))))


dziewczyny - dziękuję Wam za miłe słowa - nie powiem - podbudowały mnie. chyba jednak nie będę robić innej wersji:) czasem trudno jest spojrzeć w miarę obiektywnie na swój własny wytwór i tym bardziej jestem Wam wdzięczna za opinie.
a tak najbardziej cieszę się, że ktoś czyta to, co wypisuję:))))
longoria w swoim czekoladowym wdzianku
no, ale jak wiemy, "prawie"robi wielką różnicę. niestety;)




wdzianko robiłam na podstawie opisu Fiubździu. zinterpretowałam go raczej swobodnie.
no i znowu kłania się "prawie" - przez co następna wersja już w drodze. drażnią mnie szwy: albo nie potrafię dobrze zszyć dzianiny albo marudna jestem do niemożliwości




dziergałam z alpiny i wydaje mi się, ze przy tej grubości dzianiny szew jest zbyt wyrazisty, oględnie mówiąc..


ale kolorek to cudowny ma ta alpina. idealna gorzka czekolada... hmmm......
a dla mnie krok stumilowy. wyprodukowałam mitenki.







nawet nadają się do założenia - poprawka - ja nie wstydzę się ich nosić. jestem nawet zadowolona.

jest to drugie podejscie do produkcji tego typu. podglądałam oczywiście wzory na ravelry ale koniec końców nie chciało mi się siedzieć przed komputerem albo przepisywać (radek, zwany małzem wyniósł drukarkę do pracy i jakoś biedna nie może wrócić z powrotem) i wymyśliłam sama (lenistwo to siła napędowa do tworzenia wynalazków). nawet modelowanie nadgarstka było
ćwiczone, bo chociaż jestem raczej niezbyt chuda to nadgarstki mam wątłe:)

przeszły już swój chrzest bojowy podczas grabienia liści w ogrodzie. muszę przyznać, że niekochana przeze mnie oliwia jest bardzo ciepła: "ujutna" - jak mawiała moja pani promotor albo, jak ktoś woli- daje wysoki komfort cieplny (zaczytywałam się ostatnio instrukcją obsługi programatora do naszego pieca - hehehehe).
kolor brązowy jest nieco mniej plastikowy w dotyku niż śliwkowy, ale mechaci się szybko, co prawda niezbyt mocno, tym niemniej jednak wyrób ewidentnie traci "świeżość".
po prostu muszę do pokazać.

kiedy wstałam rano, Małż wychodził do pracy, a dzieci ( wstają o nieludzkich porach) siedziały sobie grzeczniutko na kanapie i oglądały książeczki z cliffordem. scena jak z obrazka.
spokojnie więc udałam się do kuchni, żeby zrobić sobie poranną kawusię, tak na ocucenie. czekało mnie bowiem ważne zadanie: chorowanie! gardło bolało mnie jak jasny gwint, coś łupało w plecach i kolanach, ogólnie nie najlepiej to wszystko wyglądało.
zrobiłam co miałam zrobić, odwróciłam się i zobaczyłam pustą kanapę. od razu wiedziałam, że kroi się jakaś grubsza sprawa, bo było jakoś tak cicho....
rozejrzałam się dookoła - no tak, furtka zabezpieczająca schody była otwarta! widocznie nie zamknęłam jej schodząc.
poszłam na górę, po drodze włosy jeżyły mi się coraz bardziej, bo w dalszym ciągu było cicho....
wreszcie weszłam do pokoju Karolinki, gdzie obie córeńki oddawały się twórczości plastycznej - na swoich buziach!!
stąd taka zgoda między nimi.






ile mnie nie było? wydaje mi się, że chwilę dosłownie, bo nalałam mało wody do czajnika, więc zagotowała się szybciutko.
mam nauczkę na przyszłość: trzeba chować farby najwyżej jak się da, a nie zostawiać na biurku!

myłam je długo, łącznie z włosami. Z przedszkola wiec dzisiaj nici. jedyna korzyść - ozdrowiałam błyskawicznie. pochoruję dopiero wieczorem, po powrocie Małża z pracy.
na szczęście teraz trochę się zdrzemnęły....
dokładnie tak!
układanie schodów na się wyraźnie ku końcowi - przynajmniej takie mam optymistyczne założenia- czas przestać się obijać i wziąć poważnie do roboty.


ala nie umie jeszcze dobrze mówić, więc postanowiła świecić dobrym przykładem...

poskutkowało
natychmiast poczułam dziki przypływ energii i nie dosyć, że posprzątałam dokładnie w domu, to nawet reanimowałam truchło z koszyka z robótkami. czas najwyższy, bo jest to sweterek dla córeczki mojej przyjaciółki. zaczęłam dziergać go jeszcze w lecie, a dzidzia rośnie jak na drożdżach. od nowości była postawną kobitką, więc teraz leniwa ciotka się nieco denerwuje, czy sweterek będzie dobry:)

dorobiłam rękawki i ząbkowaną pliskę. robiłam w całości - to ostatnio mój ulubiony sposób na raglany. troszkę się nadłubałam, bo włoczka cieniutka - na druty 2,5. ale kiedy zobaczyłam te ciapki, od razu wiedziałam, ze musi być z niej coś dla dzieciaczka.
entuzjazm trochę mi opadł w trakcie dziergania, bo robiłam, robiłam i niewiele przybywało...



ale powiem nieskromnie, że mi się podoba
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy