wydech…
i jeszcze raz: wdech, wydech…

zaczynamy:
zapraszam do swojej Zagrody

i już nic nie dam rady napisać, bo   nerwowość jakaś mnie naszła i trema. ręce mi dygoczą uniemożliwiając  pisanie czegokolwiek. nawet na drutach dzisiaj nie robiłam!

pozdrawiam
życzcie mi szczęścia:)
…jesieni, taki  piękny… nie mogłam nie zrobić zdjęcia  tej dwójce:)

jesień 010 267


zabawa światłem i cieniem

jesień 010 247

jesień 010 249

 
a to  prawdziwa bohaterka dziejszego dnia:

jesień 010 251 
jesień 010 262


chusta  z wełny, którą dostałam od Laury: to prawdziwy hand-made, ona skręciła, ja  wydziergałam, a serca włożone w tę robótkę są  aż dwa:)

pozdrawiam serdecznie
udało się! skończyłam swój pierwszy męski sweter.  trochę się z nim bawiłam, bo  miał być piękny ponad wszelkie wyobrażenie;) bo miał być prezentem urodzinowym.
należało się więc porządnie przyłożyć.  tak  bardzo się przykładałam, że urodziny minęły ( nawiasem mówiąc, już lada chwila będą następne), a  swetra jak nie było, tak nie  było.   w końcu nadszedł taki dzień, kiedy zrobiło mi  się wstyd tak bardzo, że  wyciągnęłam truchło z szafki, usiadłam i skończyłam.
wczoraj  wieczorem sweter trafił do właściciela  i z tego ,co wiem ,ma dzisiaj swoją premierę: wyjście do pracy. ciekawe , jak minie mu pierwszy dzień?

jesień 010 051
 jesień 010 053
 


pocieszam się,że początki zawsze bywają trudne i że następny wytwór męski nie będzie musiał czekać tak długo, żeby ujrzeć światło dzienne:)
pomysł na sweter  został podejrzany tutaj.  dziergałam  na podstawie zdjęć z  wełny Cascade ecological wool. zużyłam 3 motki… ale 250 gramowe:) powiem szczerze, że miałam problem z doborem włoczki : próbek zrobiłam  tyle, ze    wystarczyło  na kołderki  dla wszystkich laleczek poly pocket, jakie tylko były w domu. pasowałaby mi tu też alpina  - ma odpowiednią grubość, ale obawiam się, że   sweter nie wytrzymałby długo ( tak ja było w przypadku mojej ukochanej Sylvi)… a skoro sweter był taki wyczekany, to   niech chociaż  trochę posłuży:)

żałuję tylko, że  na zdjęciach  nie widać wyraźnie wzoru.. ale zdjęcia były robione późnym wieczorem, w mieszkaniu, po długim  proszeniu modela o pozowanie:) innych więc nie będzie:)

pozdrawiam

Rene nakłoniła mnie do zwierzeń  na temat ulubionych rzeczy: mam  wymienić tylko dziesięć, więc  trzeba było porządnie pomyśleć i przeprowadzić ostrą selekcję.
zaczynamy z tym lubieniem, zakładam, że chodzi o “dyskretny urok drobiazgów” , jak z filmu o Amelii,

1. najbardziej na świecie lubię zapach kawy o poranku.
takiej z ekspresu, albo z tygielka, mocnej,esencjonalnej, cudownie aromatycznej… z mlekiem:) a jeśli jeszcze zdarzy się,że   pijąc tę poranną kawę  jestem w lesie albo nad jeziorem, to już  blisko mam do Nieba:)
2. zaraz po kawie -  zapach Świąt – nieważne w jakim wymiarze się je przeżywa – zapach jest zawsze magiczny: pomarańcze, piernik , choinka…  do ideału brakuje jeszcze nuty pasty  do  parkietów
3. lubię zawinąć się  w puchaty kocyk  po sam czubek nosa ,usiąść przy kominku, poczytać, posłuchać muzyki, podziergać
4. lubię  ten moment, kiedy wieczorem mogę sobie powiedzieć, że  dobrze się dzisiaj  spisałam, ze zrobiłam wszystko, co sobie zaplanowałam
5. pieczenie ciasta przyprawia mnie  o dreszcze ekscytacji jak  niejeden kryminał: wyrośnie, nie wyrośnie?  lubię moment, kiedy  zaglądam przez szybkę i już wiem, że wszystko będzie dobrze:)
6. lubię wełnę: wróć – mam bzika na jej punkcie.  czasem łapię się na tym ,ze traktuję  ją jak kolejny okaz kolekcjonerski…  lubię to, że kiedy jest jeszcze motkiem, jest  multipotencjalna – może być praktycznie wszystkim, a ja nadam jej ostateczny kształt (oby dorównał  wyobrażeniom:))
7. lubię wstać bardzo rano i  pobyć  chociaż przez pół godziny sama ze sobą
8. lubię zapach ziemi, zwłaszcza wiosną, kiedy mogę się już w niej  grzebać
9. lubię  chodzić rano na targ warzywny, zwłaszcza  wczesną jesienią, kiedy   bogactwo kolorów, form i zapachów osiąga  maksimum
10.lubię zagajniki brzozowe, brzozy pojedynczo, lubię je zawsze  i wszędzie

nie wskazuję kolejnych osób ,bo jak znam życie, wszyscy wzięli już udział. w tej zabawie  na jakiś czas wypadłam “z obiegu”.   Moja Karolinka pomaszerowała do szkoły, Alunia do przedszkola: zmiany na całego. i chociaż mam teraz  więcej  czasu w ciągu dnia, to jeszcze  to do mnie nie dotarło, nie  mogę znależ sobie miejsca. no i oczywiście ,przeżywam… od razu przypomniał mi się dzień, kiedy wróciłam ze szpitala z moją malutką córeczką i jak   osioł ostatni, albo  wołek na miedzy ryczałam ,że “za chwilę pójdzie do szkoły, potem  się wyprowadzi.. i już” no to poszła, nawet chętnie. i odkryła uzależniającą  moc lizaków ze sklepiku szkolnego:)

a z powodu klęski urodzaju w postaci  dzikich  ilości grzybów, w całej okolicy nie ma octu, ba , nie  było go też w Almie i w pobliskim supermarkecie. farbowanie  chwilowo zawieszone, mam nadzieję, że  na niezbyt długi czas.

pozdrawiam
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy