uda mi się pokazać coś wydzierganego… tym razem będzie to  kolejna  wersja Przytulnej, zwanej też  Końska Derką, czyli Echo Flower Shawl
 
maj 171
maj 175
maj 192



czyż nie jest stworzona do  błogiego lenistwa w ogrodzie?
dziergałam z Kashmiru w kolorze ecru (druty nr 4),  i przy tej okazji nadziwić się nie mogłam, jak duże różnice bywają pomiędzy rożnymi kolorami tej samej włoczki.  ecru jest o wiele bardziej delikatny niż  beżowy, zielony, czy też czarny. ha, jest nawet przyjemny w dotyku.

pozdrawiam
po pierwsze i najważniejsze: dziękuję bardzo  za Wasze komentarze i słowa życzliwości   i poparcia dla mojego  nowego przedsięwzięcia.  szczerze:)    gdyby na świecie było więcej tak życzliwych osób jak Wy, żyłoby się sto  razy lepiej i łatwiej:)
trochę rzadziej piszę, bo  zajęta jestem; uczę się
zajmuję się    zgłębianiem  podstaw księgowości oraz   przepisów wszelkiej maści. nie jest to  takie proste i oczywiste, trzeba  przestroić  mózg na częstotliwości używane przez  urzędników państwowych. może to i nie jest takie głupie, ale  tyle tego jest…
dodatkowo, podejrzewam, że  te fragmenty mózgu, który odpowiadają  u mnie    za myślenie o “technicznych”  aspektach  prowadzenia działalności   , już dawno  porosły mchem. i  teraz nic tam nie chce nawet zaiskrzyć – żaden , nawet najmniejszy impulsik nerwowy nie dociera, ani nie wychodzi – ruch został wstrzymany raz a dobrze  . muszę przekopywać się  z kilofem, żeby doprowadzić je do stanu użyteczności. o matko! a może ja  mało  inteligentna jestem…
szykuję sobie także tzw Norę = kanciapę, gdzie będę  sobie  w spokoju (mam nadzieję)   pracować.  (ho, ho , jak to poważnie brzmi:)  na razie jestem na etapie  odgruzowania szafek.  przy okazji  wpadły mi w ręce  stare zdjęcia. jak się więc domyślacie, całą robotę  na pewien czas   szlag trafił…  ale zahipnotyzowało mnie to, co znalazłam….bo ze zdjęć łypało na mnie Blond   Zjawisko;) tak,  też miałam taki etap w życiu:) za parę lat będę mówiła  pewnie o  Wrednej Rudej:))) no nie mogłam się powstrzymać przed  pokazaniem tych zdjęć, to pewnie przez ten deszcz  taka  rozlazłość mnie dopadła:) no i ten piesio taki słodziutki! teraz  bezczelnie  rozpycha się w łóżku, ale wtedy był  taki uroczy; do schrupania
swoją droga: czy na Górze to  słyszeli, że nie chcemy już deszczu?

maj 001
maj 002
podsumowując: organizuję sobie wszystko od nowa, myślę, jak racjonalnie wykorzystywać czas, bezczelnie zrzucam  część obowiązków domowych na  Czcigodnego. dopiero teraz do mnie dociera , ze przecież  “ja też pracuję”.
pozdrawiam
Laura  powiedziała kiedyś, że  nie mogę dość do ładu ze swoim żywotem, bo on nawet na chwilę nie przysiada w jednym miejscu. nie ma więc możliwości, żeby go złapać, wytargać za uszy, wyjaśnić w krótkich żołnierskich słowach, jak się sprawy mają… a potem do pionu zarazę ustawić.
przez  pięć lat  czyhałam na moment, kiedy ten piekielnik chociaż na chwilę  przestanie kombinować na prawo i lewo, i będę go mogła  przydusić werbalnie (i niewerbalnie też, ale to w ostateczności).   nakładłam mu do głowy mniej więcej w ten deseń: weź się żywocie jeden  w garść, zacznij coś robić w życiu, bo tak siedzisz i siedzisz , a lata lecą… a ponieważ zamierzam jeszcze całkiem długo pożyć, to z czego będę żyła na starość?  a jeśli mi Małżonek w wieku średnim zgłupieje na amen  i sobie mnie wymieni na nowszy model (nie takie rzeczy się zdarzają przecież), to co zrobię? z czym zostanę?  a poza tym trzeba coś robić w życiu, mieć satysfakcję z wykonywanej pracy no i trochę za stara jestem,  żeby  dostawać kieszonkowe. chcę znowu mieć poczucie, że potrafię dojść do czegoś sama, że coś umiem, że  praca daje mi satysfakcję. a jeśli jeszcze zarobię przy tym trochę  pieniędzy, tym lepiej…  
przy okazji rozpoczęcia  akcji “mierzenia się”  postanowiłam, że to mierzenie się  będzie przebiegało wielopłaszczyznowo. że nie chodzi  tylko o  wymierne efekty w postaci utraty masy, lecz o mierzenie się z  własnym   lenistwem,  poczuciem  miałkości wszystkiego dookoła – o powrót  “ na powierzchnię”
zrobiłam więc krok dalej:  teraz już oficjalnie pracuję na własny rachunek. męki podejmowania decyzji mam już za sobą… teraz  stoi przede mną inne zadanie -  zarobić  pieniądze przynajmniej na zusy, smusy i inne podatki
dlaczego o tym piszę tak rozwlekle?  po pierwsze: jestem baaaardzo przejęta , a drugie mówi samo za siebie: urugwajskie lace merino:)  to jest  moje zajęcie:   dzielenie się radością  pracy z   piękna wełną.

merino 2 akcja



czyż nie są cudne? mogłabym patrzeć na nie godzinami.  przebyły taką daleką drogę…   uprzędzione  gdzieś na urugwajskiej wsi, zdaje się, ze jeszcze  wibrują tamtejszym powietrzem….a teraz są  u mnie…  aż korci mnie, żeby przerobić je wszystkie na szale i chusty, ale  Radek co chwilę krzyczy: “pamiętaj, ze  dealer sam nie bierze!” ale jak tu nie brać?
jeśli macie  przemożną chęć  dorwania  go w łapki, zaglądajcie  do Laury, która  użycza mi swojego  sklepu, żeby  całe przedsięwzięcie przebiegało sprawnie i  klarownie
ależ prywatę odstawiłam!   ale to merino takie cudne jest… poznajcie je, poznajcie inny wymiar dziergania:)  zakochacie się.
a to dopiero początek… trzymajcie kciuki, żeby chociaż na te opłaty  dla  urzędów wszelakich zarobić:)
pozdrawiam
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy