i skończyło się użalanie nad sobą; trzeba było wstać , pojechać do szkoły, na pocztę, do sklepu… trzeba ogarnąć  domowy  rozgardiasz i już!  nie ma nad czym rozmyślać. i dobrze, bo stopień ogólnego rozmemłania  własnego zaczął  być  męczący nawet dla mnie.
ale:
ponieważ  nie jestem jeszcze w szczytowej formie, no i żeby nie wywiało mi z głowy tego i owego, to… czapkę sobie zrobiłam!
najpierw spodobał mi się beret  Porom, potem  pomyślałam ,ze  fajnie byłoby , gdyby miał szerszy ściągacz. już już nabierałam oczka na druty, kiedy  na Ravelry pognało mnie parę stron dalej: każdy wie, że  ciężko tak po prostu odejść  od komputera, kiedy przegląda się tę kopalnię wzorów. i co?  znalazłam  ten wzór: intuitive, gdzie  wszystko było tak, jak  zamierzałam dziergać. no to  co się będę męczyć skoro wzór  jest już gotowy?  zabrałam się do pracy, na pełnym luzie, bo  w opisie pojawiło się sformułowanie, że “ jeden  wieczór dziergania i czapka gotowa”
no to dziergam: “Indiana Jones” mija , a ja  jestem z robotą w lesie, potem minęło  jeszcze dwa odcinki “  Biura”, a  u mnie nic!  jeszcze nieskończone. w niedzielę   dorzuciłam jeszcze do tego (o wstydzie!) “dumę i uprzedzenie”  dopiero  przy tym nastąpił szczęśliwy finał. dlatego pytam:  czy ktoś wie , ile to  jest tak naprawdę “ jeden filmowy wieczór”?  czy  jestem żółwio-podobna? czy raczej przeciętnie dziergająca?  nie zrozumcie mnie źle , nie mam kompleksów, przecież nie chodzi o to , żeby robić na czas.. ale ciekawa trochę jestem, nie będę ukrywać…bo mnie się wydaje, że jednak robię  powoli:)
no dobra, teraz z “ uśmiechem nie-zębistym” , co jest trudne , kiedy człowiek sobie przypomni  to sformułowanie,  prezentuję:

merino urugwajskie 190 merino urugwajskie 137
  merino urugwajskie 127 

chciałam  zrobić także zdjęcia z boku, ale  kiedy ręka zaczęła mi dziwnie trzeszczeć, dałam sobie spokój. jednak ciężko jest zrobić  sobie samemu zdjęcie czapki na głowie. a   Lola   nie pomogła tym razem, bo  swoją głowę straciła  chyba jeszcze w fabryce:)
na  czapkę zużyłam 1,5 motka ideala. ściągacz robiłam na  drutach nr 3, resztę na 3,5
pozdrawiam
… z tego bloga…  
niby coś się pokazuje od czasu do czasu, ale jakieś to takie nijakie, bezbarwne... żeby to chociaż napisane porządnie było… żeby ta kobita jakąś osobowość miała…  a tak?  nudy.. “ aż się chce wyjść z kina”
nie jest dobrze, drogie Panie, oj  nie…
dorzućcie  sobie do tego  przemyślenia o samotności w  tłumie, niezrozumieniu przez świat i na odwrót: niezrozumieniu świata…
czyli:  Martusia się przeziębiła. nie na tyle poważnie, żeby leżeć i dogorywać, ale  w sam raz na tyle, żeby do łez doprowadzała myśl o tym ,że terapeutyczny rosołek  musi być ugotowany własnoręcznie ( a nie przez np. krasnoludki, dobre wróżki  byłyby też akceptowalne), że  przysłowiowa szklanka herbaty  sama do człowieka nie przyjdzie, a  zdolności do telekinezy są w tym przypadku zerowe. okropieństwo.
jeśli się szybko nie wyleczę, to sama ze sobą nie wytrzymam! 
i na dokładkę jakimś paskudztwem “wszechstronnym działaniu’ się  nafaszerowałam i oczy same mi się zamykają, a  głowa  się kiwa, jak kurze  na grzędzie! niby nic , ale  to czyni robótki na drutach  hobby potencjalnie niebezpiecznym dla życia;) czyli  na tym polu wiele nie zdziałałam.
widać tak być musi…
natomiast z wielką przyjemnością  i z  pewnym zaskoczeniem  odrabiam  ćwiczenia z  przędzenia. rozłożyłam się przy kaloryferze, w wełnianych skarpetach i  okryta kocem  - wyglądam trochę jak pancernik. ale  tutaj  raczej   nie wbiję sobie  niczego w oko, kiedy  niepostrzeżenie przysnę;) a zresztą, o czym tu mówić: jestem na takim etapie, kiedy nie ma takiej siły, która mogłaby  utrzymać mnie z dala od kołowrotka.  tym bardziej, że zaczęło robić się całkiem przyjemnie: nie mam jeszcze rozterek, ze  mało umiem, ze może nie wychodzi  mistrzowsko.. na razie cieszę się ,ze nić  nie rwie się tak często!
wymyśliłam sobie, że  pobawię się  “na róziowo” , bo  ten kolor podobno na człowieka dobrze wpływa, różowe okulary i te sprawy… 
i jak różowy obłoczek objawił się   mój pierwszy motek wełny, który ma szanse nie trafić do kosza: to  czesanka merino – mieszanka  kolorów “Whisper”

merino urugwajskie 111


idealnie nie jest, ale  jakoś mnie to nie dobija, zajmuję się się tym niezbyt długo, muszę  jeszcze  swoje odcierpieć:) i poskręcać:)
teraz dla równowagi  będę musiała zabrać się  za jakieś brązy, czy co…
pozdrawiam
ale i tak ich widok  mnie wzrusza…


pażdziernik 060
pażdziernik 064

bo   to ja je zrobiłam:)
paskudne są jak trzeba,  nawet nie udają, że nadają się do czegokolwiek…   a to poskręcane zbyt mocno, a za chwilę zbyt luźno…
na razie jestem  jak   potencjalny kierowca na  pierwszej lekcji  nauki jazdy: cieszę się ,że to w ogóle jedzie!
i nie zrażam się  niepowodzeniami, bo  mówią, że trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, żeby  wyszło coś porządnego
nadzieja więc jest! i to mnie cieszy:)))
pozdrawiam
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy