po akcji sprzątania przeprowadzonej w weekend wszyscy dochodzimy w dalszym ciągu do siebie. siły powróciły, a jakże! jest tylko jeden mankament: nabrałam obrzydzenia do generalnych porządków.

a z ciekawych rzeczy - pamiętacie moje złośliwe auto? psujące się w tajemniczy, nie do naprawienia sposób?
teraz to już na pewno wiem, że mnie zwyczajnie nie lubi:)
a było to tak - któregoś razu znowu się popsuł - stanął dziad przebrzydły na środku skrzyżowania. odpaliłam go jakimś cudem i opłotkami zamierzałam doczłapać się do domu. nic z tego! znowu stanął. dobrze, że bez dzieci byłam, bo nauczyłyby się wielu nowych słów:) samochód pełen zakupów, w tym mrożonek , a on mi tutaj odmawia współpracy!
zamieniłam się więc z Radkiem na jego samochód, bo chłop to sobie zawsze jakoś w takiej sytuacji poradzi...
samochód po raz enty pojechał do warsztatu, jakieś małe coś mu wymienili i Radek jeździł sobie jak król (nawet się za mnie podśmiewał, że jeździć nie umiem i psuj jestem)

skoro taki dobry i naprawiony: wezmę to cudo na przejażdzkę do ikei po stół do kuchni.
jadę elegancko.
nagle trach! stanął ni z gruchy , ni z pietruchy.
i nic się nie dzieje - cicho i głucho - okolica szemrana, ciemno, a ja tu kaskę na stół mam w portfelu! wezwałam pomoc drogową i czekam.
i wiecie co?
ledwie diabelec zobaczył lawetę to łaskawie odpalił!!!
a niech go licho!

i to są dopiero jaja!

pisanki produkuję dzielnie. dziewczyny prosiły o fotoreportaż, więc robię, co mogę:)





najpierw wycinamy lub wydzieramy motyw z serwetki. wolę wydzieranie, bo krawędzie są mniej "ostre", ale równie często wycinam. tutaj nie przejmowałam się zbyt mocno dokładnym oddzieleniem motywu od tła, bo białego na białym jajku nie będzie widać:) używa się wierzchniej warstwy serwetki.




przymierzamy. potem trzeba przykleić motyw. ja używam specjalnego kleju do serwetek, bo po wyschnięciu jest niewidoczny - biorę pędzelek, zanurzam go w kleju i po wierzchu, delikatnie smaruję motyw i powinno się przykleić bez kłopotów.





teraz odkładam jajo do wyschnięcia. a potem lakieruję i lakieruję , dopóki motyw się nie wtopi w lakier.




a tutaj jajo lewe na tylko dwie warstwy lakieru i jest takie troszkę matowe, a jajo prawe jest już prawie skończone i lśni. aha, co kilka warstw delikatnie szlifuję powierzchnię bardzo drobniutkim papierem ściernym
ot i wszystko!
nie wiem , czy do końca fachowo- w tej dziedzinie jestem samoukiem i do wielu rzeczy dochodzę metodą prób i błędów

oczywiście w wolnych chwilach walczę z kamizelką, bez obaw:)
moje drogie!

jest takie powiedzenie, że "słowo chłoszcze mocniej niż bicz"... dużo w tym prawdy, ale co w tym najlepsze, w drugą stronę też się sprawdza: nic nie podnosi człowieka na duchu tak jak szczere, dobre słowo:)
Wasze życzenia usiadły mi na ramionach i przeganiają wszystkie złe myśli ze swojego terytorium - ależ to patetycznie brzmi:) grafomania w pełnym rozkwicie;) a chodzi o to, że jestem niezmiernie poruszona tym, że tak dzielnie ruszyłyście na pomoc. bardzo to doceniam i bardzo dziękuję -podziałało:))

p0działało na tyle, że postanowiłam rozpocząć wiosenne porządki. no i zaczęłam bardzo dziarsko, ale niestety jakoś tak się złożyło, że po wyciągnięciu wszystkiego z szafek i umyciu okien w kuchni i u Karolinki, siły mnie opuściły. i nie chcę wrócić skubaniutkie:)

pomyślałam ,ze muszę zrobić coś konstruktywnego, to na fali zadowolenia posprzątam raz, dwa.
rozpoczęłam więc produkcję pisanek - oto prototyp:





jeszcze parę warstw lakieru i będzie ładnie, mam nadzieję. po ostatecznym wyschnięciu dostanie śliczną wstążeczkę i będzie sobie wisiała w oknie kuchennym. razem z koleżankami - pisankami oczywiście
marzy mi się jeszcze pisanka z jaja strusia - podobno takie jajo, jako ozdoba, przynosi szczęście prawie jak podkowa:)

ale jedna mała pisanka wiosny nie czyni... siły jeszcze nie wróciły.

w oczekiwaniu zaczęłam więc kamizelkę z phildara.
w sumie to też pewnego rodzaju porządki będą, bo wydobyłam włóczkę z" tajemnej" skrytki w pokoju gościnnym. przyświecał mi oczywiście zamiar pozbycia się nadmiaru włoczki i przywrócenia skrzyni na pościel do jej pierwotnego zadania.
jestem więc w pełni usprawiedliwiona, jak mi się wydaje:)




może nawet zajrzę do głównego magazynu włóczkowego i odnajdę jakieś skarby, o których dawno zapomniałam?
no dobrze, czuję, że jednak trochę powracają... trzeba iść i przywrócić dom do stanu używalności...
jedno jest pewne: bujna wyobraźnia bywa najgorszym wrogiem człowieka - przynajmniej tak zaobserwowałam u siebie. złośliwie odbiera zdolność logicznego myślenia i wyświetla najgorsze z możliwych scenariusze.

już wyjaśniam o co chodzi:
po długim czasie skutecznego unikania służby zdrowia mój "wewnętrzny imperator" nakazał zgłosić się niezwłocznie do lekarza. bywa.
jako człowiek odwykły od umawiania wizyt lekarskich naiwnie myślałam, że w XXI wieku załatwię sprawę przez telefon. a gucio - trzeba przyjść określonego dnia i się zapisać - okres oczekiwania to w przybliżeniu 6 tygodni.
no nic - szukam dalej, bo jestem raczej zaniepokojona sygnałami jakie daje mi moje ciało.
znalazłam. poszłam do przychodni, zajęłam kolejkę i czekam. nawet miło było, byłam pierwsza w kolejce, czytałam książeczkę - pełen relaks. przyszedł lekarz , ale nie zaczął przyjmować - najpierw musiał wypić kawusię z pielęgniarką. wreszcie zawołali, że można wejść - co za ulga - za pół godziny będę w domu...

a nic z tego! lekarz z tych rozmownych raczej był...
samo badanie trwało może ze 30 sekund. coś go tam rzeczywiście "zaintrygowało" i pobrano materiał do dalszej diagnostyki. i dalej opowiada o sprawach raczej luźno powiązanych z moim zdrowiem.
no ale nie na darmo człowiek został przeszkolony w zakresie technik prowadzenia rozmowy i zadawania pytań:) myślę - dam radę się czegoś dowiedzieć...
a właśnie, że nic z tego! co za porażka, dobrze, że byłe szefostwo mnie nie widziało!
za 5 tygodni będą wyniki - tak mnie poinformowano

i to jest właśnie najgorsze -to oczekiwanie!
może być różnie... ale niepewność jest sto razy gorsza niż najgorsza prawda. staram się nie "nakręcać", bo nic złego wcale nie musi się przecież stać, ale to bywa trudne:)

no i rzeczywiście schudło mi to i owo. i to jest pozytywna strona całej sytuacji - kiedy się denerwuję, nie odczuwam potrzeby jedzenia.

a co do Flo: na początku myślałam, że po prostu złe zblokowałam - mokra wełna potrafi rozciągać się niemożebnie.
żeby potwierdzić swoje przypuszczenia, wyciągnęłam z dna szafy niego za małą kieckę, którą trzymam w nadziei, że kiedyś ją jeszcze założę - i była dobra:) trochę mnie pocieszyło, że nie spartaczyłam robótki, tylko zadziałały "czynniki zewnętrzne"
sweterek mogłabym zatrzymać na upartego, ale spodobał się Mamie, więc oddałam. pomyślałam, że zawsze mogę zrobić następny:)

będę czekać jeszcze 3 tygodnie...
nie znam dokładnie procedur medycznych, ale sądzę, że jeśli wykryją coś niedobrego, to dowiem się wcześniej, bo kazano podać mi namiary na siebie.

"wyflaczyłam się" jak nie ja:)

koniec z falbankami!

wydziergane i przyszyte:)
w sumie na same falbanki nabrałam aż 2200 oczek!
ciężkie zdziwienie mnie bierze, że już przy pierwszej nie rzuciłam tego w kąt - do cierpliwych osób to ja nie należę z całą pewnością. chyba trzymała mnie w ryzach zwykła ciekawość - nie mogłam się doczekać końcowego efektu.

szycie skończyłam wczoraj i na upartego mogłam jechać do pasmanterii w Galerii Mokotów, ale pomyślałam sobie, że żal marnować mi niedzielę na wyprawę do sklepu - a tam tyle ludzi - mogliby mnie przecież zjeść:)))
wyruszyłam więc dzisiaj dziarsko do ulubionej pasmanterii, gdzie jak zwykle niezawodna Pani Ela pomogła dobrać mi guziki:) i na dokładkę kupiłam tylko guziki!!! to dopiero powód do dumy:)

a wiecie, co się okazało? że przez dwa tygodnie wiele może się zmienić. "górne partie" ciała drastycznie zmniejszyły odwód - niby dobrze, ale nie do końca... słyszał kto, żeby tak nierównomiernie chudnąć?
sprawdziłam wymiary przed rozpoczęciem robótki, a przy mierzeniu okazało się, że tu nieco zwisa, tam nieco powiewa... i to jest sytuacja kiedy człowiek ma tzw. ambiwalentne uczucia:)
nie ma wyjścia -trzeba robić od nowa. chyba jednak troszkę odpocznę, zanim ponownie zmierzę się z falbankami.
sweterek znalazł już dobrą duszę, która się nim zaopiekuje:)

no dobrze, ja tu gadu-gadu a pewnie chcecie zobaczyć efekty

zaczyna się obiecująco:



powiedziałabym, że sweterek może być dobrym przyjacielem kobiety - daje radę, czyż nie?
a tutaj w całej krasie:)



zdążyłam ze zdjęciami w samą porę, bo zaczęło padać. a do soboty to i święty by nie wytrzymał. samowyzwalacz znowu oddał mi przysługę.

a teraz konkrety:
- dziergałam z Finy dk, oraz a Luny, kupionych w Zamotanych
- używałam drutów nr 3
- zużyłam 450 gramów, na rozmiar L

może kolejny również będzie różowy? kto wie?

podczas robienia na drutach mam z reguły dwa główne momenty kryzysowe:
jeden z nich to oczywiście szycie i chowanie nitek
ale ten pierwszy pojawia się już na starcie:
nie cierpię przerabiać pierwszego rzędu - jest to dla mnie udręka. chyba za mocno ściągam włóczkę kiedy nabieram oczka i w związku z tym wkłucie się i przerobienie oczka wymaga nieco wysiłku. zaraz bolą mnie ręce i tylko wrodzona ciekawość każe robić mi dalej.
potem już jakoś idzie, po drodze zaliczam lekkie osłabienie woli przy dzierganiu drugiego rękawa, ale udaje mi się zebrać w sobie i dokończyć robótkę.

a flo to jeden wielki kryzys chyba.
te piekielne falbanki to mnie wykończą! na najdłuższą trzeba nabrać400 oczek!!! słabo?
czy wiecie, co przeżywam? szlag mnie trafia, że tak już mało brakuje, a idzie jak krew z nosa...
od wczoraj dłubię i dłubię... co prawda, nie cały czas, bo miałam dzień "jeżdżony" po mieście, a wieczorem usnęłam jak dziecko o 10 :) toż to po prostu wstyd i zgroza ;)

ale jest jedna dobra rzecz w tym szaleństwie - różowa Luna z Zamotanych, jest według mnie po prostu idealna:) tego koloru szukałam. przyszyłam dwie falbanki i wygląda to obiecująco...







i jeszcze jedna rzecz pozostała do zrobienia - obiecałam zdjęcia zwyklaka "z wkładką".



przerobiłam zdjęcie na sepię, bo widok przedwiosennego ogródka nie napawa optymizmem (jest to jeszcze w dalszym ciągu i mimo usilnych starań pobojowisko). i jest jakby lepiej.

pogoda dzisiaj taka, że żyć się nie chce - błoto, wiatr, śnieg z deszczem - ohyda

pozdrawiam
na samym początku były wielkie dylematy z czego zrobić flo. a tak w ogóle to czy na pewno flo, może rosa byłaby lepsza? toż to prawdziwy dylemat... w końcu stanęło na tym, że wobec braku decyzji należy zrobić i jedno i drugie...
a zaczynam od flo, bo mam słabość do rozpinanych sweterków.

do dziergania wybrałam cienką i delikatną wełenkę - fina dk. miałam przyjemność dziergać z niej już wcześniej i na wiosnę- lato wydała mi się bardzo odpowiednia.bardzo spodobał mi się też kolor- taki mocno rozbielony róż - niemalże anielski:).
jak pomyślałam ,tak zrobiłam

po otrzymaniu paczki musiałam natychmiast obiecać, że przy następnej okazji kupię jej więcej, bo Karolince również bardzo się spodobała i oznajmiła, że ona również marzy o sweterku z takiej pięknej włóczki (dosłownie - czasem jak walnie mi taką przemowę to aż przysiadam z wrażenia)



no i zaczęła się poważna praca.

oto efekty:


na razie wygląda to mocno niepozornie:) ot, zwykły rozpinany sweterek - nic specjalnego szczerze mówiąc.

nawiasem mówiąc, zmieniłam tryb pracy - natychmiast po wydzierganiu korpusu - blokuję go i zszywam. do tej pory czekałam z tym do momentu, kiedy miałam już wszystkie części.
oszukuję troszeczkę w ten sposób samą siebie, że jest mniej zszywania:) oczywiście pozornie wszystko się zgadza:)



tutaj widoczna jest zapowiedź przyszłych falbanek - lewe oczka wyznaczają miejsce ich przyszycia. chwilowo zastanawiam się nad kolorem falbanek - ciemny fiolet wydaje mi się zbyt kontrastowy, biały będzie się zlewał - pozostaje ciemny róz. trzeba jedynie dobrać odcień - właśnie czekam na przesyłkę z Zamotanych z Luną


a tutaj mankiecik rękawa. wprowadziłam tutaj duże zmiany - nie użyłam kontrastowej włoczki, bo po prostu nie miałam nic w ciemnym różu,( a chciałam być konsekwentna w doborze kolorów) zrobiłam więc na próbę w głównym kolorze i pomyślałam ,że może tak zostać. jest też węższy niż w oryginale

miałam nadzieję skończyć w ten weekend, ale powiem szczerze, że dopadło mnie takie zmęczenie, że bezwstydnie przekazałam opiekę nad maluchami Radkowi, a sama zamknęłam się w pokoju i pół dnia leżałam pod kołderką, czytając i drzemiąc na zmianę... dawno mi się to nie zdarzyło... nawet udało mi się zdusić w sobie przekonanie, że skoro jest ładna pogoda, to należałoby wyjść do ogrodu i zacząć grabić trawnik po zimie...
ależ było przyjemnie:) głupia byłam, że wcześniej na to nie wpadłam
jak wiadomo wszem i wobec: przyzwyczajenie drugą naturą człowieka...

w związku z tym nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie mieć sweterka w kolorze brązowym. właściwie dziwię się, że dopiero teraz go wydziergałam
no i oczywiście współczuję, że jest taki biedny i samotny sam jeden... zaraz będę musiała zapewnić mu towarzystwo:))
mam już w głowie kolejne pomysły, kolejka w dalszym ciągu niebezpiecznie się wydłuża. z realizacją może być nieco gorzej ... musiałabym chyba używać środków niedozwolonych, żeby zwiększyć swoją wydajność;)


sweterek ochrzciłam jako "zwyklak". i co tu dużo kryć- podoba mi się na tyle, że nie mam ochoty pędzić po nową włoczkę i zaczynać wszystkiego od nowa.
to dobry znak. chyba będę go bardzo lubiła:)










no dobrze, teraz do rzeczy:

wzór pochodzi z knit1 jesień- zima 2008. użyłam włóczki Shetland. (45%wełna, 55 % akryl)

włoczka jest bardzo przyjemna w dotyku, nie skrzypi, nie chrzęści i jest bardzo wydajna - na sweterek zużyłam ok 350 gramów.
dziergałam w jednym kawałku - od góry do dołu, potem dorabiałam rękawy. do wciągnięcia pozostała mi więc znikoma liczba nitek - i to było dobre i słuszne :)

na zdjęcia 'na człowieku" trzeba poczekać. jak zwykle do weekendu.

korale albo coś muszę sobie do tego kupić... fajnie;)

pozdrawiam





zaburzenia w kolejce sweterków do zrobienia teraz- natychmiast-zaraz.

mam nadzieję, że nie pomyślałyście inaczej:)

przeglądałam sobie spokojnie Ravelry , no i okazało się, że Twist collective ma nową kolekcję na wiosnę. oczywiście rzuciłam się jak wygłodniała harpia, bo wzór na mój ukochany płaszczyk Sylvi pochodzii właśnie stamtąd:)

wpadły mi w oko takie modele. nie są zbyt skomplikowane, ale ja właśnie takie lubię.
dla mnie - rewelacja:)

karcę się w myślach, że ostatnio pokazuję więcej "inspiracji" niż swoich wytworów - no cóz "inspiracjami" piekło wybrukowane








nie umiem zdecydować, które podoba mi się najbardziej. i co teraz będzie? jak to się mówi - osiołkowi w żłoby dano... znowu będę mieć rozterki duchowe


dziękuję Wam za silny doping jeśli chodzi o "twórczość" pędzlem.
przyznaję się, że pokazanie tego obrazka wiązało się z bardzo silnymi emocjami, wzrostem ciśnienia i stanem niemalże przedzawałowym;) chyba czułabym się pewniej niekompletnie ubrana na środku ulicy, niż w momencie publikacji poprzedniego posta. najważniejsze, że znowu złapałam za pędzel, a czas pokaże, co będzie dalej

pozdrawiam i znikam bo Radek już tupie mi za plecami. znowu będzie w coś grał - a dopiero 7 lat po ślubie jesteśmy :)))))). no to ja sobie w tym czasie skończę brązowy kardigan może?







muszę się przyznać do czegoś:
ostatnio ogarnął mnie tak wielki leń, że nawet drutami machać mi się nie chce. to już naprawdę niepokojący objaw.
mam zaczętą flo, brązowy cardigan, jadowitą zieleń i nic nie mogę skończyć. plany w głowie są ambitne, więc oczywiste, że ten rozdźwięk rodzi frustrację.


a na dodatek wychodzi mi, że jestem mało roztropnym rodzicem ,bo jeszcze nie zapisałam dziecka do zerówki. oczywiście w odpowiedniej szkole ;) najlepiej prywatnej.
zostałam uświadomiona w ten sposób podczas pogawędki z innymi mamami w przedszkolu.

ja to z jakiegoś alternatywnego wszechświata pochodzę, bo zawsze myślałam ,że głównym celem pobytu dziecka w przedszkolu jest jego przygotowanie do życia w społeczności szkolnej, kształtowanie jego postawy, zdolności do odnalezienia się w grupie i tego typu rzeczy.
tymczasem w wielu przypadkach rodzice oczekują, że dziecko nauczy się przedszkolu języka, pisać , czytać, tańczyć i stepować:) każda nieobecność dziecka urasta do małego dramatu - bo przecież tyle ważnych zajęc opuści.
a kiedy dziecko ma być zwyczajnie dzieckiem? kiedy ma się bawić i samodzielnie odkrywać świat? a może przeczyta w książce, że to fajna sprawa?
oczywiście , młodemu umysłowi potrzebna jest stymulacja intelektualna i obowiązki, ale nie dajmy się zwariować...

dosyć, już dosyć!!!

bo to temat -rzeka...

a teraz z zupełnie innej beczki:


Posted by Picasa

wyschło już toto
i z drżeniem serca i wszystkiego w środku pokazuję co napacykowałam po 10 latach przerwy.
łatwo nie było, ale wychodzę z założenia, że trzeba trenować, żeby być lepszym
pokazać też nie jest lekko ale chciałabym poznać opinię "bezstronnych świadków"
napiszcie, co o tym sądzicie.... albo nie ..... sama nie wiem:)))

Publikuj posta




Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy