na początku muszę oczywiście nakreślić tło...
każdy, kto mnie zna, wie, że w sprawach dotyczących sposobu ubierania się byłam (a może i jestem w dalszym ciągu) przysłowiową konserwą. dotyczyło to zwłaszcza dobierania kolorów - przez długi czas istniały tylko beże, brązy i odrobina czerni. po części wiązało się to z rodzajem wykonywanej pracy (obowiązywał dress code), ale nie ukrywam, że czułam się dobrze i bezpiecznie w takich kolorach .
jednym słowem - może to i ładne, ale nudne było...
dlatego teraz, z prawdziwym zdumieniem odkrywam, że ciągnie mnie w stronę "innych " kolorów z intensywnością graniczącą z obsesyjką.
sama siebie zaskakuję! bo to przychodzi nagle...
a ostatnia obsesyjka to chyba wdarła mi się do mózgu, kiedy spałam i straciłam czujność:)))
a może pięć lat przebywania pod jednym dachem z fanatyczna zwolenniczką tego koloru ? (mam na myśli oczywiście moją Karolinkę)

i wszystko zdaje się jasne... wchodzę w erę Rózu
Sprężyna dobrze wyczuła, skąd wieje wiatr :))))


a oto sprawcy:

Flo w wykonaniu niangii







a to dzieło chirurun - Rosa

oba sweterki mają tak słodki, cukierkowy wdzięk, że kolor narzucił mi się sam z siebie. zresztą wiosną to chce mi się lekkich , świeżych kolorów - to chyba reakcja na monotonię jesieni i zimy

widzę tutaj pudrowy róż z falbankami w ciemniejszym odcieniu - bo z białymi to chyba jednak byłoby zbyt mdło... i czy mimo wszystko nie będzie to wyglądało to jak wielki deser z bitej śmietany i truskawek? może jednak jeszcze zrewidować swoje poglądy na róż - jak wiecie jestem raczej w gorącej wodzie kąpana :)

jak widać wracam do "wielowymiarowego" dziergania - czyli - co najmniej trzy naraz:)

coś jest ostatnio na rzeczy....
jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - coraz częściej popadam w stan dzikiej ekscytacji na widok jakiegoś sweterka.
i zaraz , natychmiast muszę go dziergać.
w wielu przypadkach goni mnie czas - ja tu jeszcze tkwię przy sweterkach zimowych, a już jednak czuć na karku tchnienie wiosny - ptaszki się wydzierają, wszyscy zaczynają dziergać na zielono....

a ja - wstyd przyznać - chwilowo rzuciłam Jadowitą zieleń w kąt - bo teraz przecież najtrudniejsza praca mnie czeka;) - trzeba dorobić pliski przy rękawach - ach, jakie to jest wyczerpujące zajęcie.....
a to wszystko przez to:



nie są to jakieś szczególnie "widowiskowe" projekty, ale mają w sobie szczególny urok, który wyjątkowo mnie ujął.
jestem w trakcie dłubania kardiganu - bardzo spodobał mi się "karczek" zrobiony wzorem francuskim. no i oczywiście, nie bez znaczenia jest to , że dzierga się to w jednym kawałku.
tym razem postawiłam na brązy :




włoczka shetland - kolor gorzko- czekoladowy z granatowymi i rudawymi refleksami. i co mnie jeszcze zaczarowało - ma delikatny połysk, naprawdę kojarzy mi się z roztopioną czekoladą:)) ( to tak odnośnie zaczynającego się Wielkiego Postu -)

jak widać - Era Czerwieni chyli się ku upadkowi....
teraz podoba mi się... nigdy nie zgadniecie...

zostawiam Was z tą zagadką na chwilę :)





dzisiaj rozbroiła mnie moja Karolinka:
przyniosła mi 25 groszy i mówi - masz mamusiu, to na włóczki :)))

nie wyrobiłam i kulałam się ze śmiechu dosłownie.
w ogóle taki wesoły dzień mam dzisiaj -
  • obudziłam się o 4 rano - to nawet nie było takie złe, bo dokończyłam sobie tył kamizelki, spokojnie napiłam się kawusi i wylegiwałam się pod kocykiem popadając w błogostan. potem dla zabawy robilam próbki na kolejne sweterki, których pewnie nie zdążę zrobić, bo lato mnie zastanie przy tej robocie
  • potem Radek postawił mi bańki (po antybiotyku tak rozmemłana jestem, że dzieciaczki sprzedały mi to, co zostalo przyniesione z przedszkola),
  • skoro dziecko daje mi pieniądze na włoczki, to trzeba troszkę dołożyć i kupić, czyż nie? zamówiłam więc, to czego "niezbędnie" potrzebuję
  • Radek kupił mi Sabrinę na wiosnę
  • zjadłam pączka bez żadnych wyrzutów sumienia - znam taki wygodny przesąd, że jeden pączek jest obowiązkowy, bo w przeciwnym razie nie będzie się nam wiodło w ciągu całego roku

a oto Lola w Jadowitej Zieleni - szok! ale jak została podkreślona szlachetna bladość jej cery - nie mam pytań!



pozdrawiam i zmykam pod kocyk - przecież po bańkach trzeba dobrze wypocząć... ciekawe jak długo uda mi się utrzymać wszystkich w tym przekonaniu?
tak z głupia frant:))))

cóż więcej mogę powiedzieć?

niemalże ogłosiłam koniec zimy, a tu ja sypnęło, jak dmuchnęło... zasypało nas porządnie :)

zebrałam się więc w sobie , zawzięłam i wydziergałam Beret na motywach Fiubździu ( mówiąc oględnie i dyplomatycznie). w rzeczywistości bezczelnie i bezwstydnie odgapiłam wzór - zmieniłam jedynie kolor na kruczoczarny , pomyślałam , że będzie dobrze, bo Kasia i ja to jesteśmy tak do siebie podobne jak niebo i ziemia, Flip i Flap itd...
i skoro Jej ładnie jest w kolorze kremowym, to mnie niekoniecznie:)

nawet włoczka ta sama - angora ram :) oryginalność i kreatywność bije ode mnie niczym zorza polarna:) nawiasem mówiąc, bardzo fajna włoczka - puchata, delikatna i mięciutka - na dokładkę wydajna. na beret z przyległościami zuzyłam niecałe pół motka ( a głowę to ja mam, że ho,ho.... jak sklep:).
robiłam na drutach 3,5 bo przerabiam oczka raczej luźno.


pokazuję na razie "artystyczne" ujęcia:) w związku z wielkością głowy, tudzież długością rąk powstały problemy - berecisko żadną miarą nie chciało znaleźć się na zdjęciu w całości. szanse na ujęcia w pełnej krasie pojawią się przypuszczalnie dopiero w weekend











Irlandzka kamizelka robi się - mam już cały przód i muszę powiedzieć, że przekonuję się do tej zieleni coraz bardziej, pasuje mi do tego wzoru jak ulał.
i przyznaję, ze chociaż nie przepadam za Oliwią (jak to jest, że czasem 100% akryle są fajnie, miłe w dotyku,a ta chrzęści w zębach okropnie i sztucznością wionie z daleka?), tak do wzorów irlandzkich jest jak znalazł, są bardzo plastyczne i takie "mięsiste".
mieszanka, bo troszkę muszę pomarudzić, ale nie jest tak źle jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka...

znowu mam w domu chore dzieci, powtarzamy schemat jesienno - zimowy.
Karolinka chodzi parę dni do przedszkola, po czym dzwoni pani wychowawczyni i prosi, żeby zabrać dziecko do domu, bo ma wysoką gorączkę.
mija jakiś czas - zdrowe dziecko maszeruje z powrotem do przedszkola i historia się powtarza. w międzyczasie zdąży zarazić się Ala i jest ogólnie mówiąc, bardzo wesoło.
dwójka dzieci z niezbyt ciężką, ale dokuczliwą infekcją potrafi wykończyć człowieka na amen. zamieniam się w całodobowy room service - a to trzeba podać pić, misia (oczywiście nie tego, który jest pod ręką), książeczkę, włączyć bajkę, przykryć, odkryć.... i do tego jeszcze wymyślać super atrakcyjne potrawy, żeby towarzystwo raczyło zjeść.
A podawanie leków to poezja po prostu - Ala pluje i prycha i wszystko się lepi.... uch.

wyrodna jestem, bez dwóch zdań!!!
żeby tak zaangażowanych dziadków mieć na podorędziu.... marzenie:) i wysłać dzieciaczki do nich chociaż raz w miesiącu. można byłoby w tym czasie się porządnie wyspać albo wyjść do dorosłych ludzi gdzieś do miasta...

ale dosyć narzekań teraz część optymistyczna:
momentami robi się już mocno wiosennie - zbyt piękne to ,aby było prawdziwe. w każdym razie bywa bardzo przyjemnie:) ptaki, głownie sikory wszelkiej maści, zaczęły się drzeć na całe gardło - w lesie aż dzwoni!
zaczynam już wypatrywać tulipanów i żonkili - i już jeden odważny jest!



dzisiaj niestety jest szaro i ponuro, ale co tam - już praktycznie żyję wiosną! nawet uprałam firanki w salonie - wstyd przyznać, trochę się już z nich kurzyło.... i kolor miały już jakby nie pierwszej świeżości....
jakoś mam tak zakodowane w głowie, że wiosną trzeba posprzątać porządnie, żeby potem móc się obijać:).

w międzyczasie wytworzyłam coś na kształt rozbudowanego szyjogrzeja. wzór wzięłam z dropsa. włoczka to paris mohair, bardzo miękka i raczej niegryząca. i udało mi się z kolorem. to taka prawdziwa wiśnia :)



teraz chodzi za mną taka kamizelka. na zdjęciu wykonanie CelticCastOn - podpatrzone na Ravelry (mam nadzieję, że nie popełniam ciężkiego przestępstwa)



mnie osobiście kojarzyłaby się z kolorem zielonym, takim prawdziwym , irlandzkim - wszak zbliża się Dzień Św. Patryka, a Irlandia to już prawie nasza kolonia :)))))) - mam nadzieję, że nikt się nie obrazi - to tylko taki żart:)))




no i co o tym myślicie?
taki kolorek to coś nowego dla mnie:) zastanawiam się mocno, bo przecież obiecałam sobie, że dwa razy się zastanowię , zanim coś zrobię. inny kolor, który mnie kusi to przydymiony fiolet - nie mogę mieć wszystkiego czerwonego przecież:)

Brahdelt - na te druty trafiłam zupełnie przypadkowo - zamówiłam z tego, co było na stronie, a tu niespodzianka - przyszły te śliczności. potem zadzwoniłam do Pana z Fastrygi i ustalaliśmy zakupy przez telefon. przyszły szybciutko i jestem z nich zadowolona.
ostateczny test przejdą na rękawiczkach:)

a Battlestar jest super - właśnie oglądałam zapowiedź kolejnego odcinka- i zapowiada się nieźle:) teraz zabiorę sie za Babylon 5, ponoć też niezły.

Kath - odkąd "zaraziłaś" mnie magic loop'em szukałam lepszych drucików. na zwykłych da się robić, ale jeśli można mieć lepiej..... to czemu nie?

Przemo - obyś był złym prorokiem:)))))) witaj! ty chyba też jesteś z Warszawy, czy się mylę?

bardzo, bardzo dziękuję Wam za miłe słowa i pochwały dotyczące Sylvi:) podniosły mnie na duchu niemało, bo wciąż mam w pamięci porażkę z Manchesterem...
Sylvi jest dla mnie wyjątkowym projektem, bo kiedy spojrzałam na nią pierwszy raz, pomyślałam, że jest poza moim zasięgiem, że nie dam rady... ale udało mi się! strach ma wielkie oczy - to stara prawda...

a potem, kiedy skończyłam delektować się miłymi komentarzami, zrobiło się jakoś tak nijako - chodziłam z kąta w kąt, przeglądałam godzinami ravelry... i nic...

niby mam w głowie wiele pomysłow, ale z realizacją jest pewien kłopot - chyba zwykłe lenistwo mnie dopadło

sięgnęłam więc po drastyczne środki - zaprosiłam naszego przyjaciela Batmana (co samo w sobie nie jest niczym niezwykłym) i w piątek oraz w sobotę obejrzeliśmy cały sezon serialu "Battlestar Galactica" - nie było to zbyt mądre, bo gałki oczne to mi chyba zaraz wypadną, dłubać też nie mogłam na poważnie, bo albo były napisy albo musiałam się skupiać na dialogach, bo nie dość, że intryga zamotana, to jeszcze po angielsku:) ale przyznam, że wcześniej nie oglądałam tak dobrego serialu sci-fi.
mózg zdrenował mi się totalnie i na nowo podjął aktywność

na dokładkę w piątek zamówiłam w Fastrydze druty Prym na żyłce.
trafiłam na nie zupełnie przypadkiem, nie miałam nr 4,5 - okazało się, że mają bardzo fajną, giętką żyłkę w kolorze filetowo- grafitowym. dokupiłam więc jeszcze kilka grubości, których najczęściej używam.
dzisiaj drutki są już u mnie






widok ogólny



a tutaj chcę pokazać jak giętka jest żyłka. mam nadzieję, że będą dobrze służyły:)


witam serdecznie nowych czytelników- miło, że jesteście ze mną:)

Brahdlet - oparłam się pokusie i nie kupiłam żadnej włoczki w Bocianie! raz w życiu byłam twarda i kupiłam tylko to, po co przyszłam, czyli guziki. powiem szczerze, że byłam troszkę rozczarowana tą pasmanterią - to bardziej sklep dla amatorów rękodzieła wszelkiej maści :) traktuję ją więc jako wyjście awaryjne, a i tak najczęściej kupuję przez internet

Kasiu - no to gdzieś tam na końcu jestem ja :)

Justyna. ada - moja część to ta " praska" - chociaż na pragę mam dosyć daleko niestety, a tam, przy placu hallera jest moja ulubiona pasmanteria.

anavilma - gratuluję zacięcia! tak, jak wspomniałam , sama się sobie dziwię, bo przecież to chowanie, to taki ostateczny szlif i już potem tylko założyć i podziwiąć - muszę zmienić nastawienie chyba:)

Kite designer - wyklarowala się sytuacja ze swetrami męskimi - najbardziej spodobał się sweter Dagmary i wywalczyłam, że logo nie będzie znajdowało się w centralnej części swetra:) hura, hura, hura!!!!!

jeszcze raz pozdrawiam Wszystkich i dziękuję za pochwały!!
witaj płaszczyku!






nareszcie skończyłam!
przyznaję się od razu i bez bicia, że poszczególne części czekały już od jakiegoś czasu, ale kiedy patrzyłam na masę nitek do wciągniecia , to od razu mnie odrzucało . jak to jest, ze samo dłubanie poszczególnych oczek nie nuży mnie tak bardzo jak samo szycie i tzw wykończenie? przecież daje szybki efekt, co przy moim cholerykowaniu powinno mi się podobać?

osobna historia to wyprawa po guziki do pasmanterii :)
w sobotę zamarudziłam na zakupach, samochód rozkraczył mi się dwa razy, więc jedynie pocałowałam klamkę drzwi (uroiło mi się, że będzie czynne do 16, a tu niespodzianka - o 13 koniec)
naprawdę chciałam już skończyć z Sylvi , więc pożyczyłam samochód od Radka i z duszą na ramieniu ruszyłam do galerii mokotów.
przejechałam dzielnie trasę siekierkowską ( a samochodu obok tylko: fiiiiiiuuuuu, fiuuuuuu - człowiek w tym lesie odzwyczaja się od cywilizacji, bez dwóch zdań), zaparkowałam bez żadnych przycierek i ruszyłam na poszukiwanie pasmanterii - wiedziałam, że jest na pierwszym piętrze. spojrzałam na plan galerii, a tam narysowano, że trzeba iść w stronę ulicy wołoskiej - a skąd mam wiedzieć gdzie to jest skoro jestem w środku i nie znam tych okolic?

przeszłam chyba ze dwa razy wszystko i znalazłam nareszcie - nawet nie kupiłam włoczek!!! co za opanowanie - jestem z siebie dumna!


Kath - no i co ja bym bez Ciebie zrobiła? dziękuję, że podrzuciłaś mi pomysł na cobblestone pullover! miałam go gdzieś na samym dnie pamięci i o mały włos zapomniałabym o nim całkowicie, a jest cudny!
Sprężyna - bierz torby i przyjeżdżaj:)))
Kocurek - witaj! czy dobrze kojarzę, że zośka to takie coś do kopania?
Kite designer - a może wrobię we wzór taką jakby plakietkę na gładko? zobaczymy, bo na razie to jeszcze nawet próbki nie zrobiłam :)) leniuch ze mnie
czyli, mówiąc nieskromnie , dla mnie:))))))))
moja ulubiona Kite designer postanowiła mi przyznać wyróżnienie, z którego bardzo się cieszę:))



mam podwójną radość z tego powodu: po pierwsze - jest to moje pierwsze wyróżnienie, a po drugie - uważam, że Kite designer jest bardzo, ale to bardzo uzdolniona, więc jestem bardzo szczęśliwa, że uznała, że ma u mnie na czym oko zawiesić:)))

i co ja mam teraz zrobić? komu przekazać "odznakę zucha"? po głębokim namyśle i rwaniu włosów z głowy, gryzienia paluchów itp. wybieram Kath, Brahdelt oraz Spręzynę


ostatnio mam utrudniony dostęp do komputera, ponieważ Zły (:))) Radek dorwał jakąś nową grę i bezczelnie rozsiada mi się przed komputerem :) - x-box niestety poszedł w odstawkę, a Karolinka nie chodziła ostatnio do przedszkola, więc i w ciągu dnia było trudno wygospodarować nieco czasu.

pozdrawiam i znikam
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy