zaczęło się miło od samego rana.

dostałam wyróżnienie od Przemka. to było bardzo, ale to bardzo miłe:) aż mi się cieplej w głębi zrobiło ( no bo to chyba nie była zwyczajnie i prostacko – zgaga:). w ogóle to jakaś miękka gościówa się ze mnie ostatnio zrobiła – ja się normalnie wzruszać zaczęłam! starzeję się chyba… albo zaczęłam sobie odpuszczać i pozwalam sobie na co nieco… a kiedy spotykam się z odruchem zwyczajnej (a może właśnie niezwyczajnej w dzisiejszym świecie) sympatii to wymiękam - co się dzieje zamiast się cieszyć to beczę jak owca na hali… to chyba zagadnienie dla specjalisty jakiegoś, czy co?

w każdym bądź razie chcę powiedzieć, że bardzo się ucieszyłam:)

potem było to:

cascade 220 tweed w całej okazałości, kupiony na e-bay’u

ac 326

tutaj to już zostałam wprawiona w ekstazę niemalże, że doszło w całości i jest takie cudne, niegryzące, farfoclaste i w ogóle…. moja kochana wełenka, wełnunia… coś czuję, że na swoją zgubę ją kupiłam, bo już do końca sfiksuję. jest cudna! lekko połyskuje, jest miękka, gładka i cudownie się z niej dzierga…

ac 333

już ją uwielbiam! jak już wydziergam z niej coś, to chyba zaraz spruję , żeby móc zacząć dziergać od nowa! szaleństwo, co?

potem miałam przemyślenia pt” za co wziąć się w pierwszej kolejności” - bo jak już zacznę robić z tweedu, to z takim nabożnym skupieniem, że chcę pokończyć wszystkie projekty, żeby się nie rozpraszać:)

znowu powróciłam do starego systemu: parę robótek jednocześnie. i co jest ciekawe, dokupuję nowe druty i dokupuję, a wiecznie mi ich brakuje… bo jakiś ufok na nich jest:)

ac 325

od lewej: laminaria w powijakach, wallis i na koniec kingscot… na kingscota chwilowo jestem zła, bo muszę pruć prawie cały przód, bo okazało się ,że zaćmienia umysłowego doznałam już przy ściągaczu i zrobiłam krótszy o dwa rzędy, (co niestety widzę, bardzo jasno i wyraźnie -właściwie nie widzę nic poza tym)

jak widać miałam bardzo pracowity dzień…. ale dzisiaj mam luz, bo świętuje siódmą rocznicę ślubu. jutro będę zapobiegliwą gospodynią. dzisiaj - nie!

święto jest i już!

prowadzę ostatnio mocno utajone życie blogowe, przyznaję. mam jednak usprawiedliwienie – szykuję właśnie prezent w ramach wymianki jesiennej na forum Maranty. dzisiaj jest przedostatni dzień przygotowań. zdążę, ale gorąco mi już było – zastanawiałam się i zastanawiałam nad odpowiednim prezentem i jakoś tak nagle, zupełnie nieoczekiwanie zrobiło się już raczej późno… siedziałam więc jak wampir jakiś po nocach i dłubałam… a teraz denerwuję się czy: wybrałam właściwy kolor, czy model jest odpowiedni i co najważniejsze – czy się spodoba:) prezentacji chwilowo dokonać nie mogę, bo to wielka tajemnica… więc cicho, sza….

podziwiam wszystkie piękne rzeczy, które wytworzyłyście, ale czasem oczy tak mi się kleją, że nie mam siły nic napisać… wybaczcie:)

zdarzały mi sie jednak chwile, nazwijmy je umownie twórczymi:) będąc w ciągu redbulowym ułożyłam bukiety do kuchni. pusto jakoś było mi tam prze okrutnie – kwiatki jakoś tak dziwnym trafem lekkiego życia tu nie miały ( czyżby to było związane z tym, że jestem znanym w całej okolicy kwiat – killerem?), więc postawiłam na suszki lawendy przywiezionej z Mazur. może przetrwają?

ac 282

firankę muszę jeszcze jakąś kupić, a nie do końca wiem co to miałoby być. może taka z łukowatym wycięciem, że środek krótki, a boki dłuższe? może coś podpowiecie?

i jeszcze takie pudełeczko mam:

ac 289

na spinki i gumki do włosów Karolinki i Ali

pozdrawiam

biedna Jasmine… nie miała ze mną lekko – o nie! nie darzyłam jej odpowiednim uczuciem i szacunkiem… a kiedy mi się znudziła – cisnęłam ją w kąt jak szmatę ;)

ac 088

piękny model, nie przeczę, ale tak mi się dłużyło to dzierganie… jak rzadko kiedy. tylko ten jersey i jersey, a na dokładkę sonata i druty 2,5. sonatę przerabiałam po raz pierwszy, szczerze się przyznaję. i nie wiem, czy to ja jestem wielką niezgułą, czy normą jest, że się czasem haczy i rozwarstwia tak, ze cisną się na usta mocno niecenzuralne słowa…

ale skończyłam i jestem zadowolona. dzianina jest miękka, mimo, iż używałam cieniutkich drucików, zwarta, ale na szczęście nie ma w sobie nic z pancernika.

ac 272

ac 253

ac 251

i od razu wyjaśniam: fioletowe toto jest

bo mój listonosz, to tylko uprzejmie donosi…

ostatnio mam zepsuty domofon i jakoś tak niespieszno mi go naprawiać, bo co chwilę dzwoni jakiś osobnik i chce: posprzątać mi ogród, urządzić ogród, sprzedać ziemię, korę lub ziemniaki, albo – co gorsze , chce tylko porozmawiać o: maszynie czyszczącej do tapicerki, super- hiper wypasionym odkurzaczu, albo o sprawach duchowych…wrrrrr….. ale ostatnio opracowałam sobie tekst uniwersalny i asertywny: czy byliśmy umówieni? nie? to dziękuję. potem przez pól dnia zastanawiam się, czy przez moją odmowę człowiek od ziemniaków, ziemi itp. nie bedzie przymierał głodem, ale to już odrębny temat…

trochę się więc obawiałam, czy zamówiona przesyłka dotrze bez kłopotów, czy tez zobaczę jedynie awizo w skrzynce. i to czekanie , aż nastanie pózne popołudnie, kiedy Czcigodny wroci z pracy i zmieni mnie przy nadzorowaniu fachowców – toż to tortura

Pan Listonosz poradził sobie jednak i z zepsutym domofonem – kiedy dostrzegł ślad bytności człowieka - wołał i trąbił aż do skutku :) potem wyznał mi, że nie lubi wypisywać awizo…

i tak oto dorwałam swoją paczuszkę bez żadnych zakłóceń i opóźnień…

a była to bardzo cenna dla mnie paczuszka – od kochanej Laury:)

ac 186

cóż… rozrzutna nie byłam…. zamówiłam trzy motki Samary pięknym kolorze bordo i moteczek Aliny

Samara jest uroczą włóczką: puchata, miękka i wygląda na to, że bardzo wydajna – w 100 gramach mieści się około 500 metrów. kupiłam ją jako tańszy odpowiednik kidsilka – zobaczymy co z tego wyniknie, bo nie mam zielonego pojęcia jaki jest oryginał:) a powstanie z tego o takie cudo;

Untitled-13

wybór włoczki zawdzięczam samej Laurze, z którą miałam przyjemność rozmawiać w tej sprawie przez telefon… powiem Wam jedno: gdyby Laura miała pasmanterię w Warszawie, pól miasta jeździłoby tylko do Niej – znam wielu miłych sprzedawców, ale Laura jest jedyna w swoim rodzaju:)

a Alina została wzięta na próbę, bo ma taki fajny skład: wiskoza i sztuczny jedwab. jeszcze nie wiem, co z tego będzie, ale coś wykombinuję, bo włoczka jest milusia.

przymierzam się jeszcze do zamówienia merino Adriafilu,co prawda trzeba poczekać na dostawę, ale pomyślałam sobie tak: narzekam, że nie można w Polsce kupić włoczek z górnej półki, więc kiedy takowe się pojawiają, to je zamówię, w miarę możliwości finansowych. może w ten sposób przyczynię się chociaż trochę do zbudowania rynku na taki towar? i zacznie pojawiać się tego więcej? może i naiwna jestem, ale wierzę w pracę “ u podstaw” nudny pozytywista ze mnie. chwileczkę, a może lepiej zabrzmi, ze czerpię z filozofii tao, bo “każda droga zaczyna się od jednego kroku”?

pozdrawiam

światową damą zachciało mi się zostać…. a powód miałam ku temu stosowny, bo udało mi się wreszcie zakisić trochę kaski. wyjaśniam od razu- nie jest to u mnie stan normalny, bo wszędzie dookoła czyhają na mnie pokusy – z każdego kąta szczerzą te swoje wredne zębiska. bo to jest tak: potrzeby mam duże i niestety dość kosztowne - najbardziej trzepie mnie po kieszeni decoupage, bo wszystkie preparaty są raczej drogie (chociaż kombinuję jak się da). włoczki i szmatki do patchworku dokładają swoje, a na zakończenie dobija mnie własny ogród, co to piękny ma być, ino mu nie wychodzi:) zanim uda mi się coś odłożyć na szczytny cel , to już widzę jakiegoś innego cośka tak bardzo wyjątkowego, że muszę go mieć natychmiast, bo okazja może się nie powtórzyć. to się chyba rozpasanie konsumpcyjne nazywa….

no dobrze: już nie kombinuję , tylko mówię, jak to było:

ci, którzy mnie poznali, wiedzą, że zdrowe (bądź nie) odchyły na punkcie włoczek mam. a najbardziej ze wszystkich marzy mi się włoczka tweedowa. niestety nie miałam szczęścia trafić na takową w żadnym polskim sklepie. kiedyś, będąc zaćmieniu umysłowym chyba kupiłam kotka z takimi tweedowymi farfoclami – mechacił się diabelec od samego patrzenia, a trzeszczał tak, że zęby bolały!

poszukiwania trwały nadal i jako światowa dama wypatrzyłam wyprzedaż tweedu jo sharp w tym sklepie: tak mnie ten jedwab i kaszmir omotał, że zachciało mi się 11 motków (bo mój umysł to jak hurtownik działa –jakoś do głowy mi nie przychodzi, żeby kupić ze dwa , trzy moteczki i zrobić sobie np. szalik lub czapkę , ale zaraz pojawiła się zdradliwa myśl: ale co ja będę za przesyłkę paru motków tak dużo płacić – dorzucę coś jeszcze, to przynajmniej będę wiedziała za co płacę….

no to niech będzie tweed cascade….

ok – checkout…

i tu siła wyższa zadziałała: paypal z niejasnych przyczyn nie chciał zapłacić…. kiedy rozum mi wrócił, to odetchnęłam z ulgą… tyle kasy na własne fanaberie wydać! aż mi się wątroba ścisnęła!

ale pomyślałam sobie tak: z drugiej strony, nie mogę być wiecznie nadmiernie oszczędna, bo zmiany w mózgu mi się porobią, czy co… kupię i zobaczę, z czym te światowe włoczki się je. może skutecznie sie wyleczę?

koniec końców – kupiłam tweed na e-bay’u , oczywiście pochorowałam się od tych wspaniałości, które widziałam – te wełny, jedwabie, alpaki, kaszmiry we wszystkich kombinacjach… prawie osiwiałam ,kiedy trzeba było dokonać wyboru! ale zapłaciłam o wiele mniej, co prawda nie taki mocno wypasiony ten tweed.. ale nie będę szaleć, bo mnie potem jaki wyrzut sumienia zeżre (bo ja to rozwojowa rodzina na dorobku jestem:)

i teraz czekam….

i paluchy gryzę, żeby żadna menda nie dobrała się do moich wspaniałości, bo łeb ukręcę!

ale wariactwo, co?

już jestem. wróciłam w niedzielę wieczorem, ale jeszcze nie jestem w pełni czynna. pozbierać się nie mogę… tak cudnie było…

był jeden wyjątek od cudności ogólnej – ryby się zbiesiły i nie brały prawie wcale:(

łowiliśmy jedynie “zakąskowe”- tzn na jednego chapa, w porywach do dwóch chapów .

a tak bestiom nieba chcieliśmy przychylić…. istny bankiet miały: kukurydza zwykła dwóch producentów, kukurydza o smaku anyżkowym, truskawkowym, chleb, larwy much i dżdżownice. i jeszcze zanęta o zapachu czekolady… stanęliśmy na wysokości zadania, a one się nie wywiązały – bez dwóch zdań. uklejek nie braliśmy – swój honor mamy - do końca:)

ac 067

a to moje trofeum – zakąskowiec pospolity pasymski. wobec takiego stanu rzeczy wysnuliśmy teorię następującą: gdzieś w okolicy musi czaić się mega szczupak i ryby uciekły. a ponieważ jest on tak bardzo mega, to za drobnicę się nie bierze:)

teoria zostanie zweryfikowana za rok.

a teraz uwaga!

poniższy materiał może wpłynąć niekorzystnie na co wrażliwsze osoby! to będę ja bez żadnych upiększeń, za to z głupim wyrazem twarzy

ac 062

weszłam w posiadanie latarki czołówki. od dawna chciałam taką mieć, tylko tak jakoś wiecznie market budowlany był mi nie po drodze, albo moja pamięć wiewiórki nie pozwoliła dotrzeć mi do właściwego regału.

aż tu nagle ,niespodziewanie, objawił się nam na ognisku sąsiad z działki obok i miał tę latarkę na głowie. a ponieważ był miły i sympatyczny, a ja byłam bardziej swobodna niż zwykle – bezczelnie ją wysępiłam, pod pretekstem zbliżających się urodzin:) i na dokładkę mam pozwolenie na zbieranie grzybów na jego działce (a tam takie prawdziwki rosną,że hej). co prawda, kiedy rozum mi wrócił, było mi trochę głupio – szybciutko więc wzięłam adres miłego sąsiada i chyba wyślę mu jakieś rękodzieło, czy co (oczywiście wydziergane przy latarce:))

do dziergania przy ognisku, albo przy wieczornym oglądaniu telewizji to cudo jest jak znalazł:) co prawda telewizji raczej po ciemku nie oglądam, ale czasem, kiedy przyjeżdża nasz ulubiony kolega Batman i oglądamy wspólnie , to domaga sie jednak “odpowiednich” warunków:) a mnie, pomimo wielkiej sympatii do kolegi, żal każdej minuty spędzonej bezczynnie prze telewizorem.

wracając do tematu głównego: cóż interesującego było jeszcze podczas tego wypadu?

ac 160

Pasym był….

ac 073 ac 113

ac 076 ac 115

zachody słońca były….

ac 157ac 159

spacery….

ac 123 ac 126

wschody księżyca… mateoryty spadały….

cud, miód i malina!

tylko pasmanterii nie mieli:)

Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy