poprzez   wzgórza  kapusty z grzybami, poprzez hałdy pierogów z kaszą gryczaną, poprzez potoki  barszczu czerwonego i sporo innych rzeczy , których jeść nie należało, a się zjadło – powracam:)
a skoro wracam i rozum także  wraca na swoje miejsce ( do tej pory  bidulek  grał drugie skrzypce, bo imć Żołądek rozpychał się, trawił … trawił… i traaaawił) to wymyśliłam sobie, że czas na  konkurso-rozdawajkę pt “Na dobry początek 2011”  tudzież “ żeby nie było gorzej” – co kto woli:)
do wzięcia jest to:
 
wełna konkurs

 5 motków  farbowanej przeze mnie  wełny Merino  superwash (motek:100gramów/300m)
warunki udziału:
  • wszystkie klientki sklepu "Zagroda" są włączone do zabawy automatycznie –  mogą  leżeć  na pleckach i wypoczywać
  • jeśli nie jesteś  moją klientką – pozostaw proszę  komentarz pod tym wpisem
losowanie  odbędzie się   07.01.11

pozdrawiam
po  paru ładnych już latach zdiagnozowałam u siebie dziwną przypadłość: mniej więcej w połowie grudnia zachodzi   wielkie, nieprzewidywalne, niszczące , grożne zjawisko…
... Martusia  przeobraża się w  potwora, który za cel życia postawił sobie GENERALNE PORZĄDKI. ale to dopiero początek, bo przecież, żeby móc sprzątać, trzeba  dostarczyć  sobie  tzw  surowca do sprzątania, czyli: na  środku  niemalże każdego pomieszczenia  piętrzy cała  zawartość szafek, szaf  oraz schowanek  rozmaitych, piętrzą się zabawki dziecięce do przejrzenia.   stos rzeczy czekających na uprasowanie sięga co najmniej  Giewontu,  kuchnia wydaje posiłki  mało skomplikowane, mało finezyjne, za to szybkie w przygotowaniu. życie towarzyskie   zamiera niemalże całkowicie, bo… Potwór  sprząta!  i jeszcze denerwuje się nad  mopem , bo nie jest perfekcyjnie! bo nie jest ładnie! bo nie  ma  nastroju świąt, a już dawno powinien się zjawić!!!  dlaczego  Swięta to  udręka , dlaczego?
w tym roku też mnie to dopadło… nawet bardziej niż zwykle…bo  dorzuciłam sobie malowanie
ale wiecie co?
w połowie malowania łazienki poszło sobie… bo logiką  to rozłożyłam, czyli tak:
-  jestem zmęczona, mam dużo pracy, ale  powiedzmy sobie szczerze,   gdybym nie czuła nad sobą bacika , to na pewno przymierzałabym się  do tych porządków jeszcze pół roku…   a tak,  odgruzuję i będzie  łatwiej żyć  w tym domu.  przy okazji znajdę wiele zapomnianych rzeczy, o których myślałam, że przepadły dawno temu
- będę mieć piękną, swieżutką łazienkę i to także zostanie, kiedy święta miną , a goście powiedzą “do widzenia”
-  ładną dekorację  domu zrobię -  i to  też da mi zadowolenie:)
podsumowując:  to ogłupiałe sprzątanie to  haracz, jaki muszę zapłacić za brak  systematyczności  w pracach domowych przez cały rok. i dobrze- taki widać mam styl.  kiedy to zaakceptowałam to  od razu zrobiło mi się lżej… i najważniejsze co zrozumiałam: robię to dla  siebie … i dopóki tak jest,  to ok.  niepokój odszedł… najwyżej nie bedę  Panią Idealną. i co z tego? i tak   zawsze znajdzie się , ktoś kto  ma bielsze obrusy, zieleńszą choinke i smaczniejszą rybę.
a kiedy już  nakryję do stołu, zapalę świeczki, ładnie się ubiorę i  spokojnie usiądę to… poczuję, że jest inaczej niż przez  ostatnie dni, poczuję, ze… przyszły święta:)
będzie dobrze:)

po tym przydługim wstępie  pokażę jeszcze, co mam do pokazania, bo to przecież blog  dziewiarski i moje filozofie nie są  najbardziej pożądanym  jego elementem. a zatem  do dzieła!

jesień 010 322
jesień 010 305   jesień 010 323
muszę przyznać ,ze jestem z siebie całkiem zadowolona , ponieważ chusta  została zrobiona z  wełny ufarbowanej przeze mnie, no i skończyłam  przed Wigilią( bo to prezent ma być)… chyba zrobię też  taką dla siebie:)
wzór  to  Bitterroot, druty 3,5 wełna BFL sock .
pozdrawiam
obowiązkowo różowy – różowiutki , jak , jak… nie wiem  nawet co.  bo takie  różowości to chyba w przyrodzie nie występują.  jednakowoż dziecko   kategorycznie    zaządało tegoż to kolorku i nie ma  mocnych.  osmielam sie nawet stwierdzić, ze to nie osioł jest najbardziej upartym stworzeniem na świecie, tylko mała dziewczynka, która  własnie  poszła do  szkoły.   tak wielka determinacja w  tak małej istotce…. no ale do tej pory   w bliskim otoczeniu nie kręcili się Tolkowie, Bartkowie, Krzysiowie i inni tacy;) czyli  “róziowe” być musi, bo to  czysty  szyk i styl,  klasyka mody   w klasie 1a
oto więc jest Róziowy Kwiotek

jesień 010 014
jesień 010 002
jesień 010 007

kwiotek jest bardzo prościutki, bo  przy tym kolorku  nie potrzebował zadnej wyrafinowanej formy. listki zrobione są osobno, następnie doszywane.
dzisiaj  miał swoją premierę,  ciekawe  jak  się sprawdził? 
zabawy z kołowrotkiem ciąg dalszy…
tym razem  popełniłam 560  metrów  włoczki 2-ply
czesanka corriedale, farbowana  przeze mnie kolorem popielatym i burgundem

jesień 010 149

jeszcze nie wiem ,co z tego będzie:)
pozdrawiam
tak mi się porobiło, że gdy nie muszę, to nie wychodzę z domu. ostatnia próba przebicia się na tzw. miasto skończyła sie  wzywaniem pomocy drogowej, bo utknęłam w błocku tak, że  żadna ludzka siłą nie zdołała  mnie  z tegoż bagienka oswobodzić. . Od razu  można poznać, że to stolica…
Dla  listonosza  jednak okrutna jestem, bo biedaczyna  dowozić przesyłki musi… ale  kiedy patrzę na niego, to nie wydaje mi się, żeby miał z tym jakikolwiek kłopot, bo gna  tak, że chyba pierwszą kosmiczną osiągnął , a w związku z tym  błoto mu niestraszne.
ostatnio doniósł:
jesień 010 112
czyli dokształcać sie będę:)
1) z  przędzenia
2) z farbowania
3) z  pikowania maszyną  do szycia
ad 1)  moje przędzenia zaczęło się od d … strony, bo  należalo pojechać na kurs przędzenia i oszczędzić sobie wielu rozterek i kłopotów. nie zrobiłam  tego, chociaż bardzo chciałam… koniec końców  spędziłam długie godziny na you tube. a ponieważ  należę do osób, które  muszą mieć knigę  w garści, by poczuć sie pewnie , oto i  podręcznik: start  spinning – ogólne wiadomości   potrzebne do rozpoczęcia  zabawy z kołowrotkiem – mnie  wyjaśniło, po co są gręple:)
ad 2) farbowanie : “hand dyeing yarn and fleece”,  “ visually hand dyeing”  dobre ksiązki do ugruntowania wiedzy intuicyjnej.  ważne: należy wziąc do serca przepisy bhp, jeśli nie chce się smarkać na rózowo, bądź inny ciekawy kolor:) przerabiałam to na własnej skórze, a właściwie – nosie:)
ad 3) bo ja kocham patchwork – na razie  miłością raczej nieodwazajemnioną, ale pracuję nad poprawą  relacji :) ksiązka  “ machine quilting” w formie lekcji –cwiczeń do wykonania – pożyteczna rzecz – zamierzam się dostosować
a na razie, będąc w deficycie rzeczy “ładnych” i ozdóbek wszelkiej maści, ( bo mój dom ciągle jest tylko  budynkiem, a nie Domem)  zafascynowalam się   projektami   Tildy.   list do Mikołaja z prośbą o  takie książki został wysłany ( chociaż może   bezpieczniej będzie kupić sobie samej, bo jak znam zycie , to skończę z  deską do krojenia lub  kolejną formą do galaretki  -  przy czym rzeczą ogólnie wiadomą jest,że nie przepadam za gotowaniem)
a oto   nieśmiałe  próby Tildowania : kaczucha napółczasata
jesień 010 098 
brakuje jej jeszcze partnera i dziaciaczków
“pomyślę o tym jutro”
pozdrawiam
zanim przejdę do  sedna sprawy, nadrobię zaległości:
po pierwsze: dziękuję Wam za miłe  komentarze  pod adresem czapki. przydały się:) 
po drugie:  wzory, o których wspominam są  z reguły podlinkowane, nawet jeśli   w ferworze pisania  nie  zaznaczę  linku innym kolorem, on tam jest;)

a teraz do rzeczy:

pażdziernik 001
pażdziernik 009 


pażdziernik 022
kolejny przejaw nowej manii:    200 metrów wełny 2-ply skręconej z runa   corriedale.   brzmi niepozornie,  to “tylko” 200 metrów, ale siedziałam nad tym  dwa dni.  czesankę farbowałam sama, z duszą na ramieniu – sfilcuje się czy nie?  bo jak wiecie do filcowania to ja mam  wyjątkowy talent (pamiętacie jak skończyło nieszczęsne Listowie?)
dokręcę jeszcze trochę  i będą skarpetki do spania… bo kiedy normalni ludzie  rozbierają się do snu, to ja się ubieram:)
pozdrawiam
i skończyło się użalanie nad sobą; trzeba było wstać , pojechać do szkoły, na pocztę, do sklepu… trzeba ogarnąć  domowy  rozgardiasz i już!  nie ma nad czym rozmyślać. i dobrze, bo stopień ogólnego rozmemłania  własnego zaczął  być  męczący nawet dla mnie.
ale:
ponieważ  nie jestem jeszcze w szczytowej formie, no i żeby nie wywiało mi z głowy tego i owego, to… czapkę sobie zrobiłam!
najpierw spodobał mi się beret  Porom, potem  pomyślałam ,ze  fajnie byłoby , gdyby miał szerszy ściągacz. już już nabierałam oczka na druty, kiedy  na Ravelry pognało mnie parę stron dalej: każdy wie, że  ciężko tak po prostu odejść  od komputera, kiedy przegląda się tę kopalnię wzorów. i co?  znalazłam  ten wzór: intuitive, gdzie  wszystko było tak, jak  zamierzałam dziergać. no to  co się będę męczyć skoro wzór  jest już gotowy?  zabrałam się do pracy, na pełnym luzie, bo  w opisie pojawiło się sformułowanie, że “ jeden  wieczór dziergania i czapka gotowa”
no to dziergam: “Indiana Jones” mija , a ja  jestem z robotą w lesie, potem minęło  jeszcze dwa odcinki “  Biura”, a  u mnie nic!  jeszcze nieskończone. w niedzielę   dorzuciłam jeszcze do tego (o wstydzie!) “dumę i uprzedzenie”  dopiero  przy tym nastąpił szczęśliwy finał. dlatego pytam:  czy ktoś wie , ile to  jest tak naprawdę “ jeden filmowy wieczór”?  czy  jestem żółwio-podobna? czy raczej przeciętnie dziergająca?  nie zrozumcie mnie źle , nie mam kompleksów, przecież nie chodzi o to , żeby robić na czas.. ale ciekawa trochę jestem, nie będę ukrywać…bo mnie się wydaje, że jednak robię  powoli:)
no dobra, teraz z “ uśmiechem nie-zębistym” , co jest trudne , kiedy człowiek sobie przypomni  to sformułowanie,  prezentuję:

merino urugwajskie 190 merino urugwajskie 137
  merino urugwajskie 127 

chciałam  zrobić także zdjęcia z boku, ale  kiedy ręka zaczęła mi dziwnie trzeszczeć, dałam sobie spokój. jednak ciężko jest zrobić  sobie samemu zdjęcie czapki na głowie. a   Lola   nie pomogła tym razem, bo  swoją głowę straciła  chyba jeszcze w fabryce:)
na  czapkę zużyłam 1,5 motka ideala. ściągacz robiłam na  drutach nr 3, resztę na 3,5
pozdrawiam
… z tego bloga…  
niby coś się pokazuje od czasu do czasu, ale jakieś to takie nijakie, bezbarwne... żeby to chociaż napisane porządnie było… żeby ta kobita jakąś osobowość miała…  a tak?  nudy.. “ aż się chce wyjść z kina”
nie jest dobrze, drogie Panie, oj  nie…
dorzućcie  sobie do tego  przemyślenia o samotności w  tłumie, niezrozumieniu przez świat i na odwrót: niezrozumieniu świata…
czyli:  Martusia się przeziębiła. nie na tyle poważnie, żeby leżeć i dogorywać, ale  w sam raz na tyle, żeby do łez doprowadzała myśl o tym ,że terapeutyczny rosołek  musi być ugotowany własnoręcznie ( a nie przez np. krasnoludki, dobre wróżki  byłyby też akceptowalne), że  przysłowiowa szklanka herbaty  sama do człowieka nie przyjdzie, a  zdolności do telekinezy są w tym przypadku zerowe. okropieństwo.
jeśli się szybko nie wyleczę, to sama ze sobą nie wytrzymam! 
i na dokładkę jakimś paskudztwem “wszechstronnym działaniu’ się  nafaszerowałam i oczy same mi się zamykają, a  głowa  się kiwa, jak kurze  na grzędzie! niby nic , ale  to czyni robótki na drutach  hobby potencjalnie niebezpiecznym dla życia;) czyli  na tym polu wiele nie zdziałałam.
widać tak być musi…
natomiast z wielką przyjemnością  i z  pewnym zaskoczeniem  odrabiam  ćwiczenia z  przędzenia. rozłożyłam się przy kaloryferze, w wełnianych skarpetach i  okryta kocem  - wyglądam trochę jak pancernik. ale  tutaj  raczej   nie wbiję sobie  niczego w oko, kiedy  niepostrzeżenie przysnę;) a zresztą, o czym tu mówić: jestem na takim etapie, kiedy nie ma takiej siły, która mogłaby  utrzymać mnie z dala od kołowrotka.  tym bardziej, że zaczęło robić się całkiem przyjemnie: nie mam jeszcze rozterek, ze  mało umiem, ze może nie wychodzi  mistrzowsko.. na razie cieszę się ,ze nić  nie rwie się tak często!
wymyśliłam sobie, że  pobawię się  “na róziowo” , bo  ten kolor podobno na człowieka dobrze wpływa, różowe okulary i te sprawy… 
i jak różowy obłoczek objawił się   mój pierwszy motek wełny, który ma szanse nie trafić do kosza: to  czesanka merino – mieszanka  kolorów “Whisper”

merino urugwajskie 111


idealnie nie jest, ale  jakoś mnie to nie dobija, zajmuję się się tym niezbyt długo, muszę  jeszcze  swoje odcierpieć:) i poskręcać:)
teraz dla równowagi  będę musiała zabrać się  za jakieś brązy, czy co…
pozdrawiam
ale i tak ich widok  mnie wzrusza…


pażdziernik 060
pażdziernik 064

bo   to ja je zrobiłam:)
paskudne są jak trzeba,  nawet nie udają, że nadają się do czegokolwiek…   a to poskręcane zbyt mocno, a za chwilę zbyt luźno…
na razie jestem  jak   potencjalny kierowca na  pierwszej lekcji  nauki jazdy: cieszę się ,że to w ogóle jedzie!
i nie zrażam się  niepowodzeniami, bo  mówią, że trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, żeby  wyszło coś porządnego
nadzieja więc jest! i to mnie cieszy:)))
pozdrawiam
wydech…
i jeszcze raz: wdech, wydech…

zaczynamy:
zapraszam do swojej Zagrody

i już nic nie dam rady napisać, bo   nerwowość jakaś mnie naszła i trema. ręce mi dygoczą uniemożliwiając  pisanie czegokolwiek. nawet na drutach dzisiaj nie robiłam!

pozdrawiam
życzcie mi szczęścia:)
…jesieni, taki  piękny… nie mogłam nie zrobić zdjęcia  tej dwójce:)

jesień 010 267


zabawa światłem i cieniem

jesień 010 247

jesień 010 249

 
a to  prawdziwa bohaterka dziejszego dnia:

jesień 010 251 
jesień 010 262


chusta  z wełny, którą dostałam od Laury: to prawdziwy hand-made, ona skręciła, ja  wydziergałam, a serca włożone w tę robótkę są  aż dwa:)

pozdrawiam serdecznie
udało się! skończyłam swój pierwszy męski sweter.  trochę się z nim bawiłam, bo  miał być piękny ponad wszelkie wyobrażenie;) bo miał być prezentem urodzinowym.
należało się więc porządnie przyłożyć.  tak  bardzo się przykładałam, że urodziny minęły ( nawiasem mówiąc, już lada chwila będą następne), a  swetra jak nie było, tak nie  było.   w końcu nadszedł taki dzień, kiedy zrobiło mi  się wstyd tak bardzo, że  wyciągnęłam truchło z szafki, usiadłam i skończyłam.
wczoraj  wieczorem sweter trafił do właściciela  i z tego ,co wiem ,ma dzisiaj swoją premierę: wyjście do pracy. ciekawe , jak minie mu pierwszy dzień?

jesień 010 051
 jesień 010 053
 


pocieszam się,że początki zawsze bywają trudne i że następny wytwór męski nie będzie musiał czekać tak długo, żeby ujrzeć światło dzienne:)
pomysł na sweter  został podejrzany tutaj.  dziergałam  na podstawie zdjęć z  wełny Cascade ecological wool. zużyłam 3 motki… ale 250 gramowe:) powiem szczerze, że miałam problem z doborem włoczki : próbek zrobiłam  tyle, ze    wystarczyło  na kołderki  dla wszystkich laleczek poly pocket, jakie tylko były w domu. pasowałaby mi tu też alpina  - ma odpowiednią grubość, ale obawiam się, że   sweter nie wytrzymałby długo ( tak ja było w przypadku mojej ukochanej Sylvi)… a skoro sweter był taki wyczekany, to   niech chociaż  trochę posłuży:)

żałuję tylko, że  na zdjęciach  nie widać wyraźnie wzoru.. ale zdjęcia były robione późnym wieczorem, w mieszkaniu, po długim  proszeniu modela o pozowanie:) innych więc nie będzie:)

pozdrawiam

Rene nakłoniła mnie do zwierzeń  na temat ulubionych rzeczy: mam  wymienić tylko dziesięć, więc  trzeba było porządnie pomyśleć i przeprowadzić ostrą selekcję.
zaczynamy z tym lubieniem, zakładam, że chodzi o “dyskretny urok drobiazgów” , jak z filmu o Amelii,

1. najbardziej na świecie lubię zapach kawy o poranku.
takiej z ekspresu, albo z tygielka, mocnej,esencjonalnej, cudownie aromatycznej… z mlekiem:) a jeśli jeszcze zdarzy się,że   pijąc tę poranną kawę  jestem w lesie albo nad jeziorem, to już  blisko mam do Nieba:)
2. zaraz po kawie -  zapach Świąt – nieważne w jakim wymiarze się je przeżywa – zapach jest zawsze magiczny: pomarańcze, piernik , choinka…  do ideału brakuje jeszcze nuty pasty  do  parkietów
3. lubię zawinąć się  w puchaty kocyk  po sam czubek nosa ,usiąść przy kominku, poczytać, posłuchać muzyki, podziergać
4. lubię  ten moment, kiedy wieczorem mogę sobie powiedzieć, że  dobrze się dzisiaj  spisałam, ze zrobiłam wszystko, co sobie zaplanowałam
5. pieczenie ciasta przyprawia mnie  o dreszcze ekscytacji jak  niejeden kryminał: wyrośnie, nie wyrośnie?  lubię moment, kiedy  zaglądam przez szybkę i już wiem, że wszystko będzie dobrze:)
6. lubię wełnę: wróć – mam bzika na jej punkcie.  czasem łapię się na tym ,ze traktuję  ją jak kolejny okaz kolekcjonerski…  lubię to, że kiedy jest jeszcze motkiem, jest  multipotencjalna – może być praktycznie wszystkim, a ja nadam jej ostateczny kształt (oby dorównał  wyobrażeniom:))
7. lubię wstać bardzo rano i  pobyć  chociaż przez pół godziny sama ze sobą
8. lubię zapach ziemi, zwłaszcza wiosną, kiedy mogę się już w niej  grzebać
9. lubię  chodzić rano na targ warzywny, zwłaszcza  wczesną jesienią, kiedy   bogactwo kolorów, form i zapachów osiąga  maksimum
10.lubię zagajniki brzozowe, brzozy pojedynczo, lubię je zawsze  i wszędzie

nie wskazuję kolejnych osób ,bo jak znam życie, wszyscy wzięli już udział. w tej zabawie  na jakiś czas wypadłam “z obiegu”.   Moja Karolinka pomaszerowała do szkoły, Alunia do przedszkola: zmiany na całego. i chociaż mam teraz  więcej  czasu w ciągu dnia, to jeszcze  to do mnie nie dotarło, nie  mogę znależ sobie miejsca. no i oczywiście ,przeżywam… od razu przypomniał mi się dzień, kiedy wróciłam ze szpitala z moją malutką córeczką i jak   osioł ostatni, albo  wołek na miedzy ryczałam ,że “za chwilę pójdzie do szkoły, potem  się wyprowadzi.. i już” no to poszła, nawet chętnie. i odkryła uzależniającą  moc lizaków ze sklepiku szkolnego:)

a z powodu klęski urodzaju w postaci  dzikich  ilości grzybów, w całej okolicy nie ma octu, ba , nie  było go też w Almie i w pobliskim supermarkecie. farbowanie  chwilowo zawieszone, mam nadzieję, że  na niezbyt długi czas.

pozdrawiam
dziękuję  Wam za ocenę  moich farbowańców:) bo człowiekowi czasem trudno być obiektywnym w stosunku do swoich własnych wytworów, zwłaszcza jeśli  w ciężki zachwyt  wprawia sam fakt, ze przędza zmieniła kolor w ogóle, nie  nabierając  w tym procesie   giętkości i miękkości drutu ogrodzeniowego;)
na temat samego procesu farbowania można znaleźć wiele filmików na you tube,  a także na blogach znakomitych  koleżanek, o których wspominałam w poprzednim poście.

opowiem Wam , jak ja to robię:
lubię, kiedy kolory wzajemnie się przenikają, uzupełniają, dopełniają… lubię  kiedy występuję jedna barwa o różnych natężeniach np. od  jasno – niebieskiej  prawie do granatu.
nie potrafię dokładnie wskazać źródła, które mnie zainspirowało do farbowania “jednogarnkowego”, bo sporo się tego wszystkiego naoglądałam ,naczytałam.  ostatecznie natchnęlo mnie chyba  wspomnienie z ćwiczeń biochemii, kiedy robiliśmy  elektroforezę. był tam takie etap, kiedy trzeba było dodać   medium, nośnika,  na którym cząsteczki białek  wędrują sobie w najlepsze: kiedy  doda się zbyt dużo medium  białka wędrują szeroką smugą, ślad jest mocno rozmyty . jeśli zaś  damy zbyt mało medium, białko nawet nie raczy ruszyć z miejsca, albo robi to baaardzo opornie . pomyślałam, że podobna sytuacja ma miejsce podczas barwienia w garze: jeśli barwnik rozpuścimy w dużej ilości wody, będzie migrował wszędzie, gdzie ma ochotę i zabarwi wszystko w miarę równomiernie.  jeśli damy zbyt mało wody: wyjdą na m wyraźne ciapy. cała sztuka polega więc na dobraniu odpowiedniej ilości wody w  garze

 
spójrzcie na zdjęcie: drugie od lewej turkusy zostały zabarwione  w zbyt małej ilości wody i widać,że barwnik słabo migrował i mamy plamy koloru, zamiast  łagodnych przejść :  jak dla mnie   - do przefarbowania.  kolory jesieni -  tu było więcej wody i mamy łagodne przejścia pomiędzy poszczególnymi kolorami
po tej podbudowie teoretycznej, czas na konkret:
do farbowania używam szerokiego rondla albo gara, takiego, żeby buchta  wełny  rozłożyła się  w miarę płasko, bez  spiętrzania się

sierpień 010 322

namoczoną uprzednio buchtę wkładam do   gara z roztworem barwnika : to co wystaję,  przyciskam trochę łyżka, żeby złapało kolor, troszkę “gmyram, żeby barwnik dotał wszędzie.  po skończeniu “gmyrania” rzeczy mają się  tak: co wystaje to wystaje, co  się moczy, to się moczy ale wszystko swój kolorek ma.  na koniec to, co wystaje, zabarwi się słabiej
gotuję  na wolnym ogniu jakieś pół godzinki, czterdzieści minut. w  międzyczasie  woda odparowuje troszkę.
przygotowuje roztwór barwnika “dopełniającego” i  ciurkam go na środek ,albo przy ściankach gara, albo tu i tu.  
 
sierpień 010 327

na zdjęciu widoczna jest ciemniejsza smuga  przy ściance gara – to jest właśnie dodany barwnik.
znowu gotuję  - przynajmniej 40 minut – kiedy barwnik się wchłonie, woda robi się przejrzysta. w międzyczasie można obserwować, jak barwnik  rozprzestrzenia się, już nie tworzy  wyrażnej smugi, przypomina raczej cień
wyłączam gaz i pozostawiam wełnę do ostygnięcia i już. potem płuczę  i oglądam , co też udało mi się wymodzić:)  ten etap niezmiennie mnie ekscytuje:)
i cwiczę, ćwieczę, ćwiczę… raz coś wyjdzie fajnie,  innym razem beznadziejnie…wychodzę z założenia, że “ nie od razu Rzym zbudowano” i już:) bez napinki:)

 
technicznie:
barwiona wełna to odnaleziona po Babci  Alicji   przęda owcza średnio-gryząca  podhalańska.   partia z poprzedniego wpisu to było “moje” urugwajskie  merino  tzw. undyed . teraz zamierzam zrobić zakupy tutaj

tym razem  użyłam barwników Kakadu do wełny,  w następnej kolejności przetestuję Kakadu uniwersalne

moja metoda może zawierać błędy,  może ktoś robi to lepiej,prościej- zawsze mogę się mylić ,albo kombinować jak koń pod górkę :)

a teraz, na zakończenie – wytwór z Wiśni z kropelką czerni

sierpień 010 346
 
jak widać nie do końca Wiśniowa wyszła…

sierpień 010 345

ale mnie się podoba… wzór to  Shetland Triangle, druty 4,5 . zużyłam jeden motek  merino  100 purewool, pierwotnie, undyed
na wstępie pragnę podziękować za liczne komentarze z miłymi słowami  pod adresem Atramencika.  jest mi naprawdę miło, kiedy skrobniecie parę słów:) jeszcze raz bardzo pięknie dziękuję!
tak  jak słusznie  zauważyłyście, walczę z krągłościami… a w garach mieszać coś   trzeba, bo przez tyle lat  człowiek nawyk w sobie wyrobił, zaczęłam więc bawić  się  w gotowanie “dziwnych makaronów”

sierpień 010 244
 nazwa  wzięła się stąd, że   jakoś tak w długi weekend czerwcowy byliśmy na Mazurach razem   ze Szwagierką  i Starającym się (o jej względy, oczywiście). a, ze  dzięń wcześniej dostałam   swój pierwszy barwnik do  wełny, nie było nawet mowy, żeby  nie wziąc go ze sobą. mogłam zapomnieć  wielu rzeczy, ale gar do farbowania, drewniana łyżka, wełna i barwnik  zostały zapakowane z należytą atencją.   na miejscu  zaczęło się  farbowanie… nieśmiało,  próbnie. wszystko na fioletowo – jak leci, bo barwnik kupiłam tylko jeden.  i tak stał sobie gar z fioletową wodą i wełenką, jak  należy…  w tym czasie Starający się wpadł do kuchni i zaczął myszkować po garach. kiedy dotarł do  mojego, ucieszył się, że zupa jagodowa będzie i  przymierzał się do próby jakości… co dalej było nie wiem dokładnie – w każdym razie wybiegł na taras z pytaniem ,czy  na pewno te dziwne makarony to na obiad się nadają:))

trochę jednak znudziło mi się farbowanie wszystkiego na fioletowo, zwłaszcza kiedy  człowiek poogląda sobie   jak farbuje  FanaberiaKocurek, Laura, Cu@5 i Pimposhka. od razu ręce latają,  karta  płatnicza  cichutko jęczy  z przerażenia, a tzw stary robi się zielony, bo “co ty znowu wymyśliłaś, kobieto!”   no co ja poradzę, że ta wełna to się do mnie tak czepia i czepia?  walka z wewnętrzną naturą jest z góry skazana na porażkę;)
a, ze właśnie u Pimposhki pochwaliłam się, że  listonosz doniósł wełnę i farbki – więc do dzieła! to mój dotychczasowy urobek – jest jeszcze  turkusik, ale nie zdążył wyschnąć
sierpień 010 283
 
sierpień 010 295 farbowanie jednym kolorem farbki,   różne stężenia  barwnika

sierpień 010 302
tutaj popiel z kropelką czerni i  wrzosowymi refleksami

sierpień 010 310
oliwka połączona z popielem

sierpień 010 312
niebieski w odcieniach

sierpień 010 315
czerwień, wiśnia i kropelka czerni


farbowałam zupełnie intuicyjnie, podpierając się tym, co zobaczyłam u Dziewczyn i na  You tube.  farbowanie w  garze, używałam barwników w saszetkach z motylkiem, kupionych na allegro, pomyślałam ,że do nauki  mogą być bo są  stosunkowo tanie.
może być  na początek?
matko jedyna,  już myślałam ,że  nie napiszę tego posta.  podejść miałam sporo, za każdym razem  tkwiło we mnie silne postanowienie, że usiądę i napiszę-  myślę ;  w szkole pisać nauczyli, więc  to nie jest takie   znowu trudne.  i za każdym razem  coś się działo, a to telefon zadzwonił,  a to w garach zbyt mocno bulgotało, a to   dzieciaczki   czegoś chciały… a kiedy było już względnie spokojnie, pies  ukradł kocie saszetki i rozpracowywał je na trawniku, tym samym tworząc coś na kształt małego wysypiska śmieci.. tak więc od tego pisania to… nogi mnie bolą!
i teraz bez zbędnych ceregieli, bo nie wiadomo, co może wydarzyć się za chwilę (co za wariacki dzień!), przedstawiam Atramencika:

sierpień 010 190 sierpień 010 243
sierpień 010 222
sierpień 010 122


wzór pochodzi z czasopisma Rebecca nr 29, wydziergałam   go z włoczki Pima Silk (85/15 bawełna/jedwab)  na drutach  3,5. zużyłam 7 całych motków i   mały kawałeczek ósmego

pozdrawiam
wróciłam.
w tym roku miałam nadzieję na  bycie światową damą , korzystającą  ze zdobyczy nowoczesnej techniki i co za tym idzie, na bieżące   podczytywanie blogów i sprawdzanie poczty. skorzystałam zatem z promocji pewnego operatora  na “O” i podpisałam  umowę na mobilny internet.
i co? 
umowa podpisana 30  czerwca, a  internetu jak nie było, tak nie ma… nie  warto już wspominać ile godzin (naprawdę: godzin) spędziłam przy telefonie  w nadziei na rozwiązanie  problemu…   jeszcze  mi gula  rośnie na samo wspomnienie …  ale i w tym szaleństwie były wesołe chwile: muszę  tu wspomnieć o  nietypowej rozmowie na infolinii:  dodzwoniłam się do  Pewnego  Miłego Pana.   Klaruję mu  więc swoją sprawę, opowiadam jak jestem rozczarowana, jak zgnębiona i bezsilna… i co usłyszałam?  “proszę się nie  martwić, ja pani pomogę – proszę mi zaufać”. słabo?  a  do tego wszystkiego miał tak piękny głos… radiowy, przez chwilę miałam nawet nadzieję ze rzeczywiście nastał kres moich kłopotów:)   niestety , nie pomógł, bo sprawa przekroczyła jego kompetencje. szkoda. zamiast “business everywere” miałam  “trouble everyday'”
tak więc po powrocie zastałam  masę  zaległej korespondencji, odpowiadam na bieżąco, ale może zdarzyć się, że  w tym natłoku coś przeoczę za co z góry  i publicznie przepraszam:)   czekało też sporo  ciepłych komentarzy  do chusty: serdecznie za nie dziękuję:) miód na serce:)
z  wyjazdu przywiozłam za sobą  prawie skończony Cropped sweater. brakowało mi  jednego rękawka. pracowicie go sobie wydziergałam  i teraz oba schną sobie, jakby chciały , a nie mogły.  na razie więc  pokazuję   zdjęcia “techniczne”, bo   szyć chwilowo nie mogę
 
lipiec 010 199
lipiec 010 188

skromniutki ten przodek, czyż nie?
pomyślałam sobie, ze ten  sweterek  będzie dobrą  rozgrzewka przed jesiennym Vogue, gdzie jest  kardigan wydziergany takim samym wzorem:

vk0048
nawiasem mówiąc,  mam już upatrzonych kilka modeli z tego numeru, ale  o tym innym razem:)


a Blithe na razie sobie czeka…  z tym jednym rękawkiem  wygląda jak Nike.  jeśli ją skończę  to będzie prawdziwe zwycięstwo  ducha nad leniem.

pozdrawiam
tak, jak mówiłam wcześniej: psuj czyha…
…lecz  nie może być tak,  że  zostanę całkowicie  pozbawiona dziergania.   odkąd połknęłam bakcyla robienia na drutach, nie wyobrażam sobie wieczoru bez swojej dłubaninki. a że czas  jest niesprzyjający,    zajęłam się tzw. projektem rekreacyjnym.    taki projekt musi spełniać  kilka warunków, a mianowicie: nie może być zanadto absorbujący,   ma być efektowny (w miarę możliwości) i  do wykonania w stosunkowo krótkim czasie. ot, taki szybki  budowniczy dobrego nastroju i  oręż do przerwania złej passy.  każdy potrzebuje czegoś takiego od czasu do czasu:) mój  wybór padł na  chustę, bo nie trzeba nic  zszywać,  a do schowania są dwie niteczki….czysta przyjemność:)
na pohybel psujowi!!!!

lipiec 010 135

lipiec 010 141


włoczka to Kauni Lace , przytargana z  ostatniego Szarotkowa:)  
pomyślałam sobie, że  przy tak  barwnej, wyrazistej włóczce najlepiej sprawdzi się  prosty wzór…  i   wymyśłiłam sobie że wzór  inspirowany  Lavalette to będzie to!    dopasowałam go do swoich potrzeb i  oto jest – chyba mogę go uznać za swój?    chyba różni się wystarczająco?  mniejsza z tym, grunt ,że  efekt końcowy mogę uznać za zadowalający
zużyłam  mniej więcej 100 gramów włoczki, przerabiałam na drutach  3,5.
pozdrawiam
czas spojrzeć prawdzie w oczy:  psuj się do mnie przypałętał…  najwredniejszy z wrednych,  diabelec jeden!  
ostatnio popsuł mi rękawki w Blithe,   w ogóle chyba bardzo lubi bawić się z tymi częściami robótki, bo  zamotał też przy rękawach od  Urbana i koniec końców są zbyt długie.  
święty by tego nie wytrzymał. a co dopiero ja…  rzuciłam  więc wszystkie zwłoki do szafki . myślę:  trzeba zająć się  czymś innym.  może miło będzie  pobawić się troszkę w  decu…. i tak zrobiłam; jednak  i to zajęcie wymaga  spokoju wewnętrznego :  przy czwartym  podejściu do perfekcyjnego naklejenia motywu dałam sobie  spokój. widać  psuj jedzie po całości.  
wywiesiłam  wiec białą flagę,  co się będę nerwicy nabawiać . jeśli  ktoś zna  dyplomowaną czarownicę to   proszę  o namiar:) w zamian za wikt i opierunek niech mi psuja przegoni:) chociaż , nie, z wiktem trzeba uważać,  bo jak znam życie,  to “śmierć będzie  w sałatce”
a na dokładkę kilka dni temu  kilka dni temu dostałam prezent od Laury – i tu dopiero pojawił się dylemat: bo  prezent nie byle jaki:  motek cieniutkiej  przędzy ,  ręcznie  skręconej przez Laurę. nawet nie chcę myśleć ile odcisków na   szlachetnej niewymownej  kosztowało  jej wykonanie…  ręcę świerzbią do  dziergania, ale psuj czyha, gadzina jedna.  na razie, wykazując daleko idącą ostrożność,  znalazłam inne( niż dotychczas znane),  zastosowanie dla tego moteczka. 
bo  gdybym miała go zepsuć… uuuuuaaaaa… wolę nie myśleć co  mogłoby się stać:) armagedon to przy tym pikuś! no chyba ,że  prewencyjnie   zostałabym umieszczona   na bezludnej wyspie, a  gdyby były trudności ze  znalezieniem tejże, to w grę wchodziłby również Księżyc (chociaż nie , to zbyt blisko).
a oto nowe zastosowanie   handspunów:) ładnie?

lipiec 010 092
lipiec 010 103

czy  rozumiecie moje rozterki?
dawać mi tę czarownicę, bo nie zdzierżę!!!!!

Blog Archive

Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy