obłęd kuchenno – cukierniczy trwa nadal. ciągle ucze się piec muffinki. dzisiaj przyszła kolej na czekoladowe, podwójnie czekoladowe, bo mają w sobie zatopione kawałeczki czekolady.

ac 073

wczoraj były truskawkowe:

ac 072

a skoro się już rozkręciłam, to machnęłam chleb; niestety z "niefachowym" pęknięciem na skórce...

ac 104

dzierganie w fazie hibernacji – ostatnio wyglądało to tak:

ac 061

a cała moja działalnośc ograniczyła się do schowania tego przed deszczem:)

 

było tak: we wtorek Mamoon upiekła, obfociła i na dokładkę pokazała przepiękne muffinki czekoladowe… apetyczne bardzo…

ich obraz wrył mi się w pamięć tak skutecznie, że  natychmiast postanowilam i równie natychmiast zrealizowałam pomysł kupna  formy do mufffinek. nosiłam się z tym zamiarem od jakiegoś już czasu, ale jak widać potrzebowałam jakiejś silniejszej motywacji, impulsu…

dzisiaj pojechałam po odbiór zamówienia :  zamierząłm zrobić muffiny z truskawkami (sezon na truskawki nabiera rumieńców, a w tym roku zamierzam nacieszyć się do woli tymi owocami). po drodze plany uległy radykalnej zmianie, bo dziecię młode usnęło w samochodzie… a sen mojego dziecięcia to rzecz święta, bo  niebacznie obudzone cechuje się wyjątkowym rozmamłaniem i rozkapryszeniem aż do wieczora. nie ma co ryzykować, jeśli chce się mieć w miarę spokojny dzień i wszyscy mają zostać przy życiu:)

o zakupach nie było więc mowy. musiałam poradzić sobie  z tym, co miałam w dom, a miałam akurat pomarańcze, pyszniutkie, jak rzadko które :) zaczęłam szukać przepisu. koniec konców stanęło na przepisie Bajaderki,który wygrzebałam  z forum cincin  (nawiasem mówiąc, bardzo fajne forum; kopalnia przepisów wszelkiej maści)                      od siebie dodałam jeszcze kruszonke, która wołała z zamrażarki, że koniecznie chce być zużyta:) w wypiekami na twarzy przystąpiłam do pieczenia: gapiłam się przez szybkę piekarnik jak sroka w gnat. jak to zwykłe czynności mogą dostarczyć niecodziennych wrażeń :) z trudem przyszło mi czekanie , aż ostygną!

wyniki pierwszej próby: jestem zadowolona - nie  są tak wysokie jak mi się marzyło, ale chyba wkładałam zbyt mało ciasta do papilotki., poza tym były pulchne i smaczne: hura, hura, hura!

zdołałam zrobić jedno jedyne zdjęcie babeczki, która ostało się chwilowo jedynie dlatego, że  nie wystarczyło na nią kruszonki, a mały hultaś zajęty był wydłubywaniem jej z pozostałych  muffinek

 

 

ac 003

 

 

ac 005

 

 

na koniec  obśmiałam się jak norka, kiedy po obfoceniu i pożarciu babeczek zajrzałam znowu do Mamoon…… Ona eż miała dzisiaj pyszne pomarańczki w domu :) przysięgam, że to “ wspódziałanie” było niezamierzone. a może Mamoon chodzi do tej samej Pani od warzyw i owocków?

Rene wywołała mnie do tablicy...

czas na ujawnienie kolejnych sekrecików, mniej lub bardziej wstydliwych, a także tych do znudzenia "porządnych"


4 miejsca w których mieszkałam:

1. Dom rodzinny
2. dom Teściowej
3. domek w prawdziwej podwarszawskiej wsi (takiej z krowami, końmi, kurami i innym inwentarzem)
4. mój dom osobisty

4 miejsca do których lubię wracać:

1. Mazury
2. Podlasie
3. wszystkie miejsca, gdzie są moi przyjaciele


4 ulubione potrawy:

1. Barszczyk czerwony
2. sałatka grecka
3. bakłażan w każdej postaci
4 pierogi ruskie

4 potrawy, których nie znoszę:

1. śłedzie
2. bigos
3. salceson
4. kawior

4 pasje, hobby:

1. drutowanie, rzecz jasna
2. ogrodnictwo
3. rękodzieło wszelkiej maści, w zależności,od tego co mi do głowy strzeli
4. żeglarstwo, zaniedbane okrutnie

4 miejsca, które zwiedziłabym, gdybym miała okazję:

1. Prowansja
2. Jezioro Bajkał
3. Ameryka Południowa
4. Islandia

4 seriale, programy, które lubię:

to moje ostatnie miłości;

1. Dexter
2. The office
3. gotowe na wszystko
4 family guy


4 miejsca pracy:

1. pole truskawek,sad z czereśniami, wiśniami itp
2. pub, czyli knajpa
3. firma farmaceutyczna jedna i druga
4. dom własny

rzeczy, które chciałabyś zrobic, przeżyć:

1. pierwsze marzenie i na dzisiaj największe : żeby mieć kawałek weekendu dla siebie, bo córcie ukochane byłyby u dziadków (oczywiście są kochane i słodkie :)))
2. chciałabym wygrać w totka duuuuuuuuzą sumę pieniędzy ( ot przyziemne te marzenia mam , niestety)
3.a po wygranej, kupiłabym katamaran i troszkę popływałabym po morzach i oceanach
4. chciałabym jeszcze hodować jakieś mocno wełniste owce w Bieszczadach ( albo Lamy ) i

4 ulubione filmy:

1.duma i uprzedzenie - wersja bbc
2.rozważna i romantyczna - w reżyserii johna alexandra
te dwa mogę oglądać na zmianę i wcale się nie wstydzę;))))
3 dogma
4 królestwo - reż lars von trier

4 ulubionych wykonawców:

1.bono
2.james brown
3.eric clapton
4.blues brothers

4 rzeczy, które robię po wejściu na internet:

1. Sprawdzam skrzynkę mailową
2. oglądam forumy, czyli fora ( wcześniej tak napisałam jakbym polskiego nie znała- forumy to takie własne słowotwórstwo jest)
3. Wchodzę na mojego bloga
4. Przeglądam inne blogi

4 osoby, które zapraszam do zabawy:

kite designer
jagienka

kruliczyca

uffffffffffffff.....
nie było łatwo, zwłaszcza przy punkcie " co chciałbyś osiągnąć, przeżyć...."
pozdrawiam












 

mam ostatnio taką przypadłość: zabieram się do dziergania i czego nie zaczynam, kończy się wdziankiem na topik …

lubię rozpinane sweterki, nie da się ukryć…

a ten jest dla mnie wyjątkowy, bo jest to pierwszy wytwór wydziergany na addikach. długo nie decydowałam się na ich kupno, wychodząc z założenia, że mam już wystarczająco dużo par i nie potrzebuję nowych.  nie do końca wierzyłam również, że  druty addiki znacząco wpłyną na jakość i szybkość dziergania.

w końcu jednak stało się i skusiłam się na zakup, tak na próbę…

przyznam się, że na początku  pomyślałam sobie: phi…. żyłkę mają lepszą w prymach. czyli nastawiona byłam raczej sceptycznie….

zaczęłam dziergać…. i jednak jest zauważalna różnica – oczka przesuwają się o wiele bardziej gładko po drucie, w związku z czym robi się szybciej i łatwiej. oczka też wychodzą jakby równiejsze:) tłumaczę  to sobie tym, że bez niepotrzebnych tarć i naprężeń oczka schodzą z drucika “zrelaksowane” i ładnie się układają  - czyli jak zwykle po dobroci, a nie siłą :)

koniec końców – podobają mi się druty addi.  i chyba są  nawet jakieś specjalne do ażurów, z bardziej ostrymi końcówkami (bo nieustannie przymierzam się do nauki dziergania szali – naoglądam się u zdolnych bloggujących i taż chcę:))

 

druga sprawa: czy dziergacie podczas podróży samochodem?  ja właśnie zaczęłam poczas dziergania Whispera. gdzieś w okolicach Pułtuska  już ręce zaczęły mnie świerzbić. tak bezczynnie sobie leżały… a droga do  raczej długa jest….jakoś wyjątkowo sprawnie mi to nie szło. przez dwie i pół godziny jazdy wydziergałam  może  pół rękawa. ale satysfakcja jest, że zagospodarowałam czas, no i oczywiście, że wyszłam z tej próby bez ran kłutych:)

 

a oto whisper. zrobiony z Angory Ram,  znowu z zachomikowanych zapasów:)niestety nie uszczupliłam ich znacząco , bo zużyłam tylko 1,5 motka. robiłam na drutach 3,5 , ponieważ jestem raczej luźnoprzerabiająca

 

dowod2 025

 

dowod2 027

pada i pada...
a ja się cieszę jakbym była niezrównoważona emocjonalnie, albo po prostu i swojsko: jak koń do owsa, czy jakoś tak - nie pamiętam dokładnie

nie dość, że dzięki temu działam proekologicznie, bo nie zużywam prądu na podlewanie ogrodu, to jeszcze coś mnie tknęło i w piątek pojechałam do sklepu ogrodniczego i kupiłam nawóz do trawy, który od razu rozsypałam.... ledwo skończyłam, a już zaczęło padać, jak na zamówienie:) teraz ten cały nawozik rozpuści się i korzonki łykną sobie energetycznego drineczka.
samo się zrobiło, jakie to urocze:)
w takich chwilach to naprawdę czuję, że jestem częścią Wszechświata i że wszystko jest harmonią:)))
bardzo proszę, żeby Wszechświat przypominał sobie częściej jak to ma być..... (hihihhhhiii)

w międzyczasie postanowiłam zlikwidować ze ścian twórczość radosną moich uroczych dzieci. przy flamastrze pomyślałąm - co to dla mnie!
przy kredce bambino sięgnęłam po szczotkę ryżową....
przy kredce świecowej sięgałam już po wszystko...
koniec końców pojechałam do sklepu i kupiłam farbę. nie chciało mi się robić wielkiego malowania, więc tylko zamalowałam przestrzeń od podłogi do wysokości 1,10 metra.
teraz mam "lamperię" a'la komisariat policji w praktycznym kolorze kawy z mlekiem. nie wygląda to bardzo źle, ale skojarzenie z komisariatem jest tak silne, że chyba zaraz polecę po jakieś szablonu albo border, żeby to jakoś złagodzić....
gdzie ja widziałam taki komisariat? i co ja tam robiłam? hmmm....
nie ma strachu - siedem lat temu zgubiłam wszystkie swoje dokumenty i musiałam zgłosić to na policji.

i jestem dowodem ,że życie człowieka podzielone jest na siedmioletnie cykle, bo w ubiegłym tygodniu również przydarzyło mi się coś podobnego, tylko że tym razem zgubiłam również dokumenty od samochodu Radka... normalnie recydywa! na szczęscie znalazł je uczciwy człowiek i oddał :)
cud boski, że jeszcze dzieci nie pogubiłam!
muszę wyrobićw sobie nawyk noszenia torebki zawsze i wszędzie. tego feralnego dnia pobiegłam na pocztę po przesyłkę z addikami od Uli z Zamotanych i pomyślałąm sobie jak jakiś łoś kompletny, że tylko na chwilkę wychodzę, to po co mi torba.
niestety, na człowieka słabej woli czyha milion pokus i w drodze powrotnej wpadłam do Ciotki Radka na kawusię i papieroska, a żeby nie smrodzić w domu, to poszłyśmy z pieskiem na spacerek. no i stało się - po dokumentach! zgubny nałóg, bez dwóch zdań. tylko piesek był szczęśliwy, bo wyspacerował się jak nigdy.

w tak zwanym międzyczasie wytworzyłam Whisper cardigan, który wypatrzyłam u YarnFerret
na razie jednak trzymam go w ukryciu, bo zdjęcia nijak nie chcą ładnie wyjść...

sąsiadka siedzi w domu. jeszcze nie było konfrontacji :)


UPDATE: była konfrontacja.... kiedy wyszłam podziwiać swoje roślinki (przejaśniło się chyba na dobre) zobaczyłam Ją w ogrodzie. była razem z mężem. dzień dobry, dzień dobry...
ale tym razem postanowiłam dokładnie przyjrzeć się twarzy sąsiadki, więc zagadnęłam o d... Maryni, a konkretnie o nawoziku naturalnym w postaci "do rozcieńczania".

sądząc ze sposobu, w jakim opowiadała o nawoziku, o kotach, ogrodzie, doszłam do wniosku, że to jednak nie Ona.
a skoro zaprosiła mnie na wycieczkę rowerową - to już na pewno nie Ona:)

uffff....



opowiem Wam dzisiaj historię jak to Martusia postanowiła być asertywna i co z tego wynikło...

uwaga, nakreślam tło: kiedy jadę do przedszkola Karolinki, muszę z bardzo ruchliwej ulicy ( wiodącej do Wału Miedzeszyńskiego - dla nie wtajemniczonych: Wałem najłatwiej dostać się do centrum tudzież innych dzielnic Warszawy - więc codziennie rano pędzi w jego kierunku sznur samochodów wszelkimi możliwymi drogami dojazdowymi, w tym ulicą wspomnianą przeze mnie powyżej) skręcić w uliczkę tak wąską, że dwa samochody nie są w stanie się wyminąć. jeden musi ustąpić. zwykle ja ustępowałam pierwszeństwa samochodom wyjeżdżającym, co wymagało ode mnie wyjechania tyłem na tę właśnie ruchliwą ulicę i przytulenia się do przystanku autobusowego. jeszcze jedno: nie ma tam żadnego znaku regulującego kwestię pierwszeństwa.

dzisiaj skręciłam i zobaczyłam, że z naprzeciwka nadjeżdża zielone auto. kierowca nawet się nie zawahał, tylko pruje dalej. stanęłam. czekałam, co zrobi tamten.myślę - cuda się zdarzają:)
tamten podjechał mi pod samą maskę. pokazuje, żeby się cofnąć. ja patrzę do tyłu i myślę: tobie łatwiej cofnąć się w pustą uliczkę niż mnie na ruchliwą ulicę... kręcę głową, że się nie cofnę (pierwszy raz w życiu!). na to tamten kierowca - kobieta - puka się w czoło. jeśli ona - to ja też ( wstyd, Martusiu, ale po prostu nie pomyślałam, tylko też się puknęłam ) nareszcie cofnęła. przejechałam. ale cóż to - ta kobieta wysiada z samochodu i coś mówi... odkręciłam wiec szybę i słyszę " co pani sobie wyobraża@!!!!! itd, itp.... no to ja też zaczęłam mówić, że jej chyba łatwiej się cofnąć...
chyba się wcale nie zrozumiałyśmy, bo zaczęłyśmy mówić równocześnie....

wróciłam do domu wstyd mi było, że wdałam się w pyskówkę...ale to nie koniec... zobaczyłam, że moja sąsiadka ma taką samą grzywkę, jak tamta poranna kierująca...
pewności nie mam, ale....... na złodzieju czapka gore! chyba zaszyję się w domu na dwa lata (w najlepszym wypadku)

tak mi się skończyła chęć na bycie asertywną:)
wydaje mi się, że miałam rację, ale teraz czuję się jak nędzny robak...
Radek mówi: daj luz. zrobiłaś, co uważałaś za słuszne i bezpieczna dla ciebie i dzieci, a że to może była sąsiadka... trudno. nie będziesz z tego powodu ustępować jej we wszystkim i przepraszać, że żyjesz...

cóż tego. teraz będę o tym myśleć przez kilka najbliższych dni, a brak pewności, czy to była ona, czy tez nie chyba przyprawi mnie o zawał...

ale kto by to nie był - szkoda wdawać się w awantury. może zmienię godzinę jazdy do przedszkola?
do licha... to sobie narobiłam



obiecałam, że podzielę się notatkami z dziergania Listowia. słowa dotrzymuję:

po pierwszych zachwytach wzięłam się z porządne poszukiwania dokładnie przeszukałam osinkę. udało mi się znaleźć pięknie rozrysowany schemat: http://radikal.ru/F/i014.radikal.ru/0902/89/d962d2c780d7.jpg.html

bardzo pomocna rzecz: praktycznie wszystko gotowe:) ależ osinki są niesamowite! ileż pracy zostało w to włożone... jestem pod wrażeniem.

ale do rzeczy: moja włoczka była mniej więcej o połowę cieńsza niż użyta przez rosjanki ( autorka schematu używała włoczki o grubości mniej więcej 109metrów na 100 gramów).
zmierzyłam się w stosownych miejscach:) i przeliczyłam na liczbę oczek.
teraz tak: zauważyłyście, że listki zaczynają się "w różnych momentach" - jedne od ogonka , inne od połowy liścia. wyodrębniłam zestaw: listek od początku i listek od środka, dodałam lewe oczka umieszczone pomiędzy nimi i potraktowałam jako "komórkę podstawową" - to się chyba raport nazywa, czy jakoś tak .... wyszło mi, że będzie to 16 oczek.
następnie spojrzałam na liczbę oczek, którą powinnam nabrać, żeby wyszedł doby obwód i dopasowałam:
na przody dałam po dwa raporty, na tył cztery.
pozostała mi pewna liczba oczek: rozdzieliłam sprawiedliwie na listwę zapięcia i fragment na samym boczku - ściągacz 1p/1l
na rękawy - pięć raportów

sweterek robiony był prawie w całóści - od dołu. nabrałam wszystkie oczka - na przody i tył i przerabiałam ściągaczem 2p/2l jakieś 25 rzędów. następnie rozdzieliłam robótkę i robiłam osobno każdy przód i osobno tył. oczka na raglan odejmowałam następująco - w co 4 i w co 2 rzędzie ( na schemacie była jakaś kombinacja alpejska, więc sobie darowałam)

przy raglanie zrobiłam jeszcze taką rzecz: oczko brzegowe, oczko prawe i dopiero spuszczenie oczka ( truizm, wiem )i kiedy kończył mi się listek to ładnie łączyło mi się to z tym prawym oczkiem ( było to istotne przy dzierganiu rękawów, kiedy trzeba było gubić całe motywy.
po blokowaniu i zszyciu wszystkich części nabrałam oczka na pliskę dekoltu ( również ściącacz 2/2)- zrobiłam w niej dziurkę na guziczek, aha jeszcze jedna dziurka była na przodzie, prawie przed zakończeniem robótki

schemat jest tak przejrzysty, ze tak na dobrą sprawę mój "przepis" to jedynie drobniusieńka kosmetyka, a właściwie - dostosowanie do swoich potrzeb
pozdrawiam




 

te są wyjątkowe. po pierwsze: przyjechały  z Krakowa, od Laury, a po drugie: kupione po okresie długiej wstrzemięźliwości

jak widać, zakaszmirowana jestem doszczętnie:)  dziękuję Lauro – przesyłka dotarła w ekspresowym tempie, a włoczka jest bardzo  piękna. 

mam już perwne wstępne pomysły na jej wykorzystanie. na pierwszy ogień pójdzie chyba fuksjowa… jeszcze nigdy nie miałam włoczki w takim kolorze:)

 

dowod2 003

a tutaj kłębuszek nadprogramowy:) nie, nie jest to gratis (na szczęście)  – to moja prywatna Kota w jednej ze  swoich ulubionych pozycji do snu. jej róznież spodobała się nowa włoczka:)

 

dowod2 013

 

a skoro już myśli zbłądziły mi w stronę Koty , muszę Wam coś pokazać!

oto inna ulubiona pozycja . od razu zastrzegam: weszła do tej skrzyneczki z własnej, nieprzymuszonej woli. ot, taki miała kaprys… spała tam dobrych parę godzin.  ekscentryczna jest, bez dwóch zdań!

 

jesień 08 732

 

 

pozdrawiam

tak jak obiecałam, pomyślałam nad zszyciem Listowia., ba! nawet to zrobiłam ! dużo tego nie było, trzeba było zaledwie wszyć rękawy i pochować nitki, czyli najgorsza robota, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. kiedy się już jednak zabrałam do pracy i zobaczyłam pierwsze efekty, od razu odzyskałam humor, bo nie dosyć , że finał blisko, to nawet spodobało mi się to Listowie:)

uprzedzam od razu, że jest to raczej wariacja “na temat” niż wierne odtworzenie pierwotnego wzoru.

podczas jednej z przymiarek zdecydowałam, że pod szyją będzie jedynie ściągaczowa pliska zamiast liściastego kołnierza. wiem, że większość z Was głosowała za nim… ale jakoś tak zbyt wiele tego było jak dla mnie, zwłaszcza, że Listowie ma posłużyć jako wdzianko wiosenno-zimowe. pomyślałam więc, że kołnierz to może jednak niekoniecznie…


wiosna 09 439


zrobię sobie jeszcze jedną wersję na chłodniejsze dni. użyję znacznie grubszej włóczki (tak jak zrobily to rosjanki), więc automatycznie zmniejszy mi się liczba liściastych motywów i kołnierz nie przeładuje całości – przynajmniej tak mi się wydaje:)

a teraz konkretnie : na wdzianko zużyłam 300 gramów gedifry “ for you”. zaszalałam z tą włoczką, nie ukrywam:) ale ona taka mięciutka była … i ten kolor- zwyczajnie nie mogłam się oprzeć.

kupiłam nie mając nic konkretnego na myśli i odłożyłam do tajemnej skrytki, gdzie nabierała mocy urzędowej. a teraz jest przyjemnym wdziankiem:)

a co do spraw bieżących: wyznaczam sobie “odcinki” do zrobienia w ciągu dnia i zaczęłam uwzględniać czas na odpoczynek. staram się wyłączyć myślenie pt “odpoczynek po pracy”, bo ta praca nigdy się nie kończy… kurcze, a wiecie jak to trudno ignorować np. zaplamiony małymi łapkami front szafki , bo właśnie przyszła pora na przerwę.

fajnie, że podzieliłyście się ze mną swoimi przemyśleniami na ten temat. myśl, ze człowiek nie jest jedynym, który ma takie odczucia, jest bardzo krzepiąca:)

pozdrawiam

co tu dużo kryć: obijam się ostatnio bezwstydnie.

przynajmniej tak to wszystko wygląda, jeśli spojrzęc na to z boku…. ja oczywiście mam wrażenie, że spracowana jestem okrutnie. a wszystko przez to, że dopadł mnie stan nazywany przez pewną znajomą trafnie: szwędaczka (szwendaczka?)

w moim przypadku polega to na tym, że wychodzi sobie człowiek spokojnie z dziecięciem, kawusią i robótką do ogrodu. słońce świeci, dziecina łaskawie zajmuje się sama sobą w pisakownicy, tudzież zrywa kwiatuszki do malutkiego, słodkiego bukiecika. słowem – sielanka i pełen relaks

dziergam parę rzędów… w dalszym ciągu jest cudownie….

jeszcze rządek i może łyczek kawki…

i tu się zaczyna: do picia kawki muszę oderwać wzrok od robótki i pozwalam mu błądzić sobie swobodnie… zaraz, zaraz! czy ja tam widzę takie paskudne chwasty, które lada chwila się rozsieją? dokładnie tak, to one. podnoszę się więc i biegnę do chwastów, urządzam im małą destrukcję i wracam na miejsce. hola, hola – nie tak szybko – brudne ręce – trzeba umyć. idę do domu. myję. chcę wychodzić i widzę plamę z soku na podłodze – trzeba zetrzeć, bo potem zaschnie i będzie jeszcze gorzej. wycieram, wracam. w międzyczasie dziecko chce pić. znowu mycie rąk, picie, wychodzimy.

siadam. biorę robótkę i w połowie rzędu zerkam na rododendrona. ha, jakoś tak mu listki oklapły. trzeba podlać. podlewam.

mogłabym mnożyć przykłady w nieskończoność.

i tak przez cały dzień. nie mogę usiedzieć w miejscu, bo jakoś tak zaraz dźga mnie wyrzut sumienia, że ja sobie siedzę a tu praca nie zrobiona. i na próżno sobie tłumaczę, że choćbym stanęła na głowie, to w ciągu jednego dnia nie dam rady ze wszystkim…

teoretycznie to ja to wszystko wiem , ale ciągle działam według schematu - kiedy zrobię wszystko, to sobie odpocznę. tylko, że rzadko miewam poczucie , że wszystko zrobiłam.

w efekcie biegam cały dzień, jestem zmęczona, a nic konkretnego nie zrobiłam. brak widocznych efektów mojej pracy frustruje mnie jak …. sami wiecie co.

w bólach wielkich wydziergałam rękawki do Listowia., oczywiście myliłam się chyba ze sto razy… ale chyba mi się podoba.:)

można narzekać, że drugi raz pokazuję podobne ujęcie, ale dla mnie jest różnica – tutaj mamy plecki po blokowaniu, z przyfastrygowanymi rękawkami, więc widać ich ostateczny kształt…

wiosna 09 411

nawet nie mam siły jej dzisiaj porządnie zszyć…

“pomyślę o tym jutro…”

pozdrawiam

Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy