zostałam opuszczona przez dziecko większe czyli Karolinkę i czcigodnego małżonka. pojechali na obóz płetwonurków. nie myślcie jednak, że wzięłam sobie za męża chłopa który interesuje się w nadmiarze sportem – nic z tych rzeczy – sport, a najchętniej koszykówkę to on uprawia siedząc z kolegami przed x-boxem, zakalec jeden. wyjaśniam więc o co chodzi: mój Teść przez dość długi czas nurkował i zabierał ze sobą na obozy własne dzieci ( bo w ogóle ten cały obóz przypomina cygański tabor. nurkują mniej więcej cztery osoby, a cała reszta to żony, dzieci , babcie, siostry itd) i tak już zostało. jeśli tylko obóz jest organizowany – Radek jedzie. pomaga tam w miarę możliwości na tzw “ obstawach”.

i tyle słowem wstępu.

i co? i jakoś tak dziwnie jest… a jeszcze niedawno siedziałam i narzekałam, że zmęczona jestem, że psyche mi siada, bo wiecznie mam do siebie przyklejone dzieci …

wyszło na to, że wredna kłamczucha jestem, która nawet sama przed sobą nie potrafi przyznać się do tego, że jest ciężko zakochana we własnych dzieciach . a wczoraj w nocy to już szczyty durnoty miałam – zaczęłam sobie wyobrażać moment, kiedy dziewczynki urosną i pójdą w tzw. świat. skończyło się oczywiście potokiem łez:) jakieś hormony płaczliwe mi chyba szaleją.

ale najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że chociaż mam więcej czasu dla siebie, to jakoś tak przecieka mi on pomiędzy palcami. przecież powinnam niemalże przyrosnąć do drutów , bo wieczory mam teraz długie - Ala chodzi wcześnie spać. jakoś tak dziko jest: mogę robić niemalże wszystko, a siedzę jak ta sierota ostatnia. albo robię gruntowne porządki nie wiadomo po co i na co. drażni mnie sytuacja takiego rozmamłania kompletnego. troszkę pocieszam się, że to okres adaptacji do nowej sytuacji, bo od dwóch lat nie rozstawałam się z dziećmi na dłużej niż kilka godzin.

jedyne do czego się niemalże zmuszam to ten sweterek dla Karolinki. chwilowo w stanie mocno niewyjściowym, więc nie robiłam zdjęć, żeby nikogo nie zrażać:)

no i trenuję filcowanie, ale chwilowo bardzo oszczędnie

to są misie, które chcą zostać breloczkami do kluczy, kiedy dorosną:) nazwałam je okrutnie Azja I i Azja II, ze względy na planowaną technikę mocowania – wiem, jestem okropna… ale skojarzenie było zbyt silne….

oto Azja I w mojej ulubionej róży (ulubiona jest dlatego, że jej płatki do nadają się do dodania do nalewki owocowej, którą właśnie na dniach muszę nastawić)

ac 380 ac 381

a tu zdjęcie grupowe:

ac 390

i to jest wszystko ,co udało mi się zdziałać do tej pory.

pozdrawiam

już jest:)

ac 338

chwilowo poprosiłam Lolę o współpracę, bo ja do zdjęcia musiałabym przeszczep głowy sobie zrobić albo się w photoshopie napracować. w chwili obecnej ani jedno ani drugie nie jest możliwe… niestety…

a wszystko przez kudły niesforne. jak to jest, że przez długo czas wszystko jest w porządku, a potem pewnego ranka nic nie da się z nimi zrobić? sterczą jak dziwne rogi w rozmaitych kierunkach… (hola, hola, czy ja napisałam - rogi? a może to znak? heheheee) no nic, trzeba się w trybie pilnym udać do fryzjera.

a tak w ogóle wizyty u fryzjera to osobny temat. ostatnio przypomina to loterię, bo Moja Pani fryzjerka odeszła z pracy. testuję inne panie z salonu i jestem podłamana troszkę. rzadko która potrafi poradzić sobie jako tako z moimi kudłami - jestem “ szczęśliwą “ posiadaczką włosów typu żyłka lub szczecina na dzikiej swince: grube, proste i sztywne . w dalszym ciągu szukam więc tej idealnej:)

no dobra, zboczyłam z tematu dosyć mocno. wracam.

Laurka została wydziergana z włoczki Kashmir, kupionej u Laury. jak już wspominałam, zużyłam zatrważająco mało włóczki: w sumie 2,75 motka na rozmiar xl. ciekawa jestem iloma motkami opędziłaby się chudzina w typie naszych Kasieniek:)) aha, dziergałam na drutach 3,5. sama włoczka jest bardzo przyjemna w robocie, nie rozwarstwia się, ani nic złego się z nią nie działo. w sumie: bardzo porządna włóczka, w korzystnej cenie. na pewno do niej wrócę (tym bardziej, że mam jeszcze zbunkrowany kolor fuksjowy)

a to szczegóły Laurki : ozdobna bordiura ( chyba tak można to nazwać) oraz plisa dekoltu. plisa była robiona osobno i doszywana.

ac 330

,ac 333

nie będę ukrywać, ze jestem zadowolona. chyba mi się udało:))))

pozdrawiam

P.S nadworny fotograf wrócił z odrabiania pańszczyzny i raczył zrobić kilka fotek.

ac 377

ac 374

jak widać sesja była trudna:) nadworny miał wyraźne problemy z kadrowaniem:)))

pozdrawiam

oszczędna to ja jestem niemalże od od dwóch tygodni… w dzierganiu. jak zwykle nie dłubię tyle , na ile mam ochotę (najlepiej od świtu do zmierzchu), bo w dalszym ciągu nie chcę forsować ramienia. swoją drogą, to ciekawe jest: prędzej spodziewałabym się nadwyrężenia nadgarstka, a tu proszę – bardziej w górę poszło. przy następnej okazji to może głowa mi się ukręci:)

ale po cóż o tym wspominam?

bo mnie nosi!!! w te we wewte!

walczę więc dalej z szyciem nieszczęsnym… biedna rodzina również cierpi z tego powodu, bo rozłożyłam warsztat w kuchni… siłą rzeczy nie mają co liczyć na wymyślne posiłki, biedactwa… obecnie królują dania szybkie i najchętniej małogarnkowe ( chodzi o to, żeby tysiąca garów nie wywlekać z szafek). a mamusia ćwiczy szycie prostych szwów… a jak już się uda zszyć prosto to się okazuje czasem, że materiał ucięłam w złym kierunku i się wichruje diabelstwo tak czy inaczej, wrrrrr… już prawie wykończyłam zasłonkę leżącą od niepamiętnych czasów na dnie szafy (przynajmiej znalazła jakieś zastosowanie)

udało się w końcu wytworzyć kolejną poduszkę, która może już od biedy pokazać się ludziom na oczy

ac 283ac 274

a jak widać na zdjęciach, obchodzę właśnie festiwal ikei: krzesło, różowa narzuta i poduszka w środku poszewki są kupione właśnie tam. cieszę się jak głupia, bo trochę sprzętów zaczyna mi przybywać i dom zaczyna przypominać Dom…

wprowadzaliśmy się niemal w gołe sciany, a góra była nadal niewykończona… stary dom na Prawdziwej Wsi został już sprzedany przez właścicieli i trzeba się było stamtąd jak najszybciej usunąć, ceny w budowlance szybowały w niebo… nawet gazu jeszcze nie było, piec chodził na butlach.

śmieję się, że bylismy prawie jak pierwsi osadnicy na dzikim zachodzie :) jeszcze sporo nam brakuje do chwili, kiedy z ulgą pomyślimy: to koniec. ale już bliżej niż dalej, grzechem byłoby narzekać.

no i wytworzyłam również Tforra, czyli skrzyneczkę na skarby Karolinki:

ac 114

a dla zaniepokojonych brakiem treści dziewarskich: emily się blokuje – niedługo będzie i o niej. sama jestem ciekawa:)

pozdrawiam

skórkę sobie wymieniłam… bo ta oczywiście wydaje mi się lepsiejsza i ładniejsza:)

i taka jakby bardziej przestronna… przy tej obrzydliwej szaro- burej pogodzie poprawiam sobie humor jak tylko mogę.

nawet Lolę dzisiaj odziałam, bo marzło biedactwo:

ac 217

to Laurka jeszcze przed blokowaniem. na razie zużyłam 2,5 motka kashmiru, a zaczęłam już drugi rękaw - i tu pojawia się pytanie: czy to włoczka taka wydajna, czy model oszczędny? chyba jedno i drugie…. tak myślę patrząc na ten skromny dekolcik:)

a z kashmiru robi się na tyle przyjemnie, że zaczynam intensywnie myśleć nad wykorzystaniem fuksjowego, który leży sobie gdzieś, schowany przed ciekawskimi i niepowołanymi oczami:)

a tak poza tym, uprałam w końcu obleziony kocim futrem owoc ciężkiej pracy i sprawcę spontanicznego zupełnie słowotwórstwa: leży sobie i niewinnie wygląda, a może spowodować nagłu wzrost ciśnienia u doświadczonej szwaczki, jeśli ta nadmiernie się zbliży:))))

ac 211

to katastrofa jakaś wyszła. krzywo i na dokładkę po przepikowaniu brzeg zwisa jak smętny farfocel… a powinien być w miarę sztywny, żeby ładnie się to wszystko układało. następnym razem przepikuję wierzchnią warstwę razem z ocieplaczem, powinno być lepiej.

a tego bubla zostawię ku przestrodze. przynajmniej kota go lubi….

mimo wszystko spodobało mi się szycie i na pewno będę próbowała dalej. kiedyś w końcu musi wyjść dobrze:)

dzień zaczął się nieciekawie – padał deszcz, ja nieco zaspałam i jakoś tak nie mogłam się zebrać do kupy i wyjść. w efekcie przybiegłam na pola mokotowskie jakieś pół godziny po czasie…. od razu poszłam pod pomnik ( na szczęscie wypogodziło się znacznie)

ac 182

a tam dramat i kiszka – pusto… myslę sobie : no ładnie dziewczyny zrobiły zbiórkę i poszły gdzieś… a ja tu stoję jak ofiara losu.

no nic, usiądę na ławeczce i trochę jednak podziergam, popatrzę na jeziorko i się ogólnie zrelaksuję….

ac 183

i tak sobie patrzę i dumam…. i nagle: wełną mi zapachniało normalnie! przyglądam się więc baczniej postaciom po drugiej stronie jeziorka i co widzę? komuś powiewa włoczka- jak znak rozpoznawczy:)

szybko poszłam w tamtym kierunku i zastałam miłe dziewiarki na ławeczce. zostałam więc z nimi.

ac 188

od lewej siedzą: Bietas, Brahdelt, na ławce: Kalina, Rene, Kruliczyca Marysia, na kocyku Szpilka

było tak miło, że siedziałyśmy, gadałyśmy, a czas płynął i płynął…. koniec końców jestem czerwona na połowie twarzy i nosie i przypiekła mi się jedna ręka.

sensacji nadmiernych raczej nie wzbudzałyśmy: przypałętał się jedynie mocno wczorajszy pan, z tych gadatliwych raczej był oraz starsza kobieta, która raczej skrytykowała nasze wysiłki dziewiarskie, tylko Rene zdobyła jej uznanie – dziergała cudny ażurowy szal.

jest szansa, że będziemy mogły urządzać takie spotkania cyklicznie:)

od razu napiszę, bo potem zapomnę: 14 czerwca wybieram się na Pola Mokotowskie w okolice jeziorka, niedaleko Marylin… takie hasło dała Brahdelt i tego będę się trzymać:)trzymajmy też kciuki, żeby pogoda była w sam raz na piknik na zielonej trawce.

chociaż nie wiem, jak to będzie z tym dzierganiem akurat u mnie, bo jak na złość – rozbolało mnie ramię. źle siedziałam podczas dziergania, bez porządnego oparcia pod łokciem i mam za swoje:) oszczędzam się w miarę możliwości i jest lepiej, ale na początku bolało mnie tak, że aż budziłam się w nocy… o rany, gadam jak koleżanki mojej Babci;) stop!

w ramach łagodnego traktowania rąsi postanowiłam przeprosić się z maszyną do szycia, która wołała z najdalszego kąta, że czas jej użyć w zbożnym celu. kupiłam ją chyba ze pięć lat temu, za jakąś premię jakościową i od tamtej pory stała sobie i się kurzyła. a szkoda…

wymyśliłam sobie, że nauczę sie patchworku… efekt tego był taki, że cały dzień (!) szyłam jedną poduszkę. namęczyłam się jak podczas pracy w kamieniołomie. wielki szacun dla szyjących, bo jak się okazało – zrobienie prościutkiego szwu wcale nie jest takie proste, przynajmniej dla mnie. jakoś tak igła ma tendencje to chodzenia na boki:) wrrrrr…

zdjęcia owego wytwora pokazać chwilowo nie mogę, bo kocia łachudra oczywiście się na nim wyspała i pełna jest kłaków:) a to nie sezon na futra przecież…

no i wyjaśnię poprzedni wpis z czesanką w tle – ostatnio zaczynam się ślinić nie tylko na widok pięknej włoczki – przy czesance też mnie bierze… zaczęłam się więc troszkę bawić w filcowanie. na razie jestem na etapie kulkowania…

ac 157ac 163

ac 179

a żeby nie było, że dziewiarsko się obijam, to powiem , ze za obrusik robią plecki od emily czyli Laurki

pozdrawiam

 

i z tej okazji  przygotowała niespodziankę – o  takie śliczności można wygrać:) mniam, mniam:)

 

 

 

szczególy na blogu u  Oli

nareszcie podjęłam decyzję, co też wydziergać z Kashmiru kupionego u Laury.

jakaś pomroczność ciężka na mnie naszła - przecież od dawien dawna planowałam zrobić ten sweterek, bo silnie zakochana w nim jestem. szukałam cudów niewidów, a rozwiązanie miałam tuż przed nosem.

chyba musze się pogodzić z oczywistością: jślepnę na starość:) słoń mi nadepnął na ucho już przy urodzeniu , a teraz jeszcze to! o Losie – ja tu na jakąś rekompensatę czekam, żeby równowaga w przyrodzie była:)

Emily_3

ale tak na serio : muszę się chyba wybrać do tego piekielnego okulisty, bo te oczka w robótkach to mi się tak rozmazują, tańczą, że hej! ale czy to możliwe, że tak z dnia na dzień człowiek może odczuwać tak znaczące pogorszenie jakości widzenia? hmmm…. a może powinnam się najpierw porządnie wyspać, a dopiero potem zatruwać głowę słuzbie zdrowia…

pomyśle o tym jutro:)

a to jest właśnie nieśmiały początek mojej robótki.:

ac 150

na razie robi się dobrze – wełenka jest przyjemna, niegryząca, nie rozwarstwia się podczas roboty. trochę się ekscytuję, bo wcześniej nie robiłam nic z Kashmiru i jestem bardzo ciekawa jak będzie się spisywał…

a tak w ogóle to jest nowy twist collective na lato, ale nie wiem co o nim myśleć…

nareszcie matka wyrodna się zawzięła i wydziergała coś dla swojego kochanego dziecka ..

a szło mi to jak krew z nosa. niby nic, małe wdzianko, dosyć gruba włóczka, a zaczęłam tę dłubaninę chyba jeszcze na początku maja. potem jakoś tak niebacznie odłożyłam robótkę do koszyka i przepadło: musiała tam swoje odleżeć. przyznam się , że niemalże o niej zapomniałam… natknęłam się na nią ponownie przy okazji porządkowania koszyka . a tak w ogóle to mam podejrzenia, że to nie jest zwykły koszyk na robótki, tylko jakąś czarna dziura albo wrota do alternatywnego wszechświata – zgodnie z zasadą: co włożone , to zaginione. z tego powodu po całym domu mam porozkładane robótki, bo jeśli chcę być porządna, to przepadło:)

na szczęscie mam wyrozumiałych współdomowników:)

wracając do wdzianka: dzieciaczek był tak “szczęśliwy”, ze mamuśka ustroiła go w dodatkową warstwe odzieży, że z uporem maniaka póbowała ściągnąc to cudo:0

musiałam uciec się do podstępu, żeby zrobić zdjęcie: uzyłam tajemnej broni o straszliwej mocy: właczyłam MiniMini:) dziecko zamarło dokładnie tam, gdzie się znajdowało, czyli na parapecie:)

ac 127

na kamizelkę zużyłam około 150 gramów merino intefoxu, kolor bordo. wzór z głowy. mam nadzieję, że Ala się do niej przekona:)

w ten sposób pozbyłam się już całkowicie zapasów merino w tym kolorze:) małymi kroczkami redukuję swój magazynek włoczek. nawet wstydzę się go pokazać…

Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy