do mojego “kącika wzruszeń’” trafią dzisiaj aż dwa wyróżnienia:

to od Zaczarowanej i Przemka jak ta glina zrobiłam się miękka i całkiem do urobienia:)

a potem jeszcze Laura i ponownie Przemek dołozyli mi to:

pu.i.wp.pl

normalnie trzeba było mnie z podłogi zbierać, bo się rozpłynęlam w samouwielbieniu::)

musiałam czekać aż skrzepnę – okrzepnę i dopiero wtedy mogłam zabrać sie za pisanie tej notki:) no dobra, trochę błaznuję…. w rzeczy samej jest mi bardzo miło, ze Waszym zdaniem potrafię zrobić cosie, które dostarczają wrażeń z gatunku przyjemnych:)

ale w tym wszystkim pojawił się problem: naprawdę nie wiem, kogo wyróżnic… i nie jest to kokieteria z mojej strony… tyle pięknych rzeczy widzę na Waszych blogach, że aż mnie skręca z zachwytu. może tak: wyrózniam wszystkie blogi, które odwiedzam i komentuję :)

i co dalej? nie samą próżnością czlowek żyje;)

ujawnię w końcu tajemniczy projekt robiony w ramach wymianki jesiennej u maranty, bo mi tu biedny Przemek wszystkie paluchy poobgryza;)

ac 291 ac 317ac 296

projekt to Eliina shawl, zainspirowany przez Jagienkę, rzecz jasna. włoczka to kashmir od Laury, około 2,5 motka, druty 3,5.

chusta poleciała w szeroki świat, aż do chicago. mam szczerą nadzieję, ze spodoba się nowej właścicielce – ja jestem chora na ten projekt. muszę zaraz wydziergać sobie następną chustę, na własne potrzeby ( chłodno się już robi, psiakostka)

dzisiaj nie będę żyła wrażeniami z wakacji… robię przerywnik pomiędzy częścią pierwszą, a drugą wspomnień.

a powód ku temu? właśnie się zblokował… Laminaria…

i nie zważając na fakt , że pomimo usilnych starań wyglądam jak pokurcz, z dumą świeżo upieczonego rodzica prezentuję swojego wytwora:

ac 664

ac 668

ac 646

ac 641

ponieważ ażury to dla mnie temat tajemniczy i mroczny, straciłam trochę pewności siebie przy dzierganiu. no bo jak to tak? na wzorze tak pięknie wszystko wygląda, a u mnie na drutach jakiś zezwłok smętnie powiewa, na dokładkę jakiś taki pomarszczony, zwichrowany i w ogóle do niczego… jego podobieństwo do oryginału było porównywalne z podobieństwem brzydkiego kaczątka do łabędzia… niby ten sam gatunek, a jaka różnica..

ale potem przypomniałam sobie, że utalentowane i doświadczone zarazem koleżanki wspominały, ze diabeł tkwi w blokowaniu. namoczyłam więc porządnie to całe badziewie, potem wycisnęłam w ręczniku i użyłam koca oraz rozłożonego narożnika do blokowania (w pierwszej chwili wyciągnęłam swój styropian wiecznie żywy, który normalnie służy mi w tym celu, ale prawie natychmiast zrezygnowałam – moje cztery tafle to zbyt mało dla tej ślicznotki)

i już tylko zaglądałam mniej więcej co dwie godzinki, patrząc, czy aby na pewno nic się nie zmarszczyło albo powyciągało…

w Laminarii nie powyciągało się nic, ale wygląda na to, że ja zostałam wciągnięta w ażury!

to naprawdę niezła zabawa:) i wcale nie jest to takie przerażające i trudne, na jakie wygląda

a i samo gęste na koniec: użyłam tureckiej włóczki Alize – Prestige. marzyła mi się andora, ale w mojej pasmanterii mają same paskudne kolory, niepodobne do niczego ( wyobraźcie sobie kolor brudno- cytrynowy, ueeee)

Prestige to wełna z niewielkim dodatkiem nylonu, określiłabym ją jako skarpetkową. zużyłam około 250 gramów, druty 3,5. wzór wygrzebałam z archiwum knitty.

no dobrze, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - odpoczęłam po właśnie zakończonych wakacjach i wracam do świata żywych ( bo kiedy wysiadłam w końcu z samochodu po 24 godzinach podróży, to raczej do świata upiorów się zaliczałam albo innych zombie)

a podróżowałam tak z pięknej Toskanii…

trudno mi tak od razu napisać co tam robiłam, bo wrażeń było tyle, że jeszcze mi to wszystko wiruje przed oczami i wcale nie chce wskoczyć do odpowiedniej szufladki w głowie – światło, kolory, zapachy i smaki, ludzie - tańczą razem w szalonym korowodzie… w dalszym ciągu pozostaję pod wielkim wrażeniem, a może szoku? wzystko było tak inne, takie wręcz nieprawdziwe w swojej odmienności…

ot, oderwali Martę od garów i biedaczka w obłęd popadła :))

a zaczęło się nieciekawie ; moja Teściowa zamówiła dla nas pokój w mieście San Vincenzo. Pokój miał znajdować się w willi nad samym morzem.

po dojechaniu na miejsce (również po 24 godzinach w samochodzie) okazało się, że nie jesteśmy oczekiwanymi gośćmi i miejsca dla nas nie ma i nie będzie, bo wszystkie pokoje są zajęte. w tym miejscu wypada wspomnieć, że Teściowej z nami nie było, bo miała dojechać za dwa dni. cud miód i malina po prostu. Teść się wścieka, bo oczywiście go oszukano, Szwagierka jest zła jak osa, bo tak wypadło, dzieciaki piszczą, a jak padam na twarz. recepcjonistka szuka zawzięcie – nie ma. w końcu olśniło mnie – i mówię: proszę szukać w rejestrze przelewów bankowych, tam musi coś być. miła Pani szuka ponownie. nie ma. telefon do Teściowej: kobieto - z jakim tytułem, z jakim nazwiskiem puściłaś zaliczkę? nie wiem….

sprawa nareszcie znalazła szczęśliwe zakończenie : przelew i rezerwacja były. okazało się, że Teściowa zarezerwowała pokój poza miastem, w innej willi (na szczęście właściciel był ten sam:) a jaka była przyczyna? myśląc o willi w mieście, napisała maila z prośbą o rezerwację i wysłała go na adres tej podmiejskiej. i jeśli treść brzmiała mniej więcej tak: chcę zarezerwować miejsce w Twojej willi, to sprawa dla właściciela była oczywista… spakowaliśmy się więc z powrotem do samochodu i grzecznie pojechaliśmy do “naszego “ pokoju.

i jest nauka dla żuka: bądź precyzyjny i wszystko sprawdzaj pięć razy

skończyło się tak, że zaproponowano nam przeprowadzkę do miasta po tygodniu, kiedy zwolni się miejsce, z czego skorzystaliśmy.

ale i tak nie było źle:))

po tych nerwach nie mieliśmy na nic siły…. moczyliśmy się więc w morzu długo i zajadle . widziałyście kiedyś rybę przyrządzoną w solnej skorupce? tak mniej więcej wyglądałam ja, zanim nie uświadomiłam sobie, że po kąpieli w morzu trzeba koniecznie iść pod prysznic… woda była baaardzo ciepła i tak słona, że wypierała ciało do góry. nie trzeba było wcale ruszać nogami podczas płynięcia, a i tak człowiek utrzymywał się na powierzchni

ac 462

ac 396 ac 484

ac 483

a nocami spełniałam swoja marzenia o byciu obserwatorem dzikej przyrody:

ac 433

ac 455

wypasiona, czyż nie?

na drutach robiłam w tym okresie niewiele, bo dzieciaczki były tak podekscytowane, że biegały w jedną i w drugą stronę jak nakręcone – aż przyjemnie było patrzeć, jak bardzo się cieszą – zwłaszcza Karolinka ( z tej radości to się prawie w skoczka pustynnego zamieniła, podskakiwała jak na sprężynie)

i tak minął nam pierwszy tydzień wielkich wakacji

ciąg dalszy nastąpi…..

wróciłam z wakacji....
jeszcze nie wiem za co zabrać się w pierwszej kolejności, bo namnożyło się mnóstwo spraw do załatwienia " na wczoraj" i kilotony zaległej korespondencji:)
przyjechałam raniutko, po dwudziestu godzinach jazdy samochodem, w związku z czym szanowną niewymowną, to mam za przeproszeniem, zaklęśniętą od siedzenia:) daję więc jedynie znać, że wróciłam cała i zdrowa, i dostępna.. i starsza (bo w międzyczasie miałam urodziny)
bardziej szczegółowa relacja będzie później, bo jakoś tak nagłego wstrętu do krzeseł wszelkiej maści nabrałam, a przed komputerem leżeć nie mogę:)

pozdrawiam


Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy