już minęło mi zniechęcenie i jestem zwarta i gotowa do nowych działań!
zabrałam się uczciwie do Sylvi i brakuje mi już tylko połowy kaptura - no i oczywiście trzeba przyszyć poszczególne płatki kwiatów, powciągać nitki - już naprawdę widać koniec... wygląda na to, że ładnie będzie to wszystko wyglądało, ale odetchnę z ulgą dopiero, kiedy już wszystko będzie gotowe. nie ukrywam, że bardzo podoba mi się kolor, który wybrałam:)

w związku z powyższym, czeka mnie wyprawa do pasmanterii po guziki i nieco się obawiam, że na guzikach się nie skończy....
tak dziwnie się składa, że w pobliżu regałów z włóczkami opuszcza mnie zdrowy rozsądek, coś w głowie zaczyna wołać, że muszę kupić jeszcze to... i może tamto....?
a sprzedawczyniom wystarczy jedno spojrzenie na mnie i zaczynają wyciągać, najbardziej smakowite kąski - znają już moje słabe punkty po prostu :))

nie pokazywałam Wam jeszcze moich zapasów, bo się wstydzę troszkę... ale muszę to któregoś dnia uporządkować, bo sama zapominam, co jest , a czego nie ma. dobrze mają to zorganizowane na ravelry, no ale obawiam się, że jak zacznę fotografować i wstawiać zdjęcia, to do następnej zimy nie skończę.
chyba będę musiała któregoś dnia urządzić wyprzedaż "garażową" :)

ale odbiegam od tematu...
dostałam zadanie: mam wydziergać męski sweter.
niby nic, ale uwaga - musi mieć wkomponowany znak Batmana ( słabo?), no i oczywiście musi być czarny i absolutnie nie metroseksualny:)
najbardziej wpadł mi w oko model, który Dagmara wydziergała dla swojego Męża - o taki:)
piękny... no ale gdzie tu batmańskie logo wpasowac? ot, dylemat i zagwozdka

a może taki?


albo taki?


a może zrobić logo jako plakietkę i zwyczajnie przyszyć?
och, te chłopy.....
pierwsze koty zza płotów...

jak to się mówi - przeprowadziłam krytyczną analizę wyników pracy, Lola świadkiem.
oglądałam, przymierzałam i myślałam bardzo, bardzo intensywnie:)
manchester z gerlacha to jednak nieporozumienie.
pomysł z kolorem i przedłużeniem całego sweterka był niezły, ale "wstawka z wałeczkami" wyglądała jednak zbyt topornie i poszerzała mnie pod biustem w sposób wręcz nikczemny :)
oto, co go spotkało:



trudno :(
stara mądrość ludowa głosi, że tylko ten się nie myli, kto nic nie robi - i tego będę się trzymać .
mimo wszystko jestem troszkę zniechęcona.
chyba zabiorę się za dokończenie sylvi... brakuje mi kaptura i połowy rękawa. zobaczyłam dzisiaj u Brahdelt przepiękną wiśniową sylwunię i nie powiem, nieco mnie to zmotywowało:)
chociaż może lepiej nie... bo mam nastrój pt."nic mi nie wychodzi"

a na zakończenie przytoczę pewną rozmówkę z moją Karolinką

K: mamo, a ja nie znam swojego pradziadka, bo on umarł, prawda?
M: tak (i wiem, że to nie koniec)
K: a dlaczego umarł?
M: umarł, bo miał już bardzo dużo lat i był zbyt zmęczony, żeby dalej żyć...
K: mamo, czy wszyscy umrą?
M: tak
K: mamo, to jak wszyscy umrzecie, to ja się zajmę pieskiem i kotkiem...

odpadłam. ze śmiechu dostałam czkawki. co za logika w takiej małej głowie:)


Kath - myślę, że spokojnie można wziąć dwie nitki. na ravelry widziałam wykonanie, gdzie dziewczyna użyła dwóch nitek w kontrastowych kolorach. nawet nieźle to wyglądało

Brahdelt - to prawda mam ostatnio fazę na płaszczyki. nawet myślę, żeby gerlacha przerobić na płaszczyk w kształcie litery A, z raglanowymi rękawami o nakładanymi kieszeniami. powinno być lepiej:)

Fiubździu, Persjanko - jeśli coś mnie najdzie, siedzę i dłubię do upadłego. potem niestety zwykle nabieram obrzydzenia do projektu i ląduje w koszu na dosyć długi czas:)

Edi-bk - fajnie, że już jesteś! oczywiście, że się podzielę:) i coś czuję, że zrobię drugie podejście do manchestera, jak tylko ochłonę :)
w Mannchesterze oczywiście...

wymyśliłam sobie, że będzie to bardziej wiosenny płaszczyk niż typowy sweter. postanowiłam go troszkę wydłużyć, ponieważ wydaje mi się, że wtedy uzyskam lepsze proporcje, będzie taki troszkę w stylu lat 60:) z iluzją odcięcia pod biustem.

przez przypadek trafiłam na gerlacha i pomyślałam - że można spróbować.
zdecydowałam się na kolor pt. brudny róz ale wydaje mi się , że bardziej przypomina kolorem bez :) podoba mi się również efekt delikatnego melanżu







a tutaj zrobiony tył na Loli - nie opinałam jej gibkiego korpusiku za bardzo, żeby było bardziej realistycznie:) tylko ta dolna plisa ryżowa ściąga mi wszystko i robi się lekka buła, ale jak sądzę po blokowaniu ten problem zniknie.
na razie podoba mi się, ale robię z duszą na ramieniu, bo może jednak wyjść zbyt pancerny
tak troszkę wspominkowo dzisiaj będzie...
nie da się ukryć - wiosny mi się chce! bardzo, bardzo, bardzo!
a już tak najbardziej na świecie chciałabym żeby ziemia rozmarzła i była taka ciemna,
i pachnąca...a ja wtedy łopatą i grabiami mogłabym ją potraktować i sadzić , przesadzać, bo znowu mi się koncepcja ogrodu zmieniła;)
no cóż - chłopska krew się we mnie odzywa:)

ale odbiegam od tematu...
było tak: pewnego majowego dnia zadzwoniła moja Teściowa z konkretnym pytaniem, czy nie chciałabym rododendrona bo ma do oddania.
chciałabym. no to zaraz będzie. w porządku.
Teściowa jest typowym kompulsywnym kupującym - szczególnie dotyczy to sklepów ogrodniczych wszelakiej maści, pomyślałam więc, że przytarga krzaczek średniej wielkości, który przestał się jej podobać albo, co gorsze, nie ma go już gdzie posadzić.
przyjechała z Teściem
zawołali mnie na podjazd
prawie zemdlałam
okazuje się, że pojęcie "krzaczek"jest mocno nieprecyzyjne.
w przyczepie była istna dżungla - kolorowa i pachnąca, bo "krzaczki" pokazywały na co je stać... kwitły jak oszalałe.
okazało się, że Teściowa dostała je od jakiegoś znajomego, który likwidował działkę pracowniczą czy coś w tym stylu...

oczywiście zostały natychmiast posadzone i podlane. wyglądało to komicznie - krajobraz iście księżycowy - pobojowisko po budowie - i takie piękne kwiaty... to wyglądało aż nieprawdziwie:)



specjalnie pokazuję zdjęcia z wózkiem - dla zilustrowania wielkości "krzaczków" i uświadomienia stopnia"szaleństwa" człowieka , który zdecydował się na przesadzenie tych roślin. i na dokładkę w pełni kwitnienia!

ten biedaczek jest chory - widać po zdrobniałych kwiatostanach- przyjechał już taki - ma fytoftorozę - straszne świństwo grzybowe, ale nie poddaję się - skoro przeżył takie przygody to twarda z niego sztuka:)

a to dla odmiany azalie - pięknie pachną.

rozmarzyłam się...

i w oczekiwaniu na wiosnę postanowiłam zająć się Manchesterem z Interweave Knits



tylko widzę go bardziej jako lekki płaszczyk :)


dziękuję Wszystkim za życzenia powrotu do zdrowia - na pewno się przydadzą:)
miejsce: południowa część okopów pościelowo - kocykowych
działania wroga: padły wszystkie strategiczne przyczółki położne nad zatokami czołowymi i przynosowymi
podjęte działania: zastosowano broń chemiczną o wysokim stężeniu
rezultaty: trudno ocenić w chwili obecnej

no tak, kilka ładnych dni mam wyjętych z życiorysu... głowa bolała mnie tak, że nawet nie miałam siły nic dziergać, ba nie mogłam nawet nic przeczytać baz uczucia, że zaraz eksplodują mi oczęta. wyobraźcie sobie, że nawet poszłam do lekarza :) okazało się, że moja Pani doktor jest nadzwyczajnie miła i sprawia wrażenie bardzo kompetentnej.
dostałam antybiotyk i jeszcze parę innych rzeczy, a wśród nich spray do nosa tak śmierdzący, że musi być bardzo skuteczny :)

nie mogłam obejść się całkowicie bez dziergania (to już stanowczo mania!) i w chwilach stosunkowo dobrego samopoczucia wydziergałam rękawiczki, bo wstyd przyznać swoje gdzieś zgubiłam jeszcze jesienią i od tamtej poty nie mogłam zmobilizować się, żeby kupić/ zrobić nowe:)
no i przy okazji trenowałam dalej magic-loop'a. odkąd Kath oświeciła mnie w tej kwestii, nie biorę do ręki czterech drucików.

zdjęcia są raczej podłe, ale żadna siła nie zmusi mnie do wyjścia na dwór, bo przy zmianie temperatury też mnie boli :)
użyłam włoczki fina dk - około 60 gramów. druty 2,5




otóż to :)
Nowy Rok troszkę kiepsko się zaczął również dla mnie (chociaż nie aż tak groźnie jak u innych zaprzyjaźnionych blogujących:))
nie zdążyliśmy złożyć dokumentów zawiadamiających o zakończeniu budowy, więc prawdopodobnie będziemy musieli wyłożyć całkiem sporą kaskę na certyfikat energetyczny. mówiąc obrazowo - jakieś 15 kg dobrej włóczki przelatuje mi właśnie koło nosa. zal ściska mi wszystko, co jest tylko możliwe. niby wiadomo jak jest z pieniędzmi - raz są raz ich nie ma i nie trzeba wpadać w rozpacz, ale mimo wszystko lepiej jeśli są:) a wiadomo jak jest, kiedy urządza się dom - wszystko jest potrzebne naraz i każdy grosz się liczy.
dobrze, że jestem w miarę dobrze zaopatrzona we włóczkę :) bo żal byłby jeszcze większy

no ale nie ma tego złego....
wyciągnęłam z szuflady dwa trupy - zalegały na dnie od dwóch lat - wstyd się przyznać:)



to jest motyw z obrusa "zimowego" - brakuje mi już tylko połowy motywu i jakoś nie mogę się zebrać w sobie i dokończyć dzieła




a to jest makatka dla mojej Karolinki - aniołek też mocno świąteczny, bo z choinką, ale jak się sprężę to jeszcze mi ujdzie płazem :)
tak na marginesie - nie zwracamy uwagi na plamy po intensywnym podziwianiu przez dzieci.

no i zmieniłam skórkę, żeby jakoś ten Nowy Rok zaczarować, poza tym tak się zimowo zrobiło, że biel bardziej mi pasuje. zresztą tak jakoś schludniej to wszystko wygląda:)

a wracając do łowienia ryb: ekspertem to ja nie jestem, oj nie! dopiero co przełamałam się i założyłam robaka na haczyk. najbardziej w łowieniu przeszkadza mi obsesyjka pt" przecież to robaka, tudzież rybę boli". ale z drugiej strony, to uczciwa gra - chcesz jeść - musisz upolować pożywienie. tak sobie powtarzam.
a zaczęło się tak:
na wakacjach siadywaliśmy sobie na pomoście nad jeziorem - i ci łowiący, i ci przyglądający się, jak również ci z drutami w ręku ( zielony starsky powinien nazywać się tak naprawdę:wodnik szuwarek ). i tak mijały dni. pod sam koniec wyjazdu na pomoście zrobiło się troszkę lużniej, bo wszystkim się już te rybki jakby przejadły. mówię więc do braciaka - daj spróbować. i jak zaczęłam tak mnie siłą musieli stamtąd wyciągać. druty poszły w kąt, bo jednak na ten spławik trzeba się gapić, żeby w odpowiednim momencie "zaciać".
komary? da się żyć, kiedy odzywa się w człowieku atawistyczna chęć zdobycia pożywienia.




oto moja duma: płoć - złowiona w dniu wyjazdu. kiedy zaczęłam zwijać żyłkę, wiedziałam, że coś grubszego się kroi. walka była zacięta. a ja najbardziej się martwiłam kto mi ją z haczyka zdejmie, bo wszyscy poszli na obiad. na szczęście, kiedy wylądowała na pomoście, zaczęła tak energicznie skakać, że sama się odczepiła.
a jaki skok wtedy wykonałam, żeby moją zdobycz powstrzymać przed ucieczką - ha, Partyka by się nie powstydził:)
a złapałam ją - uwaga - na kukurydzę o smaku waniliowym :))))))) słabo?
pomyślałabym, że jestem blondynką (proszę, niech blondynki się nie obrażają, że posługuję się stereotypem, to tylko taka figura stylistyczna).
chyba do legendy przejdę :)

od prawie dwóch dni nie miałam internetu - czułam się jak bez ręki. chociaż nie - bez ręki można żyć - jak bez co najmniej jednego płucka:) chodziłam, marudziłam Radkowi, żeby jakoś zadziałał i ogólnie osiągałam wysokie rejestry uciążliwości.
aż tu dzisiaj niespodziewanie, kiedy odtajał mi już rozum po porannym wyjściu do przedszkola, przyszło mi do głowy, żeby obejrzeć komputer od tyłu i sprawdzić, czy kabelek od sieci się aby przypadkiem nie poluzował.
no i co? jak myślicie?
wcisnęłam go na miejsce i oto jestem!
inteligencja w akcji :) bez dwóch zdań !

mało tego -to nie różnice - moim zdaniem - to podobieństwa się przyciągają. przynajmniej wygląda na to, że tak jest w naszym małżeństwie. już wyjaśniam.
Radeczek podjechał sobie wczoraj wieczorem pod bramę, zadowolony , a jakże, przecież już jest prawie w domu ...
poszedł otwierać bramę i zostawił samochód z kluczykami w środku.
w tym samym momencie drzwi auta się zatrzasnęły i zablokowały - silnik pracował, telefon w środku, brama i droga zatarasowana. a najgorsze z tego wszystkiego, że tam w środku były moje zamówione włoczki!!!!!
grozą powiało, jak mi się to przypomniało...

kluczyki zapasowe w pracy, trzeba czekać, aż ktoś dowiezie... no ale przecież nie można tak zostawić tego samochodu, a tu mróz ściska to i owo...
piesek miał przymusowy spacerek, nie chciało mu się, uciekał wzrokiem , udawał, że nie słyszy... ale siła wyższa musiał iść
przewietrzyli się porządnie, nie powiem, musiałam potem Radka grzańcem ratować, a piesuś
dogrzewał si pod dodatkowym kocykiem


dopiero teraz mogę się śmiać do woli, bo przy Radku to mi raczej nie wypadało:)
książkę chyba napiszę...


Spręzyno - no to znasz ten ból:) człowiek chciałby parę słów zamienić, a tu nic - pusto, bo chłopa wywiało... albo jeszcze gorzej - siedzi taki z miną skazańca (na dożywocie:))
Radek to ostatnio nawet naszego wspólnego przyjaciela na mnie nasłał, żeby mnie ugadał w kwestii ich spotkań wieczorno - nocnych, przeznaczonych na granie
na razie powiedziałam wrednie - "jak chcesz - idź, ale ja też tego samego dnia zapraszam własnych kolegów, a może tylko jednego..."
zobaczymy, co się będzie dalej działo:) bo trochę dużo się tego robi: a tu koszykówka, wyście do kolegów, no i przede wszyskim praca. nic dziwnego ,że dosyć zadko się kłócimy - bo zwyczajnie nie ma jak (no i dodatkowo, charakter Radka nie sprzyja kłótniom)

Fiubździu - azteca sama się układa w pasy. dziergając ten głowokryj robię sobie wprawki przed Twoim beretem, jeśłi pozwolisz

Kath - masz rację, coś z uszyskami jest niezbędne - dzisiaj rano mieliśmy minus 24 stopnie - więc wypatrzyłam sobie wstępnie coś takiego. a tak w ogóle to też się głowię nad manchesterem - zamówiłam gerlacha w kolorze brudnego różu, ale jest jednak zbyt gruby - 12 oczek na 10 cm. szkoda. poczekam więc chyba, aż mój fundusz przyjemnościowy pozwoli na kupno prawdziwego tweedu. kocham tweed po prostu, ale niegdzie nie spotkałam takiego, który powaliłby mnie na kolana:)

Kite designer - pewnie, że najlepiej byłoby samemu się focić. przy Radku to się jakoś spinam nadmiernie albo chichoczę jak norka :) przy starym aparacie miałam już względnie opracowany sposób - parapet, ale teraz szarpnęłam się z bólem serca na nowy i tak go cenię i szanuję, że boję się z rąk wypuścić. wariatka jestem!

Persjanko - to prawda jest dużo szczuplutkich dziergatek. ja też chcę!!!! piszę o tym, bo słowo pisane skuteczniej wesprze moją słabą silną wolę:) mam nadzieję
polowałam dzisiaj cały ranek na skrawek słoneczka, żeby zrobić zdjęcia w przyjemnym otoczeniu, jednak koło południa dałam za wygraną i wypełzłam z cieplutkiego domeczku na ziąb i mróz:) mało tego - zmusiłam radka, żeby to on trzymał aparat. zwykle za mojego osobistego fotografa robi parapet przy oknie kuchennym:)
oto efekty naszej współpracy (łatwo nie było, o nie!):



w tak zwanym międzyczasie wyciągnęłam z przepastnych czeluści mojej tajnej skrytki na włóczkę motek azteki, który czekał na swoje pięć minut chwały.
wyciągnęłam z zamiarem zrobienia sobie jakiegoś nakrycia na głowę. zrobiło się tak mroźno, że przestałam nawet przejmować się tym, że moja "uroda" nie jest stworzona do noszenia czapek:)
postanowiłam więc, że zrobię beret, a uroda azteki załatwi całą resztę. tak bardzo spodobały mi się te kolory!

to mój pierwszy własnoręcznie zrobiony beret.
przy okazji przećwiczyłam nową dla mnie metodę nabierania oczek - tubular cast-on. jak dla mnie - rewelacja - brzeg jest baaaaaardzo elastyczny, ale nie rozwlekły. na dodatek ładnie wygląda :)


dziękuję Wam za miłe słowa! i rady - na pewno skorzystam w przyszłości :) niestety na mnie yoke nie wygląda tak ładnie jak na loli, ale cóż - ona jest zawodową modelką :) ale tak na poważnie, czas przestać się oszukiwać - troszkę dużo się mnie zrobiło. czas się tym zająć - i to konkretnie. niestety nasze hobby to zbyt dużo kalorii nie spala:) szkoda!!!


Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy