wróciłam.
w tym roku miałam nadzieję na  bycie światową damą , korzystającą  ze zdobyczy nowoczesnej techniki i co za tym idzie, na bieżące   podczytywanie blogów i sprawdzanie poczty. skorzystałam zatem z promocji pewnego operatora  na “O” i podpisałam  umowę na mobilny internet.
i co? 
umowa podpisana 30  czerwca, a  internetu jak nie było, tak nie ma… nie  warto już wspominać ile godzin (naprawdę: godzin) spędziłam przy telefonie  w nadziei na rozwiązanie  problemu…   jeszcze  mi gula  rośnie na samo wspomnienie …  ale i w tym szaleństwie były wesołe chwile: muszę  tu wspomnieć o  nietypowej rozmowie na infolinii:  dodzwoniłam się do  Pewnego  Miłego Pana.   Klaruję mu  więc swoją sprawę, opowiadam jak jestem rozczarowana, jak zgnębiona i bezsilna… i co usłyszałam?  “proszę się nie  martwić, ja pani pomogę – proszę mi zaufać”. słabo?  a  do tego wszystkiego miał tak piękny głos… radiowy, przez chwilę miałam nawet nadzieję ze rzeczywiście nastał kres moich kłopotów:)   niestety , nie pomógł, bo sprawa przekroczyła jego kompetencje. szkoda. zamiast “business everywere” miałam  “trouble everyday'”
tak więc po powrocie zastałam  masę  zaległej korespondencji, odpowiadam na bieżąco, ale może zdarzyć się, że  w tym natłoku coś przeoczę za co z góry  i publicznie przepraszam:)   czekało też sporo  ciepłych komentarzy  do chusty: serdecznie za nie dziękuję:) miód na serce:)
z  wyjazdu przywiozłam za sobą  prawie skończony Cropped sweater. brakowało mi  jednego rękawka. pracowicie go sobie wydziergałam  i teraz oba schną sobie, jakby chciały , a nie mogły.  na razie więc  pokazuję   zdjęcia “techniczne”, bo   szyć chwilowo nie mogę
 
lipiec 010 199
lipiec 010 188

skromniutki ten przodek, czyż nie?
pomyślałam sobie, ze ten  sweterek  będzie dobrą  rozgrzewka przed jesiennym Vogue, gdzie jest  kardigan wydziergany takim samym wzorem:

vk0048
nawiasem mówiąc,  mam już upatrzonych kilka modeli z tego numeru, ale  o tym innym razem:)


a Blithe na razie sobie czeka…  z tym jednym rękawkiem  wygląda jak Nike.  jeśli ją skończę  to będzie prawdziwe zwycięstwo  ducha nad leniem.

pozdrawiam
tak, jak mówiłam wcześniej: psuj czyha…
…lecz  nie może być tak,  że  zostanę całkowicie  pozbawiona dziergania.   odkąd połknęłam bakcyla robienia na drutach, nie wyobrażam sobie wieczoru bez swojej dłubaninki. a że czas  jest niesprzyjający,    zajęłam się tzw. projektem rekreacyjnym.    taki projekt musi spełniać  kilka warunków, a mianowicie: nie może być zanadto absorbujący,   ma być efektowny (w miarę możliwości) i  do wykonania w stosunkowo krótkim czasie. ot, taki szybki  budowniczy dobrego nastroju i  oręż do przerwania złej passy.  każdy potrzebuje czegoś takiego od czasu do czasu:) mój  wybór padł na  chustę, bo nie trzeba nic  zszywać,  a do schowania są dwie niteczki….czysta przyjemność:)
na pohybel psujowi!!!!

lipiec 010 135

lipiec 010 141


włoczka to Kauni Lace , przytargana z  ostatniego Szarotkowa:)  
pomyślałam sobie, że  przy tak  barwnej, wyrazistej włóczce najlepiej sprawdzi się  prosty wzór…  i   wymyśłiłam sobie że wzór  inspirowany  Lavalette to będzie to!    dopasowałam go do swoich potrzeb i  oto jest – chyba mogę go uznać za swój?    chyba różni się wystarczająco?  mniejsza z tym, grunt ,że  efekt końcowy mogę uznać za zadowalający
zużyłam  mniej więcej 100 gramów włoczki, przerabiałam na drutach  3,5.
pozdrawiam
czas spojrzeć prawdzie w oczy:  psuj się do mnie przypałętał…  najwredniejszy z wrednych,  diabelec jeden!  
ostatnio popsuł mi rękawki w Blithe,   w ogóle chyba bardzo lubi bawić się z tymi częściami robótki, bo  zamotał też przy rękawach od  Urbana i koniec końców są zbyt długie.  
święty by tego nie wytrzymał. a co dopiero ja…  rzuciłam  więc wszystkie zwłoki do szafki . myślę:  trzeba zająć się  czymś innym.  może miło będzie  pobawić się troszkę w  decu…. i tak zrobiłam; jednak  i to zajęcie wymaga  spokoju wewnętrznego :  przy czwartym  podejściu do perfekcyjnego naklejenia motywu dałam sobie  spokój. widać  psuj jedzie po całości.  
wywiesiłam  wiec białą flagę,  co się będę nerwicy nabawiać . jeśli  ktoś zna  dyplomowaną czarownicę to   proszę  o namiar:) w zamian za wikt i opierunek niech mi psuja przegoni:) chociaż , nie, z wiktem trzeba uważać,  bo jak znam życie,  to “śmierć będzie  w sałatce”
a na dokładkę kilka dni temu  kilka dni temu dostałam prezent od Laury – i tu dopiero pojawił się dylemat: bo  prezent nie byle jaki:  motek cieniutkiej  przędzy ,  ręcznie  skręconej przez Laurę. nawet nie chcę myśleć ile odcisków na   szlachetnej niewymownej  kosztowało  jej wykonanie…  ręcę świerzbią do  dziergania, ale psuj czyha, gadzina jedna.  na razie, wykazując daleko idącą ostrożność,  znalazłam inne( niż dotychczas znane),  zastosowanie dla tego moteczka. 
bo  gdybym miała go zepsuć… uuuuuaaaaa… wolę nie myśleć co  mogłoby się stać:) armagedon to przy tym pikuś! no chyba ,że  prewencyjnie   zostałabym umieszczona   na bezludnej wyspie, a  gdyby były trudności ze  znalezieniem tejże, to w grę wchodziłby również Księżyc (chociaż nie , to zbyt blisko).
a oto nowe zastosowanie   handspunów:) ładnie?

lipiec 010 092
lipiec 010 103

czy  rozumiecie moje rozterki?
dawać mi tę czarownicę, bo nie zdzierżę!!!!!
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy