dzielna byłam bardzo, bardzo długo…..jak na mnie , oczywiście;) ostatnie zamówienie na włoczki zrobiłam  u Uli w Zamotanych  19 lutego! 

Radek  to już nawet zaczął dopytywać, czy coś się aby listonoszowi nie stało, bo już dawno go u nas nie było… oczywiście nie z dobroci serca pytał, tylko mnie wrednie podpuszczał, rzecz jasna

dzisiaj jednak stwierdzam stanowczo:  przyszedł już najwyższy czas na kupno nowych włoczek, tym bardziej, że okazja nadarza się ku temu nie byle jaka

otóż: Laura nasza kochana dopięła swego (zuch, dziewczyna!) i otworzyła pasmanterię internetową

 

 

cudowna nazwa! aż ślinka cieknie:)

w związku z powyższym wydarzeniem nie będę pisała długo, bo muszę pędzić  na zakupy….

Lauro – trzymam kciuki i zaraz wyciągnę medycynę domową, zeby  dobrze Ci się wiodło:)




udało mi się nareszcie skończyć plecki Listowia.




nie jest to wyczyn sam w sobie, bo sweterek ma być niewielki i dzierganie poszczególnych elementów nie zajmie zbyt wiele czasu. tak mówi teoria.
ja jednak mam ostatnio głowę w chmurach i robię tak nieprawdopodobne błędy, że aż wierzyć się nie chce... najlepszy przykład to granatowa kamizelka (na razie leży i czeka na sprucie przodu)
w przypadku Listowia zdarzyło mi się np. nie zrobić jednego powtórzenia wzoru, albo zacząć wstawić listek tam, gdzie nie powinno go być... gapiostwo najwyższych lotów:) w efekcie prułam przód dwa razy!
troszkę mnie to jednak zniechęciło, więc dla odmiany zabrałam się za tył.
jak widać mam dwa razy tyle listków niż w przypadku wykonania Rosjanek. przyczyny są dwie: mam o wiele cieńsza włóczkę (one robiły z +/- 100m na 100 gramów) , no i tamte dziewczyny są chyba wyjątkowo szczupłe ( tak się pocieszam)

oczywiście plecki nie przeszły jeszcze blokowania, więc nie mają jeszcze ostatecznego kształtu: listki są na razie bardzo do siebie przytulone. całość wygląda na mocno dopasowaną, a tam jest jeszcze mnóstwo miejsca:) ta włoczka jest baaaardzo sprężysta:) to, co schodzi z drutów nie jest tak do końca identyczne z tym, co otrzymamy po blokowaniu.
robiłam z tej samej włoczki Nietoperza , zwanego Samurajem i nie byłam przygotowana na to, co wydarzy się po zmoczeniu robótki. szok! czegoś tak wiotkiego i rozciągliwego w życiu nie miałam w dłoniach. na sucho trzyma jednak formę na medal :)

chyba ustanowiłam własny, osobisty rekord w częstotliwości pisania postów :) trzy dni pod rząd, ho, ho takie rzeczy mi się nie zdarzały do tej pory... ale w weekend dam Wam odpocząć od siebie :) dzisiaj przychodzi do nas przyjaciel, a jutro raniutko jedziemy na Mazury. bardzo się cieszę że znowu zostaliśmy zaproszeni, więc korzystam, póki mogę ;)))) podobno ma być bardzo ciepło.

mój dobry humor jest spowodowany również tym, że są już wyniki badań. oczywiście musi je jeszcze obejrzeć lekarz, ale na pierwszy rzut oka nic strasznego się nie dzieje. teraz to już naprawdę postawię na profilaktykę, bo strachu najadłam się niemało.

pozdrawiam
przemyślenia miałam ostatnio...

i pewnie dlatego stworzyłam wytwora zaangażowanego. od razu nakreślę "tło historyczne", tudzież dorobię gębę;)

przypomniały mi się mianowicie malowidła naskalne z epoki kamiennej - odbite na ścianie jaskini donie. przetrwały do dnia dzisiejszego jako świadectwo swoich czasów ... i od razu pomyślałam sobie, jak miałoby wyglądać coś takiego dzisiaj.
tu nie będzie już dziewiczej, czystej płaszczyzny jako tło, bo nasz świat aż wibruje od ludzkiej aktywności, jak wielkie mrowisko
tło będzie wyglądało na pierwszy rzut oka jak wysypisko śmieci. kiedy jednak przyjrzymy się bliżej. stwierdzimy, że na ten chaos i nieład składają się wytwory cywilizacji i codzienne małe ludzkie sprawy. będą tu pieniądze, sprawy urzędowe, zobowiązania, pamiątki z podróży, zdjęcia, rysunki dzieci:)

na samym końcu umieściłam odciski dłoni, jako przesłanie, ślad obecności człowieka.

ten wytwór nie miał być "ładny". to eksperyment. przypominajka. ma mi przywracac właściwą hierarchię wartości - na "wierzchu" zawsze człowiek. cała reszta to "pisofszit", tylko tło....









ależ do wszystkiego można filozofię dorobić... aż strach człowieka bierze. nadmiernie utalentowana to ja nie jestem, ale przesłania robię niezłe;)))) przynajmniej tak mi sięwydaje

jejku, jej....
roztapiam się jak wosk... oto dlaczego:
dostałam takiego ładnego Cośka


mała rzecz, a cieszy:)

wyróżnili mnie: Przemek, Kite Designer, Kocurek, Laura, YarnFerret, Sprężyna
dziękuję pięknie :)
a teraz ja przekazuję dalej. oczywiście wybór nie był łatwy, jak się domyślacie :)
ale zasady to zasady, jak tłumaczę mojej córeczce..
do dzieła: mój Cosiek z wzbogacony w dobre fluidy wędruje do:


Kite Designer
Laura
Przemek
Kath
Brahdelt
Spręzyna
Fiubździu
Edi- bk


no i wiedziałam, że tak będzie: zabrakło mi wyróżnień:(
a dopiero się rozkręcałam...
ech życie...

tak mi się miło i sympatycznie zrobiło, że nawet nie zdenerwowałam się bardzo przystępując do prucia phildarowej kamizelki.




zupełnie nie podobna do asymetrycznego wdzianka, którym miała zostać, kiedy dorośnie:)
doprawdy, nie wiem o czym sobie myślałam w czasie dziergania, blokowania i zszywania...
mózg mi się wyłączył chyba! albo ta wiosna mnie zmyliła: - te wszystkie listeczki, trawki i ptaszki świergolaszki...
nie powiem , nawet ładnie to wyszło, ale zapięcie to zupełnie nie takie jest jak było zaplanowane, tak bardziej na boczku miało być.
siedzę i klnę jednak troszkę, bo jakoś wyjątkowo porządnie to wszytko pozszywałam.

pozdrawiam

czy też może osłabienie woli? a może stan wyższej konieczności?
faktem jest, że w pasmanterii czekają na mnie odłożone trzy motki gedifry w kolorze bzu. zaczęłam robić liściaste wdzianko i z pewnym przerażeniem spoglądałam jak szybciutko zmniejsza się kębek.
złapałam więc szybciutko za telefon i przegoniłam Moją Panią Ewę od włoczek po magazynku i stąd wzięły się te odłożone moteczki...
no ale to dopiero dzisiaj się wyjaśniło. cały weekend miotałam się bez ładu i składu: wobec spodziewanego braku gedifry postanowiłam zacząć dziergać z wygrzebanej z ukrycia Florii.



zaistniała ciekawa sytuacja: wełna kontra akryl:)
szaro- perłowy kolor florii może zrównoważyć słodycz listeczków, poza tym na pewno mi jej wystarczy (no chyba, że czarna dziura przemieszczająca się okresowo po moim domu ją wessie). z kolei gedifra jest cudna: wzór wygląda na niej pięknie




to jest próbka po upraniu i zblokowaniu. i co teraz?


ale zostawny te męczące rozważania.....
pochwalę się: odniosłam wymierną korzyść z posiadania bloga:)
otóż moja Siostra (czytająca jak się okazało, dosyć skrupulatnie moje wynurzenia ) podarowała mi strusie jajo! z przeznaczeniem na pisankę oczywiście.
sprawa z takim jajem nie była jednak tak prosta, jak się mogło wydawać: okazuje się, że jego powierzchnia jest usiana wgłębieniami, przez co wygląda jakby miało dosyć zaawansowany celulit: trzeba to było zniwelować, co zajęło dłużej niż planowałam. potem robiłam cieniowania(!) i lakierowałam do upadłego...
w efekcie zdążyłam z pisanką na Święta, ale prawosławne:)))







niezła sztuka...

a czy wiecie, że...
byłam bardzo grzeczna ostatnio?
minęła już połowa kwietnia, a ja twardo trzymam się postanowienia, że będę redukowała domowe magazyny włoczek. i nawet nie zrobiłam zakupów w żadnej z ulubionych pasmanterii (te nędzne dwa moteczki, brakujące do phildarowej kamizelki, to doprawdy małe miki i się nie liczy:)))). nawet podczas kupowania guzików do Flo nie dałam się skusić na nic innego - jestem z siebie naprawdę dumna!
nawiasem mówiąc, muszę wprowadzić jakiś system magazynowania moich dóbr, bo niby z grubsza orientuję się, co mam, a czego nie mam, ale to tak bardzo "z grubsza" jest. dodatkowo sama sobie skomplikowałam sprawę, bo zasoby porozmieszczane są w kilku miejscach w domu - chyba po prostu wstyd mi było:) i tak jak alkoholik chowa flaszeczki po szafkach, tak ja mam wszędzie włoczki;)
i tak jak alkoholik na głodzie, tak ja rzuciłam się ostatnio do wszystkich moich kryjówek...że niby porządki wiosenne robię... hhehehe
udało mi się odkryć na nowo sześć moteczków liliowej gedifry. cóż z tego zrobić?
przez chwilę myślałam o juliet - zwłaszcza w wykonaniu Gotiks. potem doszłam jednakże do wniosku, że zabraknie mi włoczki, a takiej już raczej nie kupię... a chodzić po sklepach i wystawiać się na pokusy - istna tortura!
postanowiłam wykorzystać, to co mam: zaczęłam więc szukać "inspiracji"na Osince. wypatrzyłam taki mini sweterek


słodziutki - do mojego kolorku pasuje, jak sądzę. jest taki..... liściasty:) nie jestem do końca pewna, czy zostawić taki kołnierz. tak troszkę za dużo tego dobrego mi się zrobiło. a może dać zamiast tego ściągacz 2 na 2? musi mi się to jeszcze w głowie ułożyć, ale nie ukrywam, jestem ciekawa Waszego zdania...
no i troszkę obaw mam , bo jeśli dojdzie co do czego, to będę robić "na kreta"...
pierwszy raz byłam na Mazurach wiosną...dopiero! to karygodne zaniedbanie.












właśnie teraz ptasiory wydzierają się na całe gardło, trawki zielenią się soczyście i apetycznie, pąki na drzewach wyglądają jakby miały za chwilę eksplodować - czyli wiosenne przedstawienie w pełni. do tego leżaczek, książeczka i kawusia i można popaść w prawdziwy błogostan - w tak miły i uroczy sposób minęły nam tegoroczne Święta:)
a kiedy znudziło mi się już siedzenie na leżaczku, bawiłam się z Karolinką albo w poszukiwaczy złota albo w obserwatorów bardzo Dzikiej Przyrody - efekt jest taki, że przyjechały z nami w bagażniku kamyki wszelakiej maści, szyszeczki olchowe, muszelki...

na drutach nie robiłam prawie wcale, jedynie w sobotę, podczas "obcego", oglądanego już chyba po raz "nasty". na dokładkę leczyliśmy wiosenne zmęczenie miodem pitnym (ja wiadomo, miód ma bardzo cenne właściwości lecznicze, pełno witamin i innych związków uzasadniających ochocze spożycie) i potem to mi już tak troszkę ni chciało się liczyć rzędów i pilnować wzoru...

fajnie było...
udało się obfocić Jadowitą na ludziu. zaraz po powrocie z przedszkola złapałam za aparat i oto jest.





dla bardziej dociekliwych Lola dokona dokładniejszej prezentacji:





a teraz trochę szczegółów:
- wzór pochodzi z Patons 846, Cables
- zużyłam 350 gramów Oliwii
-druty nr 4 i 3,5
- rozmiar L

przyznaję się bez bicia, że zaczęłam dziergać Jadowitą, bo zamierzałam się pozbyć zalegającej w schowku Oliwii. miałam akurat cztery motki, więc pomyślałam, że na kamizelę z warkoczami będzie jak znalazł:) na dokładkę plecionki ze wzoru natychmiast skojarzyły mi się z wzorami celtyckimi, które w połączeniu z jadowitą zielenią powinny dać dobry efekt.
zaczęłam dłubać w lutym, z zamiarem założenia kamizelki na dzień Św.Patryka. oczywiście nie zdążyłam... przeleżało więc biedactwo w koszu z robótkami czekając na swój szczęśliwy dzień - a tak niewiele brakowało - trzeba było jedynie dorobić pliski:)
wczoraj nareszcie ją wykończyłam. przyznaję, że czasem leń złapie mnie tak, że nie ma mocnych:) żadne logiczne argumenty nie skłonią mnie do sięgnięcia po robótkę . przestałam już z tym walczyć, bo przecież dzierganie to moje hobby jest - nie praca. przyjemnie ma być!
teraz nareszcie mam "przestrzeń", żeby zacząć coś nowego...


dzwoniłam dzisiaj do przychodni - nie ma jeszcze wyników. troszkę szkoda, bo myślałam, że przed Świętami to załatwię . ale nie przejmuję się już tak bardzo: (co nie znaczy , że zaniedbam tę sprawę) po pierwsze: jestem raczej zajęta (nareszcie kupiłam częśc mebli do salonu i szukam następnych, w międzyczasie składam te już kupione, cały czas robię jaja, w międzyczasie odbębniam obowiązki domowe), a po drugie: wydaje mi się, że gdyby działoby się coś złego zostałabym powiadomiona, bo mają mój numer telefonu, a po trzecie : nie ma co się martwić na zapas.



mam nowe zwierzątko...




czworonożne...



przyszło do mnie dzisiaj rano i usadowiło się przed gankiem. wyraźnie na coś czekało...
może na śniadanko, wszakże pora ku temu była jak najbardziej odpowiednia - a może zwyczajnie wpadło na poranną kawkę? widocznie uznało, że coś mu się ode mnie należy, bo spało sobie spokojnie biedactwo po ciężkiej nocy, aż tu nagle zbudził je przyjazd wozu, elegancko rzecz ujmując, asenizacyjnego:)
a zwierzątko tak dzielnie pracuje na moją korzyść: zjada owady, które mogą niespodziewanie użreć jakiś delikatny fragment mojej ulubionej roślinki, no i pożera nagminnie nagie ślimaki, które jakoś tak brzydzą mnie niepomiernie...
tak, zwierzątku należało się coś - bez dwóch zdań!

a ja wredna nie dałam mu nic... tylko święty spokój:)
poczłapało więc noga za nogą (!) do domu: dwa kroki na lewo od starej sosny. takie usłużne , a takie niedocenione.
ech... życie ropuchy szarej jest ciężkie...

a tak na serio: ropuchy rzeczywiście chodzą, chociaż może bardziej pasowałoby słowo: kroczą:)
i z tego co pamiętam, przejawiają pewną inteligencję: potrafią ocenić, jaki sposób będzie najbardziej korzystny dla pokonania przeszkody: przeskoczyć, czy obejść. niby nic, ale kiedy czasem patrzę na mojego psa ukochanego, to wychodzi mi, ze ropucha jest od niego mądrzejsza:))

tak nie na temat ten wpis, ale ta ropucha zaczarowała mnie.
poza tym pada deszcz i w związku z tym nie mogę pstryknąć zielonej kamizelki, którą nareszcie skończyłam (leżąc w kącie zzieleniała jeszcze bardziej).

zaraz,zaraz.... przejaśnia się! może jednak coś z tego będzie dzisiaj:)
moje młodsze dziecko przygotowało dla mamusi niespodziankę, ale taką prawdziwą, o której nie miałam zielonego pojęcia. zupełnie po kryjomu postanowiło pomóc w wiosennych porządkach.
a gdzie mamusia kochana jeszcze nie zajrzała? do zamrażarki. zupełnie po kryjomu wyłączyła więc dziecinka zasilanie. sądząc po potopie, jaki zastałam rano w spiżarni, zrobiła to chyba wczoraj.
musiałam więc pospiesznie zamienić swoją kuchnię w mały zakład przetwórstwa spożywczego, żeby przetworzyć to, co właśnie się rozmroziło:). na swoje szczęście zajrzałam do spiżarni w odpowiednim momencie. aż mi się wszystko kurczy w środku na myśl, co wyrosłoby w środku przez kilka następnych dni ueeeee!

a że miłość rodzicielska jest wielka i wszechogarniająca, mały hultaś żyje i miewa się całkiem dobrze:)




korzystając z chwili przerwy w gotowaniu, ustroiłam Lolę w tył phildarowej kamizelki/wdzianka.
dopiero tył, bo tempo robótkowania wyraźnie mi spada, bo na poważnie rozpoczął się sezon na grzebanie w ziemi, a ja jestem z tych, co grzebią niemalże ja kury- nioski:)

w międzyczasie okazało się, ze gapa jestem i kupiłam za mało włóczki - jeden raz w życiu chciałam być bardzo dokładna i mieć włoczki "na styk" (bo zwykle zostaje mi taka resztka, której żal wyrzucić, a pomysłu na wykorzystanie brak).



a pogoda dzisiaj - jak na zamówienie! dla mnie to najmilsza pora roku, bo można grzać się jak kot na słoneczku i jest milutko: nie za gorąco, nie za zimno i na dokładkę optymistycznie wszystko się zieleni. mniam:)

Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy