jak dobrze, jak wspaniale , jak cudownie, że już po Świętach…

wszystko byłoby dobrze, gdyby znowu nie kazano siedzieć mi grzecznie przy stole, bez ekstrawagancji w postaci drutów i włoczki… co za męka! na nic zdały się moje tłumaczenia, że mam podzielną uwagę i nic, ale to nic z rozmowy nie uronię… musiałam siedzieć bezczynnie. na dokładkę nie mogłam używać wspomagania w postaci winka, bo za kierowcę robiłam…

dlatego cieszę się, że jest juz po wszystkim. na co dzień otoczenie akceptuje jednak mojego bzika na punkcie dziergania. i dobrze!

jest jeszcze jeden powód to tego, aby było dobrze… byłam w pasmanterii i Kingscot ma nowe guziki. i nie kupiłam nic poza guzikami! jestem z siebie naprawdę dumna, nie będę ukrywać:) Kingscot otrzymał przy okazji finiszu wdzięczną nazwę - “ Brazyliada” – ponieważ: ta robota ciągnęła się jak telenowela - zaczęłam dziergać w sierpniu – więc trochę czasu minęło; bogactwo wzoru jest dla mnie nieco egzotyczne i odległe, troszkę jak karnawał w Rio – ładne to, ale po co mi w domu?

ac 359

wyprodukowałam toto z wiśnowego eliana klasik – kolor na zdjęciu jest bardzo podobny do rzeczywistego . włoczka kupiona w Zamotane. zuzyłam 10 motków (chyba?) na rozmiar L, druty 3,5

pozdrawiam

udziela mi się ostro napięcie przedświąteczne…

a to dlatego, że wrodzone lenistwo znowu mnie oszukało! zdradziecko podesłało wizję spokojnych, miłych świąt w domu, z zaproszonymi gośćmi, bez nerwowego biegania z kolacji na kolację w milion zgoła miejsc… a przecież wystarczyłoby ubrać dzieci i siebie oraz wyjść…a potem z górki…

i tak: zaprosiłam sobie plus minus 15 osób. teraz latam jak w ukropie żeby wszystko wypucować,wyszorować itp. ściany ze śladami twórczości dziecięcej, ignorowane przez cały rok, teraz nagle irytują mnie w sposób trudny do opisania, łazienka na górze (w której nie ma jeszcze nic do sprzątania, bo gołym betonem zieje) też oberwała i została postraszona wizytą hydraulika – cudotwórcy od zmian wszelakich. czysty obłęd. w niedzielę ułożę podłogę w pokoju gościnnym…

toż to nerwica jakaś, czy co?

albo muszę odreagować…

ostatnie dwie prace, czyli cooblestone pullover i bingo, pożegnały się z tym światem gwałtownie i definitywnie, z powodu nie spełniania oczekiwań. jestem więc silnie zniechęcona i zła. muszę odtajać. albo pomalować całą chałupę…

nie mogę jednak całkiem zaprzestać dziergania – to dopiero wzbudziłoby niepokój nie tylko mój:) wyciągnęłam więc dwa moteczki Merino Mix, od Fanaberii, a kupionego za pośrednictwem Laurowego Kashmiru i w związku z Wielkim Zimnem zrobiłam sobie kolejny komin…

ac 283

ac 282

ac 272

ac 318

pomysł mój osobisty. długość ok. 60 cm. druty nr 4.

wełna jest cudna; lekka jak piórko, puchata jak najmilszy miś. kupiłam ją z zamiarem wydziergania Gemma Beret, ale pewne skojarzenia kazały mi jednak zaniechać tego zamiaru. wydaje mi się ,ze dobrze zrobiłam produkując w to miejsce komin… wyglądam co prawda jak skrzyżowanie baby z zapiecka z innowiercem , ale za to jak wyszlachetniał mi owal twarzy…

pozdrawiam

wracam. stęsknione nie-własne Młode także powróciły na łono rodziny… w związku z powyższym nie ustawia mi się kolejka do komputera i mogę coś naskrobać.

w mojej ocenie jest o czym…

zamówiłam w colourmart malutką, skromniutką ceweczkę mieszanki kaszmiru i merino, określanej straszną nazwą: 2/6NM dk wt 5/95 cashmere/merino bulky wool rojo mel. jako człowiek niezbyt światowy, nie mający nic wspólnego z kaszmirem, spodziewałam się otrzymać coś na kształt niebiańskiej chmurki:)

a kiedy już miałam to swoje cudo w łapkach, byłam bardzo zaskoczona: widać, że włoczka z tych “dobrze urodzonych”… ale nic z anielskim puszkiem nie ma wspólnego… bo po pierwsze, pokryta jest warstwą jakiegoś oleju ( ułatwienie przy dziewiarstwie przemysłowym), a po drugie chyba taka jej uroda…

kiedy piszę w tym tonie, można pomyśleć , ze byłam rozczarowana… wcale nie… najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam czego mam się spodziewać i dopowiedziałam sobie bajeczkę o nieziemskiej miękkości.

a potem wydłubałam sobie spokojnie komin, bo widzę, że przypuszczają ostry szturm w tym sezonie (nie sądziłam ,ze przeżyję to ponownie, ale niech będzie:))

ac 225

i znowu najlepsze czekało na końcu – przy praniu to całe przemysłowe tatałajstwo się zmyło,a dodatek kaszmiru sprawił, że włoczka napęczniała, zrobiła się puszysta.. oczka ustawiły się równiutko, jak podczas musztry…cud miód i malina…

chcę jeszcze.. jestem ciężko zachwycona.

pozdrawiam

to co miało się stać… czyli zapowiedziane na dzisiaj losowanie. cała przejęta i stremowana, bo przecież pierwszy raz urządzam taką zabawę, wydrukowałam komentarze i pocięłam ładnie na paseczki i wrzuciłam do czapki. następnie zebrała się szanowna komisja w osobach moich własnych Młodych i w w tej uroczystej atmosferze wylosowana została – co z prawdziwą przyjemnością ogłaszam:

Fiubździu

i co dalej?

zapakuję ładnie prezent:

ac 208

dorzucę parę całkowicie kwadratowych, musujących kulek do kąpieli….

wyślę

i będę trzymać kciuki, żeby Kasia była zadowolona z upominku:)

pozdrawiam

uwaga, uwaga!

podaję rozwiązanie zagadki z poprzedniego wpisu.

czytając komentarze, zauważyłam, że wyłoniły się dwie frakcje – kulinarna i “kosmetyczno- higieniczna”… i rację miała ta ostatnia :) do gotowania to ja tak nie bardzo… zabrałam się za zabawę pt. zróbmy sobie mydło. i nawet porządnie się do tego przygotowałam: mydło tworzone było od początku, w wyniku reakcji fazy tłuszczowej z wodorotlenkiem sodu. teraz czekam, aż mydło dojrzeje – jeszcze dwa tygodnie… niestety

moje mydło robione było z masła kakaowego i masła shea. brzmi baaardzo fajnie, czyż nie? do mydełka brązowego dodałam trochę peelingu z czarnej porzeczki… a te maleństwa z ostatniego zdjęcia to natłuszczające, musujące kulki do kąpieli, w moim wydaniu całkiem kwadratowe:)

przyznaję, że to fajna zabawa i wciąga jak diabli! bo zaraz chce się spróbować z nowym zapachem, nowym kolorem. możliwości jest mnóstwo!

i wiecie co sobie pomyślałam? w związku z tym, ze wczoraj były Mikołajki, postanowiłam zrobić malutką zabawę. wśród wszystkich osób, które zostawiły komentarze pod mydlanym wpisem, wylosuję jedną, dla której przygotuję prezent – niespodziankę! losowanie odbędzie się w środę.

i na zakończenie – nie martwcie się walczę z tymi przebrzydłymi reklamami, które pojawiają się zupełnie niekontrolowanie:)

pozdrawiam

lubię dzieci w wieku szkolnym. najlepsze są takie, które są już zręczne manualnie, pewne swoich umiejętności, ale jeszcze zbyt młode, żeby nadmiernie pyskować… z tym ostatnim radzę sobie lepiej lub gorzej kreując w razie potrzeby, wizerunek jędzy:)

ale do rzeczy: Siostrzane Młode nadal pozostają pod moją opieką, co ma swoje zalety. dzięki temu, pod płaszczykiem kreatywnego spędzania czasu z dziećmi , nieźle się bawię w robienie przeróżnych rzeczy własnoręcznie. i co najlepsze- nie prowokuję przy tym kolejnych komentarzy typu: tobie to się chyba nudzi w domu.. albo - czy to się opłaca robić - przecież pełno tego w sklepach leży?

opłaca się lub nie – nie zastanawiam się nad tym – za wszystko można zapłacić, jak mówią w reklamie, ale fun – rzecz bezcenna:)

i tak powstało to:

ac 175

ac 198

ac 205

w produkcję zaangażowani zostali wszyscy- od najstarszego do najmłodszego , tylko pies nie pomagał, no i rybki… kot sprawował urząd kontroli jakości (żeby nie było, że o nim zapomniałam)

i teraz pojawia się pytanie – a cóż to do licha ciężkiego jest? kto wie?

może to i nie na temat…. z pewnością nie pasuje do bloga dziewiarskiego… przyjmijmy więc, że trenuję sztukę prezentacji…

pozdrawiam


m

 

sprawy mają się następująco: dostałam pod opiekę dwójkę  Małoletnich mojej Siostry (która  zebrała małzonka oraz sprzęt i oddaliła się w celach zarobkowych na okres  dwóch tygodni lub dłużej). wyszło więc na to, że  mam w domu  czwórkę dzieci:)  dwie własne Młode mocno nieletnie i  dwójkę mieszaną w wieku  gimnazjalno-podstawowym.     Młode okupują starsze rodzeństwo, a te  z kolei ,chyba z grzeczności  nie protestuje … generalnie wychodzi na to, ze zajmują się sami sobą, co jest cudne:)

ja  zajmuję sie podtrzymywaniem zycia całej czwórki… i odrabianiem lekcji. spełniam się zwłaszcza przy tym ostatnim:)  jestem bez serca, jak  skarży się siostrzany Potomek:) jędza pełną gębą! każę czytać  dokładnie i ze zrozumieniem, ba! odpytuję nader dokładnie… bo mam jeszcze w sobie  energię początkującego  nadzorcy odrabiania lekcji:))

od czasu do czasu daję jednak biednym dzieciom odrobinę wytchnienia… i  dzięki temu ostatecznie zamknęłam sprawę z Krasnorostem, czyli kolejną Laminarią, tym razem czerwoną. 

  ac 111

ac 109

ac 129

ac 160

wydłubałam toto z  przywiezionej z wakacji włóczki – Alpaca Gatto (alpaka i wełna  pól na pół; 50 gramów – 325 metrów) zużyłam  3 motki. do blokowania uzyłam  kilkunastu długich drutów prostych, odziedziczonych w spadku po Babci Radka – nareszcie znalazły zastosowanie -  ja używam wyłacznie  drutów z żyłką, a bukiet drutów stał sobie wysoko na  półce jak wyrzut sumienia…

skończyłam również kinscota, tylko  jakieś zaćmienie w pasmanterii  mnie  dopadło i kupiłam trzy guziki zamiast pięciu.  ponieważ przekroczyłam wszelkie możliwe limity wydatków na hobby – w najbliższym czasie boję się iść tam ponownie.. leży sobie więc na razie i pachnie biedaczyna:)

 

ac 050

jak widać, w mnie znowu “wszystko czerwone”;)

pozdrawiam


baaardzo dietetyczne danie. ciacho z merino i angory - jeszcze tylko wisienki brak do zupełnej ekstazy:)



ac 054



jak widać, przyszła do mnie paczuszka od Laury i Fanaberii:) baaardzo się cieszę:)

pomysły już mam

pozdrawiam

to jawna niesprawiedliwość, żeby jesienią było tak szaro i ponuro;)

niniejszym wnioskuję o zmianę – czy Centrala słyszy? uprasza się o słoneczko, w najgorszym razie zachmurzenie z przejaśnieniami… ten zestaw kolorystyczny – szaro i buro na niebie i ziemi jest stanowczo nie do przyjęcia – to źle robi człowiekowi na wszystko… ueeee!

szczyt zaskoczenia aurą przeżyłam dzisiaj rano podczas odsłaniania okien w pokojach na dole- spokojnie mogłam to sobie darować – nic się nie zmieniło…wyraźnie zmienia się natomiast wskaźnik upierdliwości ogólnej mojej i pozostałych domowników – o, ten to gna w górę jak szalony:) dobrze, że od czasu do czasu trafia się coś miłego jak to:

image0

to prezent od Karolinki - dzieło pt” wymarzone wakacje Mamusi”. na obrazku jestem ja w otoczeniu urugwajskich owieczek, które przyszły ofiarować mi swoją wełenkę… a ponieważ dzierganie jednak troszkę trwa - kochane dziecko narysowało mi leżaczek:) śmiałam się i śmiałam… chociaż może trzeba zmienić tytuł dzieła na “ studium uzaleznienia”?

ten urugwaj nie wziął sie znikąd, ale o tym innym razem, bo dzisiaj, chcę jeszcze wspomnieć o Bingo, zwanym Bo.

otóż nareszcie wystartował:

ac 030

jak zwykle najpierw plecki… dłubię z polo, cudownie odnalezionego w tajemnym schowku na włóczki. spodobał mi się kolor. no i muszę, naprawdę muszę redukować swoje zapasy:) rany jeża, szlachetnieję w oczach:)

żegnam chwilowo i idę obserwować jak przebiega rozstrzyganie mojego wniosku…

piernik trzeba nastawiać Kochane – najwyższy czas!

od jakiegoś czasu używam tego przepisu ( bezwstydnie zapożyczyłam od Apolki z gazetowego) i przekazuję dalej, bo piernik wart jest grzechu:)


Piernik staropolski


Ciasto przygotować na ok. 5-6 tyg. przed świętami, piec na 3-4 dni wcześniej.
Surowe ciasto musi dojrzewać w chłodnym miejscu (ja trzymam na "parterze"
lodówki).
1/2 kg. miodu, 2 szkl. cukru oraz 25 dkg. masła podgrzewać stopniowo, niemal do
wrzenia a następnie ostudzić. Do chłodnej masy dodać: 1 kg. mąki pszennej, 3
jajka, 3 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej, rozpuszczonej w 1/2 szkl. mleka,
1/2 łyżeczki soli oraz 2-3 torebki przypraw korzennych do piernika. Ciasto
starannie wyrabiamy, przekładamy do kamionkowego lub emaliowanego garnka,
przykrywamy ściereczką i odstawiamy w chłodne miejsce.
Pieczenie:
Ciasto dzielimy na 2-3 części, rozwałkowujemy i pieczemy na posmarowanej
tłuszczem blasze w temp. takiej jak na biszkopt (160-180, zależy od kuchenki,
ja podgrzewam piekarnik jakieś 10 stopni mocniej i po włożeniu placka
zmniejszam temperaturę) przez ok. 15-20 min. (zależy od grubości placka).
Ochłodzone placki przekładamy podgrzanymi powidłami śliwkowymi (można je
wymieszać z bakaliami, np. siekanymi figami), nakrywamy arkuszem papieru i
równomiernie obciążamy, odstawiamy aż "skruszeje" (jakieś 3-4 dni). Potem
piernik można polać polewą lub polukrować (z lukrem dłużej się przechowa).
Piernik jest bardzo długo świeży, wystarczy zawinąć go w papier lub ściereczkę
żeby nie obsychał. A zapach, jaki roznosi się w domu podczas pieczenia ..., od
razu wprawia w prawdziwie świąteczny nastrój.
Teraz jeszcze kilka uwag:
Ciasto ma dość "wolną" konsystencję, jak "posiedzi" w zimnie - stężeje i da się
rozwałkować (trzeba podsypywać mąką), jeśli jednak ktoś doda przy wyrabianiu
trochę więcej mąki - też nie będzie tragedii.
Ja mieszam składniki mikserem z nasadkami do ciasta drożdżowego (inaczej ręka
by mi odpadła, zwykle robię z 3-4 porcji). Mikser "wyje" ale jakoś idzie :o)
Polecam przygotowanie minimum dwóch porcji, inaczej piernik nie doczeka
świąt :o)

robiłam zdjęcia “na gorąco” ale niestety, niestety, wyszły zanadto przaśne – pooglądajcie więc sobie tutaj jak pięknie można przygotować piernik.

mniam, mniam

zostałam wyróżniona przez Rene:

było mi bardzo miło:)

kiedy już się otrząsnęłam, pojawiły się schody - w myśl zasad należy podać dziesięć (tylko!) osób , którym ja z kolei mam to wyróżnienie przekazać…

i oto moja lista:

  1. Dagmara
  2. Laura
  3. Kocurek
  4. Rene
  5. Fanaberia
  6. Kite designer
  7. Edi-bk
  8. Fiubzdziu
  9. Kath
  10. Przemek
  11. Brahdelt
  12. Mamoon
  13. Jagienka

ładna dziesiątka mi wyszła? musiałam się przecież ograniczać…

pozdrawiam

p.s rzecz druga i trzecia skończona, więc nieuchronnie dryfuję w stronę bingo – hura, hura!!

pozdrawiam

wyjątkowo udany poniedziałek miałam – chyba przyszło to upragnione wyrównanie od Losu za nieszczęsne Listowie, przypieczoną dłoń i oczywiście - złote buciki;)

zaczęło się od tego, ze nareszcie wyjrzało słońce! o jak cudnie było… z przyjemnością wyszłam do ogrodu i zaczęłam grabić opadłe, sosnowe igliwie, chociaż grabienia raczej nie kocham (swoją drogą kto mógłby pomyśleć, że drzewo iglaste jest takim śmieciuchem? ) nawet się nie spostrzegłam ,kiedy odwaliłam kawał roboty.

potem przyszedł Pan Listonosz i przyniósł to:

ac 779

moje druciki knitpicks, kupione w e-dziewiarce (dzięki, Dagi:))). i zastanawiam się dlaczegóż zwlekałam z kupnem tak długo…

addiki kocham miłością pierwszą, czystą i wielką, ale do sądzę, że do niektórych prac knitpicksy są jednak lepsze – np do ażurowych szali… same zerknijcie (chociaż wszystcy już pewnie o tym wiedzą, a jak podniecam się, jakbym Amerykę odkrywała)

ac 775

te po lewej to addiki- jak widać, mają bardziej zaokrąglone czubki.

oczywiście, zaraz przerzucę krasnorosta (czerwoną laminarię ) na te druciki i zobaczę, czy te moje teorie są prawdziwe:)

trzeci powód do zadowolenia? chyba największy – Karolinka pozwoliła wyleczyć sobie ząbek! od trzech tygodni wozimy się z nim do gabinetu i zwykle wracałyśmy z niczym…

tak przejmowałam się tą wizytą, że obudziłam się o drugiej w nocy i ni diabła nie mogłam zasnąć… tak wypoczęta byłam po trzech godzinach snu… skorzystał na tym kingscot, bo za chwilę dostanie rękawy. i poczytałam sobie do syta…

oby ten dobry początek był wróżba na kolejne dni:)

pozdrawiam

praca nad Kingscotem idzie pełną parą…przody wydziergane, poprawione, uprane. teraz muszą swoje odleżeć na styropianie, który służy mi za tańszy odpowiednik maty do blokowania:)

a w międzyczasie, jako że słowo się rzekło postanowiłam kończyć powolutku rozgrzebane prace… bo znowu pokusę mam… spodobał mi się ten model:

100_1569

robiła go Brahdelt, robiła Effcia, teraz moja kolej …

warto skończyć trzy (!) rzeczy, żeby móc się do niego dobrać (trzy rzeczy , a nie pięć, bo pięć to dla tych na wyższych levelach jest - i cele realistyczne miały być, żeby kolejna frustracja w ziemię mnie nie wbiła:)

i rzecz pierwsza już na wylocie

ac 766

kolejny wieszaczek kuchenny… jak widać , ćwiczę postarzanie przedmiotów. poza tym motyw wzorowany na dawnych , holenderskich kaflach chodził za mną już od dawna. i potrzebowałam małej zachęty, żeby to dokończyć:)

może to i nie na temat, ale lubię te wycinanki… i ostatnio znowu naoglądałam się pięknych rzeczy na innych blogach, więc motywacja do dalszych ćwiczeń jest

pozdrawiam

coś tam drgnęło…

zaczęłam wdrażać metodę Opakowanej – zanim zaczniesz coś nowego- skończ pięć innych rzeczy. czy wytrwam? mam szczerą nadzieję…

w ramach przyzwyczajania się do nowego, ulepszonego sposobu działania, wygrzebałam z najczarniejszych czeluści szafki kingscota. zaczęłam go dziergać chyba jeszcze w sierpniu… a potem okazało się, że ściągacze w przodach są jakby nierówne ( gdzie ja miałam oczy?) i to skutecznie zniechęciło mnie do dalszej pracy – już byłam gotowa do prucia. na szczęście po raz kolejny okazało się, że lenistwo popłaca, bo Weronika podsunęła mi rozwiązanie: ciapnij ściągacz, dorób co masz do dorobienia i przyszyj kitchenerem. genialne! bo jeśli miałabym robić te wszystkie bąbelki jeszcze raz, to byłabym zaprzeczeniem teorii, że robótki ręczne wyciszają i uspokajają.

tył już jest skończony:

ac 752

używam klasika w kolorze wiśniowym. kolor na zdjęciu jakimś cudem przypomina ten prawdziwy:) mam wrażenie, ze wychodzi przyzwoicie… trzymajcie kciuki:)

aha i jeszcze jedno: Dagmara wyczaiła e- dziewiarkę i tam można już kupić druty knit picks!

UPDATE: nie jestem w stanie napisać instrukcji do kitchenera - wydaje mi się, ze próby wytłumaczenia, co mam na myśli byłyby wymyślną torturą:) wydaje mi się, że tutaj jest to dobrze wyjaśnione

pozdrawiam


dopadł mnie ostatnimi czasy dziwny stan… tak mniej więcej od czasu pogrążenia się w egipskich ciemnościach, o czym pisałam wcześniej.

mam zbyt mało wszystkiego – a już najmniej czasu i cierpliwości… chyba mam nieczyste sumienie, czy coś w tym stylu, bo kiedy siadam sobie z drucikami na kanapie, najczęściej wygląda to tak, że zrobię jeden rządek, góra dwa i już podrywam się, i biegnę w najdalszy kąt domu. tam rozgrzebuję coś, bo właśnie przyszło mi do głowy np. sortowanie ubrań zimowych, zbyt małych itp. potem bardzo często przychodzi mi do głowy myśl, że miło byłoby spędzić dzień jakoś produktywnie, nauczyć się czegoś… biegnę więc do szycia (cały czas zajadle ćwiczę)… a moje lepsze ja zajmuje się w tym czasie nieletnimi…

efekt tego jest taki, że zaczęłam i skończyć nie mogę:

1. kingscot

2. cobblestone pullover

3.laminaria

4.alpine shawl

5. reading mittens

zgroza mnie ogarnęła , kiedy to wszystko sobie wypisałam. ciągle biegam, a wymiernych efektów bieganiny brak. jak chomik. kiszkowato troszkę:) chyba włożę sobie obciążniki do kieszeni, żeby siedzieć na miejscu i coś nareszcie skończyć

pozdrawiam

miałam w ubiegłym tygodniu…

pamiętacie serwisy informacyjne, gdzie podawano, że na Mazowszu ileś tam tysięcy gospodarstw domowych zostało pozbawionych prądu? to było również i o mnie… prawie dwa dni trwała ta zabawa. było naprawdę interesująco: nie działał piec c.o , nie było wody (bo mamy własną studnię) – nie było nic. nawet droga zrobiła się nieprzejezdna, bo młode brzózki rosnące sobie spokojnie na skraju nagle padły na twarz, przygięte pod naporem śniegu. słabo?

ale nie na darmo człowiek do harcerstwa należał… w kominku rozpaliłam tak, ze prawie w odrzutowiec się zamienił i utrzymywałam płomień “na wysokości przelotowej”, uzyskując oszałamiającą temperaturę 18,5 stopnia (z czego jestem dumna szczerze), a ze śniegu zebranego w ogrodzie pozyskiwałam wodę do …. innych , poza spożywczymi, celów.

ale kiedy już było po wszystkim… było cudnie… w pierwszej chwili nie dowierzaliśmy szczęściu, które nas spotkało, a potem strzeliliśmy sobie wszyscy po kolei gorącą kąpiel z dłuuuugim namaczaniem…

a Przemek wyczuł chyba pismo nosem i na pociechę przyznał mi wyróznienia, za które serdecznie dziękuję

aaa

a w związku z tym, że zrobiło się chłodniej, wzięłam przykład z Rene i zabrałam się za dzierganie czapeczek dla małych, odkładając wszystko inne na bok (i dopychając kolanem, bo na tym “boku” to już się drzwiczki nie domykają)

ac 725ac 731












wzór to Berry Baby Hat, w moim wydaniu nie bardzo baby, ale wydaje mi się ,że wyszło sympatycznie:)

pozdrawiam

dobrze, że mamy wolne… dobrze, że nie robiliśmy wielkich planów… dobrze, że nie mamy zobowiązań towarzyskich w tych dniach… dlaczego? a dlatego, że wytoczyłam ciężkie działa w wojnie z przeziębieniem, ba! przyparta do muru broń chemiczną zastosowałam!

ac 715

bez ostrzeżenia wyciągnęłam ze spiżarnia samo dobre: mleko, miód, czosnek w dużych ilościach. podgrzałam , zmieszałam, wypiłam i czekam kto kogo prędzej wykończy – ja wirusa, czy to mleko mnie:) atmosfera jest więc gorąca (i nie tylko gorąca, uwierzcie mi:) jestem gotowa na wszystko…

jest jednak pewna korzyść : niech mnie ktoś spróbuje ruszyć- ni człowiek , ni wampir mi niestraszny! jestem niepokonana – wszystkich zwalę z nóg- heheheee – a wszystkie spory i wątpliwości są rozstrzygane na moją korzyść, rzecz jasna:)

jutro będzie już zwyczajnie… na wieczór i jutrzejszy poranek mam zachomikowane spore ilości natki pietruszki, która zadziała jak antidotum – przynajmniej tak mówi teoria - zobaczymy:)

ponieważ zostałam jednak poproszona grzecznie o trzymanie się w bezpiecznej odległości od reszty kochającej rodziny, powędrowałam do kącika i po cichutku skończyłam wieszaczek kuchenny.

ac 724

zamierzam powiesić go w pobliżu piekarnika, a na nim będą sobie powiewały łapki, które szyję mniej więcej od dwóch miesięcy. wieszaczek też nie miał szczęścia – a od peelingu papierem ściernym delikatny jest jak pupka niemowlaczka:) koncepcje zmieniały się mniej więcej co drugi dzień. przechodziłam przez nieśmiertelną gałązkę oliwki, koguty, kury, cytryny. powyższa wersja obowiązuje dzisiaj, a jutro- prędzej ją wyrzucę niż znowu zabiorę się do przeróbek. ciężka jest droga do wiedzy:)

pozdrawiam

p.s 1 z przedszkolem udało się porozumieć, co mnie bardzo ucieszyło:)

p.s 2 na komentarze nie odpowiadałam z powodu zdechlactwa ogólnego, nie miejcie mi za złe:)

obiecałam i niniejszym słowa dotrzymuję: opiszę krok po kroku sposób, w jaki robiłam Laminarię.

zaczynamy:

  • bierzemy do ręki szydełko i włóczkę jakąś tam, najlepiej byle jaką i robimy krótki łańcuszek
  • mamy łańcuszek, więc bierzemy druty i włóczkę właściwą i na trzech oczkach łańcuszka, najwygodniej środkowych, nabieramy 3 oczka i mamy początek naszej robótki. łańcuszek będzie później spruty i odsłoni nam oczka, bardzo potrzebne i użyteczne – ta metoda została tu nazwana Crochet cast-on
  • przerabiamy 17 rzędów, po obu stronach robimy oczka brzegowe – ja zdejmuję pierwsze o. bez przerabiania. mamy trzy oczka na drucie i z dłuższego boku robótki dobieramy 7 oczek, prujemy łańcuszek i podnosimy “powstałe” oczka na drut. powinno być 13 oczek
  • objaśnienia oznaczeń: k – o.prawe, k3tog – 3 oczka przerobione razem na prawo, sssks2kp- zsunąć 2 oczka jak do przerobienia k2 tog, przerobić oczko,przeciągnąć przerobione przez zdjęte - jak tutaj ,sk2p – zsunąć 1 o jak do przerobienia na prawo, k2tog, przeciągnąć przerobione przez zdjęte o .- tak jak tutaj,1-into-3 star: [K1 tbl, yo, k1 tbl] – czyli tak – z jednego oczka robimy 3 - przerabiamy nie zdejmując 1 oczko prawe przekręcone, narzut, 1 oczko prawe przekręcone, 3-into-3 star: 3 oczka razem bez zdejmowania, narzut, 1 oczko prawe – mamy 3 nowe oczka w miejsce 3 starych, 3-into-2 star: k3 tog bez zdejmowania, oczko lewe – mamy dwa zamiast trzech, 3-into-9 star: k3 tog jak poprzednio, narzut, o.prawe – powtarzać, aż będzie 9 “nowych” oczek, 2-into-9 star – podobnie jak 3-into-9 star ale zamiast k3 tog, mamy k2 tog – zsunąć 3 oczka jak do przerobienia na prawo na prawy drut,wkłuć lewy drut od przody i przerobić na prawo,
  • teraz zaczyna się już poważna praca: sl (zsuń oczko bez przerabiania= o. brzegowe), k2 – przerobić pierwszy rząd Set-up chart, umieść marker, oczko prawe przekręcone (to jest środek chusty - to oczko zawsze przerabiamy jako przekręcone na “prawej” stronie robótki, a na lewo po “lewej), powtarzamy pierwszy rząd Set-up chart. trzy oczka z każdej strony tworzą border robiony wzorem francuskim
  • przerobić 2-6 rz. set-up chart – mamy 37 oczek
  • przerobić 1- 8 rz. Star chart 6 razy -229 oczek
  • przerobić 1-16 Transition Chart. 225 oczek
  • przerobić 1-8 rz. Blossom Chart . powtórzyć 8 razy - mamy 417 oczek. i 17 motywów na każdej połowie chusty.
  • przerobić 1-16 rz. edging chart1 – 497
  • przerobić 1-12 rz. Edging Chart 2. 629 oczek
  • kończymy robótkę – dołączamy drugą nić, będziemy przerabiać dwiema – 2 lewe, następnie przerabiamy je razem na lewo, o. lewe i znowu przerabiamy je na lrazem na lewo
  • wciągamy nitki,blokujemy tak, żeby powstały “ząbki” – widać to dobrze na zdjęciu
  • i to już koniec

mam nadzieję, że udało mi się przetłumaczyć prawidłowo – starałam się, ale ponieważ jestem a) leworęczna, b) roztrzepana, nie wykluczam możliwości pojawienia się błędów – i na dokładkę jeszcze przerabiam oczka po heretycku!

pozdrawiam

bo szlag mnie trafi na miejscu!

siedem plag chyba na mnie zesłano…. jestem chora, ledwie na oczy patrzę – mogłoby się wydawać, że jako osobnik chory leżę sobie w odosobnieniu i drzemię, czytam albo coś tam jeszcze. nic z tych rzeczy! plączę się po domu czyniąc więcej szkody niż pożytku. dzisiaj zabrałam się za pranie - jak się domyślacie, coś się za tym kryje.

same zobaczcie:

ac 710

fajne wdzianko dla dwulatka wyprodukowałam niechcący… a takie milutkie Listowie było..

ale ufilcowane perfekcyjnie, nie ma nawet śladu po oczkach, wyszła mniej więcej jednorodna masa, zbita i mocna – rasowy filc . szczęka opadła mi w okolice kolan, kiedy wyciągnęłam toto z pralki, zamotane w prześcieradło z gumką. załamka nad własną głupotą mnie dopadła… obiecuję publicznie: będę segregować pranie na bieząco – kupię sobie w końcu kosze na brudne rzeczy (te, które mam kupić już od roku mniej więcej) : na jasne , na czarne, na kolor, na ręczne… motywację mam, że hej!

ale to jeszcze nie koniec: kiedy otwieram swoje zmęczone, sponiewierane oczy, poraża mnie blask bijący od nowych bucików mojego dziecka, i nie jest to bynajmniej blask świeżości czy nowości. zdecydowanie nie. należy potraktować to sformułowanie dosownie. po prostu Karolinka i Tatuś poszli razem na zakupy (o naiwna byłam!) i kupiono to, co się dziecku spodobało…

ac 684

w życiu jeszcze takich nie widziałam i szczęśliwa z tym byłam…

może lepiej pójdę już spać… zdecydowanie Moc mnie opuściła:)

poniedzielnie, bo w dalszym ciągu żyję wczorajszym popołudniem, kiedy to miałyśmy spotkanie robótkowe u Eli

jak się słusznie domyślacie, było bardzo sympatycznie – jakże mogłoby być inaczej?

wyobraźcie sobie: pomieszczenie z gatunku większych, wypełnione kobitkami, drutami i włóczkami:) kosmos! wszystkie mówiły jednocześnie, podziwiały robótki sąsiadek, piły herbatkę i robiły co tam jeszcze komu do głowy przyszło… tak duża porcja energii uwalnia się przy takim spotkaniu , że napełnia entuzjazmem do dziergania na cały następny miesiąc!

a najlepszy motyw był z rozpoznawaniem osób w realu: siedzę ci ja sobie spokojnie obok dziewczyny i rozmyślam: któż to może być, bo jest w niej coś znajomego i tak zręcznie drutami wywija…. za nic nie mogę skojarzyć… Eliinę dzierga… od słowa do słowa okazało się, że to Dziunia jest:) Seremity na szczęście była przewidująca i profesjonalnie przygotowana do spotkania , bo przyczepiła sobie plakietkę z “podwójnym nazewnictwem;)”. potem to już pytałam na bezczela kto zacz (wybaczcie:))

ac 673

dokumentacja zdjęciowa raczej uboga, ale jakoś tak się zagadałam… i jeszcze Rene przyniosła swoje świeżutkie i pachnące Noro, więc w ekstazę niemalże popadłam :)

dziękuję za to spotkanie:)

i nareszcie zdecydowałam się co zrobię z tweedem… oczywiście wydziergam Mrs. Darcy Cardigan! czy to komuś szkodzi, że już jeden leży w szafie ? jakieś takie skrzywienie mam ,że kiedy pokocham dany model , mogę robić do w dziesięciu róznych kolorach i wariacjach, a i tak za każdym razem będę zadowolona jakbym Amerykę odkrywała:)

oczywiście, ten będzie zupełnie inny:) poprzedni był (jest) żółty,robiony do spódnicy . ten będzie dłuższy, ściągacz będzie w innym miejscu niż w oryginale i dekolt będzie nieco bardziej skromny

ac 690

jestem ciężko zachwycona tym tweedem! delektuję się każda chwilą dziergania. te farfocle są urocze… cieszę się, że po roku czy nawet dłuższym okresie marudzenia w końcu go kupiłam:) do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze własnej talii, która gdzieś mi się, skubaniutka, zapodziała…

pozdrawiam

a tak naprawdę to ciągnie mnie w stronę kufajek, nawozu i gustownych kaloszy zwanych niekiedy gumofilcami… brzmi dziwnie?

popatrzcie na te słodziaki, a same zrozumiecie:) ja jestem ciężko zakochana, od pierwszego wejrzenia:)

to są nasze polskie alpaki, pochodzą z hodowli Pani Marty z Konina. wychodzi więc na to, że moja wizja hodowli czegoś wełnistego nie jest tak bardzo odległa i nierealna, jak mogłoby się wydawać. jest tylko jeden szkopuł: chyba nie wyżyłabym ze sprzedaży wełny…. bo najchętniej przerobiłabym cały surowiec sama:) swoją drogą, ciekawe, co pani Marta robi z wełną? hm……..

w alpakach spodobało mi się jeszcze jedno – mają charakterek:)

“ Jeśli zwierzę jest ekstremalnie niezadowolone z zachowania hodowcy, może zaatakować śmierdzącą, zieloną breją. Zapach jest tak okropny, że wielu hodowców woli mieć do czynienia z odchodami alpaki niż z pluciem i śliną.”

chyba nikt nie odważy się na znęcanie się nad alpaką:))

o alpakach można poczytać więcej tu i tu

ten wpis jest tylko pozornie “od czapy”, to etap nastawiania się do dziergania z wełny alpaki właśnie – będzie kolejna Laminaria, tym razem czerwona:) była Zielenica, to teraz czas na Krasnorosta. p

poza tym dzisiaj potrzebuję czegoś miłego ,jako odskoczni od życia. okazało się bowiem ,że właściciel przedszkola do którego chodzi Karolinka, podsunął nam do podpisania umowy na tak bandyckich warunkach, że aż ciężko mi w to uwierzyć… i teraz zgryz mam potężny – właściwie należałoby odwrócić się na pięcie i zabrać dziecko z przedszkola, a z drugiej strony, Karolinka chodzi do przedszkola bardzo chętnie, bywa, że wstaje skoro świt i dopytuje, czy pani Matylda już jest w przedszkolu, i czy możemy się już ubierać? na razie czekamy na opinię z Urzędu Ochrony Konsumentów, gdzie sprawa została skierowana przez Radę rodziców.

mam nadzieję, że wszystko się ułoży. w międzyczasie popatrzę sobie jeszcze na alpaki

do mojego “kącika wzruszeń’” trafią dzisiaj aż dwa wyróżnienia:

to od Zaczarowanej i Przemka jak ta glina zrobiłam się miękka i całkiem do urobienia:)

a potem jeszcze Laura i ponownie Przemek dołozyli mi to:

pu.i.wp.pl

normalnie trzeba było mnie z podłogi zbierać, bo się rozpłynęlam w samouwielbieniu::)

musiałam czekać aż skrzepnę – okrzepnę i dopiero wtedy mogłam zabrać sie za pisanie tej notki:) no dobra, trochę błaznuję…. w rzeczy samej jest mi bardzo miło, ze Waszym zdaniem potrafię zrobić cosie, które dostarczają wrażeń z gatunku przyjemnych:)

ale w tym wszystkim pojawił się problem: naprawdę nie wiem, kogo wyróżnic… i nie jest to kokieteria z mojej strony… tyle pięknych rzeczy widzę na Waszych blogach, że aż mnie skręca z zachwytu. może tak: wyrózniam wszystkie blogi, które odwiedzam i komentuję :)

i co dalej? nie samą próżnością czlowek żyje;)

ujawnię w końcu tajemniczy projekt robiony w ramach wymianki jesiennej u maranty, bo mi tu biedny Przemek wszystkie paluchy poobgryza;)

ac 291 ac 317ac 296

projekt to Eliina shawl, zainspirowany przez Jagienkę, rzecz jasna. włoczka to kashmir od Laury, około 2,5 motka, druty 3,5.

chusta poleciała w szeroki świat, aż do chicago. mam szczerą nadzieję, ze spodoba się nowej właścicielce – ja jestem chora na ten projekt. muszę zaraz wydziergać sobie następną chustę, na własne potrzeby ( chłodno się już robi, psiakostka)

dzisiaj nie będę żyła wrażeniami z wakacji… robię przerywnik pomiędzy częścią pierwszą, a drugą wspomnień.

a powód ku temu? właśnie się zblokował… Laminaria…

i nie zważając na fakt , że pomimo usilnych starań wyglądam jak pokurcz, z dumą świeżo upieczonego rodzica prezentuję swojego wytwora:

ac 664

ac 668

ac 646

ac 641

ponieważ ażury to dla mnie temat tajemniczy i mroczny, straciłam trochę pewności siebie przy dzierganiu. no bo jak to tak? na wzorze tak pięknie wszystko wygląda, a u mnie na drutach jakiś zezwłok smętnie powiewa, na dokładkę jakiś taki pomarszczony, zwichrowany i w ogóle do niczego… jego podobieństwo do oryginału było porównywalne z podobieństwem brzydkiego kaczątka do łabędzia… niby ten sam gatunek, a jaka różnica..

ale potem przypomniałam sobie, że utalentowane i doświadczone zarazem koleżanki wspominały, ze diabeł tkwi w blokowaniu. namoczyłam więc porządnie to całe badziewie, potem wycisnęłam w ręczniku i użyłam koca oraz rozłożonego narożnika do blokowania (w pierwszej chwili wyciągnęłam swój styropian wiecznie żywy, który normalnie służy mi w tym celu, ale prawie natychmiast zrezygnowałam – moje cztery tafle to zbyt mało dla tej ślicznotki)

i już tylko zaglądałam mniej więcej co dwie godzinki, patrząc, czy aby na pewno nic się nie zmarszczyło albo powyciągało…

w Laminarii nie powyciągało się nic, ale wygląda na to, że ja zostałam wciągnięta w ażury!

to naprawdę niezła zabawa:) i wcale nie jest to takie przerażające i trudne, na jakie wygląda

a i samo gęste na koniec: użyłam tureckiej włóczki Alize – Prestige. marzyła mi się andora, ale w mojej pasmanterii mają same paskudne kolory, niepodobne do niczego ( wyobraźcie sobie kolor brudno- cytrynowy, ueeee)

Prestige to wełna z niewielkim dodatkiem nylonu, określiłabym ją jako skarpetkową. zużyłam około 250 gramów, druty 3,5. wzór wygrzebałam z archiwum knitty.

no dobrze, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - odpoczęłam po właśnie zakończonych wakacjach i wracam do świata żywych ( bo kiedy wysiadłam w końcu z samochodu po 24 godzinach podróży, to raczej do świata upiorów się zaliczałam albo innych zombie)

a podróżowałam tak z pięknej Toskanii…

trudno mi tak od razu napisać co tam robiłam, bo wrażeń było tyle, że jeszcze mi to wszystko wiruje przed oczami i wcale nie chce wskoczyć do odpowiedniej szufladki w głowie – światło, kolory, zapachy i smaki, ludzie - tańczą razem w szalonym korowodzie… w dalszym ciągu pozostaję pod wielkim wrażeniem, a może szoku? wzystko było tak inne, takie wręcz nieprawdziwe w swojej odmienności…

ot, oderwali Martę od garów i biedaczka w obłęd popadła :))

a zaczęło się nieciekawie ; moja Teściowa zamówiła dla nas pokój w mieście San Vincenzo. Pokój miał znajdować się w willi nad samym morzem.

po dojechaniu na miejsce (również po 24 godzinach w samochodzie) okazało się, że nie jesteśmy oczekiwanymi gośćmi i miejsca dla nas nie ma i nie będzie, bo wszystkie pokoje są zajęte. w tym miejscu wypada wspomnieć, że Teściowej z nami nie było, bo miała dojechać za dwa dni. cud miód i malina po prostu. Teść się wścieka, bo oczywiście go oszukano, Szwagierka jest zła jak osa, bo tak wypadło, dzieciaki piszczą, a jak padam na twarz. recepcjonistka szuka zawzięcie – nie ma. w końcu olśniło mnie – i mówię: proszę szukać w rejestrze przelewów bankowych, tam musi coś być. miła Pani szuka ponownie. nie ma. telefon do Teściowej: kobieto - z jakim tytułem, z jakim nazwiskiem puściłaś zaliczkę? nie wiem….

sprawa nareszcie znalazła szczęśliwe zakończenie : przelew i rezerwacja były. okazało się, że Teściowa zarezerwowała pokój poza miastem, w innej willi (na szczęście właściciel był ten sam:) a jaka była przyczyna? myśląc o willi w mieście, napisała maila z prośbą o rezerwację i wysłała go na adres tej podmiejskiej. i jeśli treść brzmiała mniej więcej tak: chcę zarezerwować miejsce w Twojej willi, to sprawa dla właściciela była oczywista… spakowaliśmy się więc z powrotem do samochodu i grzecznie pojechaliśmy do “naszego “ pokoju.

i jest nauka dla żuka: bądź precyzyjny i wszystko sprawdzaj pięć razy

skończyło się tak, że zaproponowano nam przeprowadzkę do miasta po tygodniu, kiedy zwolni się miejsce, z czego skorzystaliśmy.

ale i tak nie było źle:))

po tych nerwach nie mieliśmy na nic siły…. moczyliśmy się więc w morzu długo i zajadle . widziałyście kiedyś rybę przyrządzoną w solnej skorupce? tak mniej więcej wyglądałam ja, zanim nie uświadomiłam sobie, że po kąpieli w morzu trzeba koniecznie iść pod prysznic… woda była baaardzo ciepła i tak słona, że wypierała ciało do góry. nie trzeba było wcale ruszać nogami podczas płynięcia, a i tak człowiek utrzymywał się na powierzchni

ac 462

ac 396 ac 484

ac 483

a nocami spełniałam swoja marzenia o byciu obserwatorem dzikej przyrody:

ac 433

ac 455

wypasiona, czyż nie?

na drutach robiłam w tym okresie niewiele, bo dzieciaczki były tak podekscytowane, że biegały w jedną i w drugą stronę jak nakręcone – aż przyjemnie było patrzeć, jak bardzo się cieszą – zwłaszcza Karolinka ( z tej radości to się prawie w skoczka pustynnego zamieniła, podskakiwała jak na sprężynie)

i tak minął nam pierwszy tydzień wielkich wakacji

ciąg dalszy nastąpi…..

Blog Archive

Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy