oto owoc mojej pracy mocno koncepcyjno- manualnej.






Lola zgodziła się łaskawie zaprezentować yoka w romantycznej prawie zimowej scenerii (bo z zimy to u nas jest tylko 5 stopni mrozu i ani grama śniegu).

w dalszym ciągu pozostaję w fazie zastanawiania się.
myślę jednak troszkę nieśmiało, że może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - podoba mi się ogólny pokrój nowej wersji.
diabeł jednak tkwi w szczegółach (coś mnie dzisiaj na mądrości ludowe wzięło, no ale ja ze wsi jestem:) - w wykończeniu podkroju szyi. ma być ładnie i ma się dobrze układać.
próbowałam z rózną liczbą rzędów oczek prawych, co za tym idzie różnymi wielkościami "rulonika". duży wyglądał dość ładnie, ale wyglądało to troszkę, jakbym nałożyła sobie dętkę od roweru na dekolt :) - bardzo odstawało

kończę swoje wynurzenia, bo rozlałam terpentynę na stolik przy którym siedzę, a siedzę już trochę i nos mi urywa :)
no i muszę zrobić sobie czapkę, bo mi rozum marznie :)


kath - już sobie wyobrażam Wasze procesje:) zastanawiam się nad kupnem szelek dla mojej ali, bo mi mały diablik wiecznie ucieka. charakterek przejawia od najwcześniejszych dni:)

sprężyno - no normalnie jakaś obsesyjka mnie dopadła! ale teraz chyba? jestem zadowolona. odganiam myśli, ze może jednak grubszy ten tulonik, tak tyci, tyci.... a tfuuuu!

fiubździu - koteczek jest stanowczo moim faworytem, zwłaszcza teraz, kiedy mróz chwycił:)
myślę i myślę...
prułam już cztery razy
i zawsze coś mi się nie podobało w zakończeniu pod szyją yoke'a. no, ale od czego człowiek ma rozum i ravelry:)
pooglądałam dokładnie wykonania innych dziergających. w "sztandarowym" projekcie ta górka to tak trochę, proszę o wybaczenie, na niedokończoną wygląda - taka sobie fałdka wisi :)

niektórzy, aby uzyskać ładny golf, zredukowali liczbę warkoczyków na klateczce, tak jak, tutaj

wiem, wiem , że marudna jestem upiornie...może zanadto ambicja mnie poniosła? ale jak się mam nauczyć czegoś nowego, jeśli będę ciągle szukała projektów leżących w "bezpiecznej strefie"?

na razie zmieniłam druty na jeden rozmiar mniejsze i zrobiłam kilka rzędów prawymi, żeby zrobił się rulonik.





i zastanawiam się, co dalej... na razie wciągam nitki i podziwiam się w lustrze średnio dwa razy na godzinę.
jutro postaram się namówić Lolę do pozowania, to będzie widać całokształt (o ile znowu nie zmieni mi się koncepcja)

żeby jednak nie szerzyć ponurych myśli i fali zwątpienia (co bywa zaraźliwe) zwłaszcza przed Sylwestrem pokażę Wam co znaleźliśmy pod choinką pierwszego dnia rano




tak mu się tam spodobało, że nie wyskoczył z pudełka w trakcie przenoszenia na kanapę i siedział tam dobrą godzinę.
no ale on jest raczej nietypowy - dałam mu ostatnio śledzika (chyba smaczny, ja raczej nie jadam) i nawet nie raczył go skubnąć... radek pokochał go za to:) (bo raczej był ustawiony do niego kantem - jednak ostatnio coraz częściej widzę, ze pozwala mu leżeć na kolanach. oczywiście się do tego nie przyzna)

najzabawniejsze są nasze spacery: to cały pochód:) pierwszy biegnie pies, bo zawsze ma swoje sprawy, które nie mogą czekać - musi przecież obszczekać wszystkie psy w sąsiedztwie.
potem idzie kot - ogon w górze - napuszony do granic niemożliwości, boi się, ale trzyma fason.
na samym końcu idziemy my... ot, prawidłowa hierarchia w rodzinie:)
nie powiem - miło jest świętować...

ale na szczęście można wrócić już do normalności - tzn. wziąć druty do ręki i podłubać sobie tak długo jak zwykle (z reguły cały wieczór).
na wszelki wypadek zabierałam ze sobą robótkę na wszelkie imprezy - jednakże po kilku próbach wyjęcia drutów byłam zakrzykiwana, że się chyba wygłupiam, że lekceważę towarzystwo:) i tak w ogóle to im się to nie podoba, bo mam rozmawiać, a nie dłubać. i już.
siedziałam dzielnie, ale jakoś tak dziwnie mi było, że ręce leżą sobie bezczynnie. naprawdę. już nawet bawiłam się sztućcami i serwetkami, ale kiedy i to nie pomagało, zaczęłam chodzić za dziećmi i zrzędzić, w stylu "tego nie ruszaj, tam nie wchodź". jak jakaś wariatka...

w związku z tak licznymi przeszkodami, plecki od sylvi lezą sobie odłogiem, a yoke pullover kończy się i skończyć nie może.
yoke został już zszyty, ale pojawił się problem: moja wersja jest troszkę większa niż w vogue. żeby było w porządeczku, dodałam tyle oczek, zeby wyszły mi ładne warkoczyki. no i w tenże sposób wyszedł mi wielgachny podkrój szyi, który moim zdaniem, nie nadaje się na golf przy tym modelu.
zastanawiam się więc, co zrobić z tym fantem. klnę w duchu, że nie robiłam w całości od szyi do dołu, bo wtedy nie miałabym tego dylematu.




teraz nie ma jak tych oczek zgubić - przynajmniej ja nie mam na to pomysłu, bo te warkoczyki już i tak są ścieśnione maksymalnie.
poza tym mankamentem - niedopatrzeniem sweterek bardzo mi się podoba, merino spisuje się idealnie - przyjemne w robocie i w noszeniu. i wygląda na wyjątkowo odporne na" ręczne" pranie w pralce.
w przyszłości będę się bardziej zastanawiać przed zrobieniem sweterka - to będzie moje postanowienie noworoczne - bo często rwę się do roboty jak jakiś najar i potem mam niespodzianki




Zaczarowana magią Świąt stanę samotnie
pod rozgwieżdżonym niebem
i patrząc na spadające płatki śniegu
pomyślę o ludziach, których noszę w sercu
życząc im spokojnych Świąt
wszędzie tam, gdziekolwiek są ...


dziękuję za wszystkie piękne życzenia


a było to tak:
spojrzałam prawdzie w oczy - trzeba iść do sklepu na ostatnie zakupy przedświąteczne i dokupić kilka brakujących prezentów (jedziemy na Wigilię do rodziny Radka, gdzie będzie, lekko licząc 20 osób).
pociągnęło mnie również do empiku, byliśmy bez naszych ukochanych pociech, więc mogliśmy sobie pozwolić na ekstremalne przeżycia...
i cóż zobaczyłam zaraz po wejściu?




no i po prostu musiałam to kupić :)
przeczytałam natychmiast po powrocie do domu. troszeczkę było mi wstyd przed Radkiem, że było nie było, dojrzałą niewiasta zaczytuje się powieściami dla nastolatek...

ale po pierwsze - książki Musierowicz zaczęłam czytać w podstawówce, znałam je praktycznie na pamięć, więc miło było urządzić sobie małą podróż sentymentalną

po drugie - przeczytałam tę książkę wyłącznie dla przyjemności, zdaję sobie sprawę, że nie jest to arcydzieło literatury, ale ma swój klimat i losy kolejnych bohaterów jednak wciągają...

a po trzecie i najważniejsze - byłam zaintrygowana ze względu na pewną niewiastę, która tu czasem gości :)

prawo jazdy w dalszym ciągu nie zostało odnalezione.
mój silnie fachowy Szwagier poradził, żeby uderzyć w tej sprawie do Św. Antoniego. no, cóz jestem bliska i tego!

pamiętacie, jak pisałam, że mam względnie czysto w domu? otóż okłamywałam sama siebie!
mam po prostu dużo miejsca do składowania:) kilka kartonów badziewia wszelakiej maści wyjechało ze spiżarni i z kotłowni...

siłą rzeczy nie mam zbyt wiele czasu na robótkowanie, w międzyczasie gotuję kapustkę z grzybami, farsz do uszek, barszczyk itd... nogi to mi już wchodzą:)

a miało tego nie być w tym roku!!! przeklęte prawo jazdy!
ale firanek ni upiorę - ot, co:)

jeszcze nie skończyłam moich aktualnych dłubań, a myśli krążą mi już wokół następnych projektów. chodzę dziwnie podekscytowana, nakręcona, ciągle myślę o tym, co mogłabym w tym czasie wydziergać... ewidentnie mam niedobory robótkowe...

a teraz konkretnie:
najpierw zaległe - za co najmocniej przepraszam:)
Karina- oto moje drażliwe miejsce w kuchnie stat:


poszła mi uszczelka w zmywarce (co się zdarza) i zanim się spostrzegłam, oblazła farba z drzwiczek. jeśli miałabym dzisiaj kupować zmywarkę, wzięłabym z "normalnym" panelem sterowania, a nie takim jaki mam, tzn przy górnej krawędzi drzwiczek. dzieciaczki i tak się dobierają do przycisków, jeśli spuszczę je chociaż na chwilę z oczu...

kath - nie zmieniałam skórki:) troszkę ascetycznie to wszystko wygląda, ale jeszcze się chyba nie rozkręciłam na dobre:)
no i dziękuję Ci za pochwały mojego stylu :) pani polonistka byłaby mocno zdziwiona Twoją opinią... no, ale nie widywałyśmy się zbyt często w szkole... wychowawczyni włosy rwała z głowy, bo uczyłam się tylko tego, co mnie interesowało (biologii, chemii, fizyki, no i geografii, ale tylko wybranych tematów), reszty przedmiotów nie zaszczycałam zbyt często swoją obecnością. do szkoły chadzałam raczej raz na jakiś czas (ale na wszystkie klasówki). oceny miałam dobre, więc jakoś mnie trzymali... okropna byłam!
a co do wyglądu - zawsze wyglądałam dziecinnie, a jak się umaluję mocniej - to wręcz groteskowo - jak przebieraniec:)

kite designer - myślę, że uda się bezzamkowo. otwór na głowę wydaje się dość duży

antymalgo - dziękuję, za piękne życzenia! ja niestety tak nie umiem. na dokładkę tak się denerwuję, że najszczęśliwsza jestem, tuż po Opłatku, bo mam świadomość, że następne takie przeżycie dopiero za rok

Sprężyna - Ty mnie po prostu zawstydzasz:) a Radkowi się nie podoba... bo on tak ma, że podoba mu się tylko to co zna (jak w "rejsie")

aniu - miło mi, że towarzyszysz mi wytrwale od samego początku. mam wrażenie, że jesteś wyjątkowo serdeczną i ciepłą osobą, i dziękuję, że troszkę tego ciepełka przekazujesz mnie

doszczętnie i z kretesem....

obiecywałam sobie, że w tym roku przed świętami nie będę biegała z obłędem w oczach i manią sprzątania i wycierania.
i nawet dobrze mi szło. co komu szkodzi nie do końca przejrzysta szyba za firanką?
dłubałam sobie spokojnie sylvi na zmianę z yoke pullover i było mi dobrze:) a jeśli do tego miałam ogromniasty kubas herbatki przed sobą, to było mi już wyśmienicie!

i tak sielankowo i lekko olewczo płynęłam sobie w stronę świąt, aż tu wczoraj okazało się, że gdzieś zniknęło moje prawo jazdy.
ponieważ wydaje mi się, że je gdzieś niedawno widziałam, doszłam do wniosku, ze jest gdzieś w tzw. dobrym miejscu. a ponieważ w kwestii "dobrych miejsc" mam pamięć jak wiewiórka - wzięłam się za generalne porządki.
wydawało mi się, że mam dosyć czysto w domu, więc jakoś mnie to nie przeraziło.
zaczęłam od spiżarni -. po drodze doszłam do wniosku, że skoro już się zabrałam za pracę, to będę robiła to porządnie. wyrzuciłam zdumiewająco dużo gratów i przydasiów.
spiżarnia lśni, a prawa jazdy ani śladu...

zdjęcia plecków Sylvi nawet nie próbuję robić, bo jest wyjątkowo szaro i ponuro - pada deszcz na zmianę z jakimś wybrakowanym śnieżkiem.
kolor sylwuni .... jakżeby inaczej - bordo (taki fajny, nasycony). bardzo przyjemnie się na razie dzierga - tu zawijasek, tam skrzyzowanie: nie ma czasu na nudę.
gdzieś tam w środku aż się trzęsę z przejęcia, tak bardzo chciałabym, zeby mi się udało wydziergać na tyle poprawnie, zeby do ludzi można było toto wyprowadzić.

dziękuję Wam za krzepiące słowa. przydają mi się bardzo, zwłaszcza teraz w tym przedświątecznym okresie, który jak wiadomo jest bardzo ciężki dla każdej robótkomaniaczki - to rozdarcie pomiędzy dzierganiem a poczuciem obowiązku może przyprawić człowieka o ból głowy.

ale ja to gapa jestem! nie pokazałam wygląda yoke pullover (psiospacerny) w oryginale.
oto on:



mam tylko jedno "ale" ten suwak to mi się nie widzi wcale! będę robiła wszystko, aby go nie było.

a jeszcze na wyraźne życzenie Sprężyny pokazuję co mam na głowie - znudziło mi się zapuszczanie, więc zostały ciachnięte. a ponieważ sama nie wiedziałam czego chcę, oprócz tego, że ma być inaczej - są długie z jedne, a króciutkie z drugiej. ot, żeńska odmiana GokaWan'a




kite designer - no tak, puszczam czasem Lolę luzem, niech się pasie biedactwo... moja sąsiadka (ma trzy psy i każdego wyprowadza osobno rano i wieczorem wzdłuż mojego płotu) ma coraz większe oczy, kiedy patrzy, co ja w tym ogródku wyprawiam. na razie nic nie mówi...
co do kolorów - granitek jest prawie taki sam na żywo, tylko o parę tonów ciemniejszy. psiospacerny zaś jest zupełnie inny - o wiele cieplejszy, nazywa się bordo, ale to może bardziej taka krzyzówka wiśni i buraczka

kath - kurcze, u Was na Śląsku to pełen wypas w pasmanteriach:) merino 2000 - no,no kusząco brzmi:) wodzisz mnie na pokuszenie, niedobra kobieto:)))))))


skończyłam nareszcie Granita.

nie powiem, ze dzierganie tego modelu jakoś szczególnie mnie rozwinęło dziewiarsko, bo to przecież tylko ściągacz i jersey.
jedyną nieznaną mi rzeczą była włoczka tasiemkowa. ileż ja się jej naszukałam! w oryginalnym wykonaniu użyto tasiemki bambusowej, w naszych sklepach i w sieci dużo było bambusa, tylko, że z błyszczącym oplotem - no nijak mi nie podchodziła pod ten projekt.
kombinowałam nawet, żeby robić z evelin (z wplecionym sreberkiem) - tak już mocno " na bogato".
wreszcie coś mnie tknęło i zapytałam w mojej pasmanterii o matową tasiemkę. owszem była - leżała na najwyższej półce, bez nadziei na sprzedaż, bo i letnia, i wiekowa. ram fantazy się zwie.

wdzianko nie jest skomplikowane ale bardzo mi się podoba :) ot, skromność przeze mnie przemawia.
takie wyraziste jest. a ponieważ ostatnio ciachnęłam sobie mocno włoski (sterczą jak szczecina) to w sumie pasuje




no ale żeby nie było, ze ja zawszę idę na łatwiznę to zaczęłam yoke pullover z vogue winter 2005.
jak widać, faza czerwieni i pochodnych mnie nie opuszcza:)





a jakby mi było jeszcze za mało wrażeń to właśnie dzisiaj przyszedł listonosz i wręczył mi paczkę z alpiną na sylvi. napatrzyłam się na blogu u brahdelt i też mnie wzięło.

a już myślałam, że się troszkę naprawiłam i będę robić jedną rzecz na raz...

wybaczcie, że dzisiaj tak na szybko i bez głębszych uczuć, ale dzieciaczki śpią, a sylvi czeka. trochę mam stracha, czy dam radę...

idę próbować








od czasu wyprodukowania mrs jetson gnębiło mnie i frustrowało to, że w żaden sposób nie mogłam uchwycić na zdjęciu jej prawdziwego wyglądu.
na każdym zdjęciu widoczny był jedynie ogólny zamysł - to, że jest czerwona, bez rękawów i ma spory golfik.
najpierw klęłam jak szewc- przyznaję się bez bicia, potem popadłam w totalna beznadzieję pt " nawet zdjęcia porządnie zrobić nie potrafię". kilka dni tak mnie trzymało, że nawet ruszyć drucikami mi się nie chciało - jednym słowem - zrobiła się z tego poważna sprawa, bo jak człowiek nie ma chęci na dzierganie to znaczy, że jest chory (w moim przypadku) .

trzeba się było leczyć, dlatego bezlitośnie postawiłam Lolę na ganku i napstrykałam trochę zdjęć. nareszcie widać, co wydziergałam.
jeszcze nie jest idealnie, ale chyba idę w dobrym kierunku... mimo przeszkód natury technicznej, bo co chwilę wariuje mi aparat - a to nie chce się włączyć, za chwile nie działa zoom itp...
może czas przymierzyć się do nowego aparatu. trochę mi to nie na rękę, powiem szczerze

ja tu gadu gadu o jakości zdjęć, a potrzebuję konsultacji szydełkowej - czy wykończenie pod pachą (na ostatnim zdjęciu) to są właśnie oczka rakowe? bo taka była moja intencja, a szydełkowo to ja jestem tysiąc lat za..... po prostu mam zamkniętą jakąś klapkę w mózgu.








w imieniu Loli dziękuję za komplementy:) jednak nie będzie stała w pokoju nad garażem, tylko w holu na dole, bo nie będzie mi się chciało biegać co chwila z góry na dół. przy okazji spełnia dobry uczynek, bo pleckami zasłania takie niezbyt ładne miejsce na ścianie, ale o tym sza...

no i jest dalszy ciąg mojej historii samochodowej - trzy razy wracałam do serwisu z jedną usterką - świeciła się dość istotna kontrolka - i w końcu zadzwoniła miła pani i oznajmiła, że niestety, niestety, ich mechanicy nie potrafią naprawić tej usterki ( dodam: serwis właściwy dla marki samochodu.) i żeby nas ta kontrolka nie denerwowała, to oni mogą ją odłączyć. ale jeśli bardzo tego nie chcemy, to będą szukać dalej ale trzeba dodatkowo zapłacić 180 zł za godzinę i zajmie im to co najmniej dwa dni - po prostu odpadłam. teść od razu pojechał i zabrał od nich samochód - mogę sobie tylko wyobrażać, co im powiedział...
oczywiście z okazji Mikołajek!
no i z tego powodu, że byłam bardzo grzeczna w ubiegłym miesiącu i nie nakupiłam kilogramów włóczki, chociaż kusiło mnie i to bardzo...
za zaoszczędzone pieniążki z mojego funduszu przyjemnościowego (mam taki, mam!) kupiłam sobie manekina krawieckiego.

dostałam go dzisiaj i od razu złożyłam. następnie biegałam z nim po całym domu, przymierzając do różnych zakamarków i zakątków. chciałam postawić go w sypialni, bo tam jest najlepsze światło ale doszłam do wniosku, że mogę na serce zejść jeżeli obudzę się w nocy i zobaczę w pokoju sylwetkę człowieka. i to jeszcze taką upiorną - sam kadłubek. ostatecznie wylądował w pokoju nad garażem. gdzie nie będzie straszył nikogo.




tak się prezentuje w całej okazałości. od razu zrobiłam próby z wytworami





niby taki sam rozmiar jak mój ale muszę przyznać, że na manekinie wygląda jakby lepiej. pocieszam się myślą, że bardzo trudno jest zrobić dobre zdjęcie z samowyzwalaczem (chyba?)
ale i tak ten bezrękawnik jest jakiś zaczarowany, bo nijak nie chce wyglądać tak jak w rzeczywistości (warkocze są zdecydowanie bardziej widoczne "na żywo")




i jeszcze jeden z clapotisem - szczególny ukłon w stronę Kath :) nie wiedziałam jak go ładnie upiąć, więc jest jak się clapotisowi podobało.

mam nadzieję, że kiedyś nabiorę większej wprawy w robieniu zdjęć. chyba zagonię przy najbliższej okazji radka żeby w końcu popracował nad oświetleniem- co prawda nasz klasyczny model lampy tzn żarówka plus oprawka raczej nieprędko wyjdzie z mody, ale stanowczo czas na zmiany, bo taki ładny manekin, to i otoczenie musi się dostosować, żeby zgrzytów nie było... hehehe

ponieważ zbliżają się Święta, przyznam że machanie drutami zamieniłam na machanie ścierą od kurzu i mopem.
coś tam dłubię, ale niestety nie tyle, na ile mam ochotę.

o kurczę! nie nastawiłam piernika!!!!!!
muszę lecieć...

zaraz wyjdzie szydło z worka - przyszła moja kolej na zwierzenia. zostałam wyznaczona przez Kath:)

zawsze trudno jest zacząć... pamiętam, że na wszelkiego rodzaju szkoleniach zwykle trzeba było na wstępie powiedzieć kilka słów o sobie - miewałam wtedy zwykle pustkę w głowie, oblewały mnie zimne poty i byłam czerwona jak burak. teraz też jest podobnie:)
zacznę więc łagodnie...

1. tak się złożyło, że mam małżonka czcigodnego - Radka i dwie córeczki: Karolinkę (ma prawie pięć lat) i Alę (20 miesięcy). mamy również psa - bohatera, który jednym krótkim szczeknięciem obronił nas przed włamaniem (siedział ciołek przed drzwiami balkonowymi i patrzył, jak złodziej rozwierca zamek, zaniepokoił się dopiero, kiedy drzwi się otworzyły. wtedy zdecydował się zabrać głos w tej sprawie)



a żeby rodzina była całkiem kompletna, jest również koteczka, bezimienna, jak na prawdziwego kota przystało. przez długi czas starałam się nadać mu imię, ale po przeczytaniu "kota w stanie czystym" pracheta dałam sobie spokój, więc funkcjonuje po prostu jako "kota"


2. od dzieciństwa wiedziałam właściwie, co chcę robić - miałam zostać weterynarzem lub lekarzem. trzymałam się tego konsekwentnie przez lata. do czasu egzaminów na studia - złożyłam dokumenty na trzy kierunki weterynarię, medycynę i w zapasie - biologię. egzaminy odbywały się w różnym czasie. dostałam się na biologię i olśniło mnie, że to jest moje miejsce (człowiek czasem po prostu Wie).
potem okazało się, że dostałam się również na weterynarię, a do bycia lekarzem zabrakło mi jednego punktu:) ale twardo stałam przy swoim wyborze. uchodziłam więc przez następnych kilka lat za osobę niezbyt rozsądną.
skończyłam jako fizjolog zwierząt kręgowych, (ze szczególnym naciskiem na neurofizjologię hibernatorów) - fajnie brzmi, co?

3. kilka lat pracowałam w firmie farmaceutycznej. stanowczo nie była to praca dla mnie. wychodząc do pracy czułam się jak aktor wychodzący na scenę, miałam drugą osobowość, która czekała na mnie na wieszaku obok płaszcza. jasne było, że długo tak się nie da...
teraz zajmuję się domem, tak postanowiliśmy, radek i ja

4. nie lubię robić zakupów - oczywiście nie dotyczy pasmanterii! męczy mnie to i stresuje niezmiernie. najgorsze są sklepy z ubraniami.

5 jestem wielkim cholerykiem. łatwo wyprowadzić mnie z równowagi, ale też nie chowam zbyt długo urazy. jestem dokładnym przeciwieństwem radka, z którym nie można się nawet porządnie pokłócić, bo się skubaniec obrazi i siedzi cicho - okropność!

6. uwielbiam kawę. rano piję dwie - jedną przed obudzeniem, drugą po... następna w kolejce jest herbata zielona. ostatnio odkryłam sencha (nie wiem jak odmienić) z trawą cytrynową.

7. jestem skowronkiem, wcześnie wstaję i wcześnie chodzę spać. kiedy mieszkaliśmy w starym domu i nie mieliśmy jeszcze dzieci, bywało, że oczy kleiły się nam już o dziewiątej. teraz troszkę wydłużam sobie wieczory, bo potrzebuję chwili czasu dla siebie, a dzieciątka wstają wcześnie. z reguły jestem wiec raczej niewyspana


jak na nieśmiałą osobę, to trochę napisałam... aż się sama sobie dziwię :)

teraz kolej na:
jezzabell
kite designer
edi-bk

powtarzam się? jeśli tak, przepraszam. straciłam już orientację kto brał udział, a kto jeszcze nie...


sprężyna - chciałam sięgnąć po medycynę z sokiem ale okazało się, że soku zabrakło. (piekło i szatani!) zastosowałam więc silniejsze lekarstwo - półsłodkie...

kath - specjalnie dla Ciebie.




myślę, że w najbliższych dniach niewiele zdziałam na drutach. będę wyżywać się ze ścierą i mopem. ledwie zaczęłam czytać, a już umyłam okno w kuchni. strach pomyśleć, co będzie działo się dalej :)

to znaczy zdenerwowałam się przepotężnie.
zepsuł mi się samochód.
niby nic, zwykła sprawa...
ale przyzwoitości to on nie ma za grosz, bo dwa tygodnie wcześniej wrócił za warsztatu, niby po diagnostyce komputerowej i innych bajerach.
pod domem mi się rozkraczył! został za ogrodzeniem na calutką noc i nawet nikt nie raczył go ukraść :))) może jest w tym głębsza logika, może to właśnie tak ma być - złodziej na pewno daleko nim nie zajedzie :)))

ale to jeszcze nic - przyjechała laweta, zabrała to cudo do warsztatu. wszystko ładnie pięknie, wymienili jakiś tam kabelek i już.

samochód został odebrany z serwisu w piątek.
w poniedziałek zaczęła świecić mu się dziwna kontrolka (ta od wtrysku, cokolwiek by to nie było - radek zrobił się zielony na twarzy) i nie działa immobilizer.

dzwonię do serwisu, że mam zastrzeżenia do jakości usługi . miła pani poinformowała mnie, że muszę przyjechać z samochodem do serwisu, bo właściwie to lepiej nim nie jeździć w takim stanie (...). w porządku, mogę przyjechać dzisiaj wieczorem - przykro mi nie ma miejsc, a właściwie to zbyt późno dla nas...
zwariuję!!!!!
przypomina mi się od razu "dzień świra"
dlaczego tak rzadko spotyka się ludzi, którzy są kompetentni i chce im się rozwiązać postawiony przed nimi problem?
dlaczego o wszystko trzeba się wykłócać? dlaczego tak właściwie w codziennym życiu promowane jest chamstwo i agresja ? może to taka specyfika warszawy?


finał tego jest taki, że zapakowałam moje dziewczynki i powlokłam się do tego warsztatu. znowu ma mieć robioną diagnostykę...
ciekawe, co będzie na fakturze....

rozżalona jestem na cały świat.
żeby się pocieszyć, zamówiłam sobie manekina na allegro http://www.tinyurl.pl?iCrh8MoS
cieszę się, że w końcu to zrobiłam, bo już nie mogę patrzeć na te podłe zdjęcia, które ostatnio prezentuję... a na dworze, gdzie jako tako to się trzyma kupy, głupio jest biegać w samym sweterku, podczas kiedy inni paradują w kurtkach i czapach (obok nas jest główny spacerniak okolicy)

no i sam w sobie wygląda nieźle :) tak mi się wydaje...

idę sobie podziergać... rękawy mi tylko zostały, ale wiadomo, że do nich najtrudniej się zabrać
i chyba zastosuję medycynę domową - tylko nie wiem, czy z sokiem czy grzaną:)
i obejrzę sobie coś odmóżdżającego...




Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy