jutro skoro swit wyruszam na rybki. jeśli komary mnie wcześniej nie zeżrą, wrócę w przyszłą niedzielę…

zabieram ze soba Jasmine oczywiście, brakuje jej już tylko jednego rękawka i torbę włoczek, a nuż znudzę się  jedną z robótek?

pozdrawiam

bo dzisiaj mam trzy sprawy:

po pierwsze:

Brahdelt urządziła rozdawnictwo. bardzo się podekscytowałam , bo jeśli ma się trochę szczęścia , można wygrać przepiękny obraz ! podteptuję z niecierpliwości, chociaż z reguły fart opuszcza mnie przy takich okazjach. pomarzyć jednak miło…

po drugie:

wyobraźcie sobie, że ruszyłam swoje cztry litery i wybrałam się w ubiegłym tygodniu do Opakowanej, kusicielki jednej… przytargała ze sobą walizy gałganów do patchworku i urządziła wyprzedaż ,nie tyle garażową , ile pokojową :) tzn posadziłą w pokoiku, dała kawę i ciastka i z anielską cierpliwością czekała , kiedy się nasycę tymi szmatkami. i nawet oko jej nie mrugnęło, kiedy moje dzieciątka zaczęły urządzać w jej pięknym domu lekką demolkę –kruszyły ciastkami, pojawiały się i znikały w róznych punktach domuitp. no normalnie – święta kobieta :)

aż mi wszystko zdrętwiało, kiedy tak siedziałam i przeglądałam te wszystkie walizy. do kącika z gazetami fachowymi nawet nie dotarłam… może będzie jeszcze szansa na sierpniowym spotkaniu robótkowym….

a potem, zaopatrzona w nowe szmatki, ćwiczyłam szycie na papierze i popełniłam taką oto łapkę do trzymania gorącej blachy z piekarnika.

ac 439

po trzecie:

Jasmine… tak śliczna, a tak nie chce mi się jej robic… przebrnęlam już przez plecki, a z przodem – jestem akurat na poziomie walorów:)

i znowu aparat płata mi figle, albo ja durna instrukcji do końca nie przeczytałam, tylko rzuciłam się jak małpa na kit. fakt faktem - znowu w kierunku granatu ciągnie…

może to znak, że czas na zmianę koloru? bo ostatnio to tylko fiolety wszedzie dookoła siebie mam…

ac 458


a na zakończenie: lenia mam potężnego

ależ się porobiło….
wróć!
nie porobiło się niemalże wcale… jak przystało na sezon ogórkowy, oddawałam się błogiemu lenistwu…
a zaczęło się od tego, że w trudzie i znoju ćwiczyłam szycie patchworków. udało mi się wytworzyć taką łaciatkę:
ac 437
jestem nawet zadowolona, bo poszczególne szwy raczyły ułożyć się w prawidłowych miejscach – tzn tym razem uniknęłam przesunięcia się poszczególnych łatek względem siebie. jak na moje mierne umiejętności to sukces:))
i tłumaczę jaki to ma związek z lenistwem: ponieważ poduszka jest dość duża- idealnie nadaje się do podłożenia pod ciałko podczas czytania na brzuchu. a ponieważ byłam ciężko zachwycona, że wytworzyłam coś czego mogę bez frustracji na własne umiejętności używać, więc używałam do znudzenia, a właściwie do pięćsetnej strony ostatniej lektury:)
przy okazji stwierdziłam ,że ogród wygląda znacznie przyjemniej z perspektywy kocyka – wtedy nawet największe chaszcze zyskują na urodzie, a trawa jak dorodna…było miło i rozleniwiająco…
i taka rozlazła zabrałam się za dzierganie Jasmine . niestety szybko się znudziłam , bo kolejny jersey zdrenował mnie psychicznie chociaż cała bluzeczka jest bardzo przyjemna. no i robiłam na drutach 2,5…
pomyślałam ,że potrzebuję wyzwania. czegoś skomplikowanego, takiego żeby pochłonęło mnie bez reszty, a na koniec dało satysfakcję po wielokroć- po pierwsze: że jest zwyczajnie ładne, po drugie, ze było trudne i po trzecie, że nauczyłam się czegoś nowego
Jasmine wylądowała w czarnej dziurze, zwanej koszem na robótki:) a ja pełna zapału dobrałam się do szala Alpine. ( zobaczyłam u Edi i oczywiście musiałam się “ zainspirować, nie mogło być inaczej).
a to wersja sheriet. mój będzie miał podobny kolor, bo taką włóczkę miałam w domu
kiedy zaczęłam dziergać ,to nawet rozmawiać nie mogłam:) tak się wczuwałam . pomrukiwałam tylko – uhm, uhm…. potem okazało się, że niebacznie zgodziłam się na wiele rzeczy, które normalnie nie przeszłyby tak gładko. ot, siła nałogu! i teraz muszę to jakoś sprytnie odkręcać:)
pozdrawiam
ps. czy teraz widać lepiej?

albo ślepota, albo daltonizm… jedno z trojga.

zabrałam się do dziergania sweterka dla Karolinki. wyciągnęłam do tego bawełnę w kolorze jagodowo/śliwkowym – w każdym razie jest to kolor ze znaczną przewagą fioletu. no dobrze. powędrowałam do pasmanterii i kupiłam do tego guziki też fioletowe, ale jakby tu rzec – o innym natężeniu koloru, jednak odcień ten sam. przyszyłam i nawet mi się spodobało: ty ciemny odcień, tu jaśniejszy – może być.

zawsze muszę jednak napotkać jakieś schody ( zbyt prosto nie może być, bo przecież byłoby nudno): tym razem wyrosły przede mną podczas robienia zdjęć, a wielkie były niczym te przy trasie w-z …

okazało się bowiem, że jakbym nie cudowała na zdjęciu wychodzi mi kolor granatowy! a guziczki takie bardziej różowe – czyli całość jakby do …… (tu wstawiamy co kto chce)

robiłam zdjęcia wieczorem, rano, w domu, na dworze i ciągle tak samo granatowo mi wychodzi. dam sobie już spokój – widocznie tak musi być, ot, ciekawostka taka, a może mikroklimat, czy co? może tu jakoś tak dziwnie załamują się fale świetlne ? odbijają się od chwastów w ogrodzie?

a oto fiolecik w moim wydaniu:

ac 406

ac 431

przyznaję się od razu, że przy tych fotkach troszkę majstrowałam w programie na p, ale niestety na niewiele się to zdało, bo w dalszym ciągu ten kolor nie jest taki jak w rzeczywistości. udało mi się jedynie uzyskać to, ze guziki troszkę wtopiły się w tło i nie świecą jak różowe latarnie morskie:)

Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy