tak mi się wczoraj zrobiło , tak mi się wczoraj objawiło, ze  zgłosiłam się do konkursu na blog  roku 2011 w kategorii “moje zainteresowania i pasje”.  ot , chwila i impuls.
przysłano mi  link  zgłoszeniowy, który należy umieścić  na blogu, pewnie dobrze byłoby w niego też poklikać:)))
następnie grzecznie poczekam  na ostateczną akceptację zgłoszenia do konkursu. mam nadzieję ,ze wszystko pójdzie jak należy, bo   chyba padnę ze śmiechu jeśli  mnie  nie przyjmą:  u mnie wszystko jest możliwe…  nie ekscytuję się  więc nadmiernie, uwierzę  kiedy zobaczę:)

ekscytuję się natomiast tym:
cascade 11.11 005
udało i się  wymieszać kolor beżowy, mając do dyspozycji barwniki w  kolorach podstawowych:)
proporcje na tzw “oko” – gdyby ktoś mnie zapytał, jak to zrobiłam, musiałabym nieźle pogłówkować. hmmm… ileż to razy obiecywałam sobie specjalny kajet na  sekretne  receptury farbiarskie?  ze sto. najmarniej. 
może to będzie moje  postanowienie noworoczne?
pozdrawiam
od  piątku jestem  szczęśliwą posiadaczką pistoletu. 
określenie “szczęśliwa” brzmi nieco dziwnie, więc od razu wyjaśniam, żeby nie było, ze mam mordercze instynkty i jeszcze  się tym chwalę. 
zatem:  kupiłam sobie  pistolet, ale na klej.  i od piątku zadaję sobie pytanie, jak  mogłam się bez niego  obywać przez tak długi czas. widziałam oczywiście  to cudo w rękach  florystów, którzy wyczyniali przy jego pomocy cudeńka prawdziwe  (z rodzaju takich przy których człowiek  popada w  pełne podziwu  odrętwienie).  myślałam jednak  sobie, ze  to przyrząd mocno profesjonalny, więc na pewno  kosztowny no i ten gorący klej… przy mojej zręczności   wypadek  murowany- uszkodzenia ciała albo pożar
ale:
stałam sobie ostatnio w kolejce w  sklepie papierniczym. trochę zaczynało mi się już nudzić, więc  uważnie rozejrzałam  się po pólkach. i ona tam był!  za  25 złotych. myślę sobie: spróbuję – jeśli nawet nic z tego nie  będzie, to   ten wydatek mnie nie zabije.
pistolecik działa jak złoto,    rąk mi nie upiekło,  nie skleiło, więc bawię się w najlepsze.
nagle  wszystkie, pozornie bezsensownie przyciągane z lasu rzeczy  znalazły swoje zastosowanie -  okazuje się ,ze  nie ma rzeczy nieprzydatnych, a solne pierniczki  są jak znalazł:)
półeczka dostała więc  nową , świąteczno – zimową dekorację:
DSC01406 
i jest jeszcze drugie “dzieło”
DSC01410
oczywiście, zdaję sobie sprawę ,ze daleko mi do profesjonalistów, ale bawię się świetnie;)   przy okazji  “oswajam” takimi drobiazgami  nasz dom, tchnący  pustą  przestrzenią  rodem ze stepów:) bo mnie pierdółki są potrzebne  do szczęścia. i fengszuja  też  lepiej przy pierdółkach lata:)
pozdrawiam
będzie się działo, będzie się  farbowało…
urobię się po  łokcie, po pachy,  nawet po szyję jeśli zapał mocno mnie  schwyci.  a szanse są na  to spore,  bo właśnie
odebrałam  wielkie pudło z  cudnościami, ze  och i ach!

DSC01307
to wszystko   korci  mnie, aż strach
gdyby nie silne postanowienie
ze w domu zapanuje lśnienie
ze  ubranie uprasowane i czyste
ze potrawy nie spalone, lecz soczyste
ze  roześmiana dzieci gromada
radości  szczególnej  nada
gdyby nie to postanowienie…
a jutro:
w   czarującą  wiedźmę  się zmienię,
nie podchodź! w miejscu  jak zaklęty stój!
tu w kotle  bulgoce wywar mój,
tu  opar trujący i znój.
tu  pod dłońmi wyrasta tęcza ,
tu  pragnienie zadręcza,
tu życia nić pajęcza  tężeje,
tu myśl kolorem istnieje,
tu tajemne eliksiru składniki
bajeczne  mają dać wyniki.
krąg tajemny dla mnie stworzony,
zdejmuje szaty matki, zony
tu  w  kotle  inne życie się rodzi,
wydobywam je  z  otchłani,
całuję,
z dobrymi życzeniami wysyłam w świat

jak widać,  dość poważnie targają mną emocje. ale  jak tu  zachować spokój  w obliczu  tych wszystkich  wspaniałości… tych alpak  z jedwabiem, tych  cudnych  lace’ów  całkiem  innych niż do tej pory…  no nijak się nie da! co  ja, z kamienia? to dla mnie jak prezent,  muszę się nacieszyć, zanim dopadnie mnie ponura biznesowa  rzeczywistość, zanim zacznę martwić  się  o przyszłość
i żeby już  tak całkiem cudnie   dzisiaj było:  rozstawię sobie świeczuszki własnej roboty, włączę muzyczkę … będzie  milutko.
DSC01234
zagapiłam się  przepotwornie…   dotarło właśnie do mnie ,ze   nie  nastawiłam    świątecznego piernika.  uuuaaaaa!
powinnam była zrobić to  mniej więcej  2 tygodnie temu.  żeby miał czas dla siebie …  żeby mógł dojrzeć i mocy urzędowej nabrać.   zgroza i skaza  na reputacji:))   jeśli człowiek   przez  cały rok bezwstydnie  obija się po kuchni,  wykorzystując  ją  absolutnie niezgodnie  z przeznaczeniem, zapycha ją  kłębami wełny i  zgrzewkami octu, to  musi przyjść  taki czas, kiedy wykazać się należy.   wychodzi na to ,ze to ma być właśnie  teraz.  żeby nie wyłamywać się zanadto z ogólnego nastroju przedświątecznego  – piekę. bo  piec lubię.  nie  trzeba  tego robić codziennie,  a efekt  przedsięwziętych działań zawsze robi wrażenie na domownikach, bo: albo  jest  smacznie, albo  powstaje  ulubione domowe ciasto – z zakalcem . tak czy  inaczej, mam miłe  poczucie, ze  spełniam się w roli  “strażniczki ogniska domowego” :)
nie porzuciłam więc  swojej nadziei -  zrobiłam ciasto na wspomniany  już  piernik.   jest juz na emigracji  w  spiżarni. wygląda  tak:

DSC01244
jak  stalaktyty  w jakiejś  jaskini. jest jasny, bo miałam  pod  ręką miód akacjowy, a ten jest baaardzo  jaśniutki… ale  nie będę wydziwiać. w tym roku przepis  wzięłam z  jednego z moich ulubionych blogów : Moje wypieki
pozostaje mi tylko  trzymać kciuki, żeby  gotowe ciasto  nie  otruło nas wszystkich;)

skoro jesteśmy  już przy piernikach:  lubię  mieć choinkę  udekorowaną   tradycyjnie, po domowemu – z ciastkami,  długimi  cukierkami, orzechami…  i tu  rodzi mi się rok w rok  konflikt międzypokoleniowy:))  bo  pełna dekoracja nie jest  w stanie  dotrwać  nawet do  Wigilii – jest pożerana natychmiastowo przez dzieciarnię i  psa pasibrzucha.
pies pasibrzuch jest groźniejszy, bo wyżera na  bezczela… a potem  leży i  choruje.  pomyślałam sobie więc  tak: dam ci ja pierniczki , cholero jedna, dam …
 DSC01260
 
DSC01258

i zrobiłam  pierniczki  z masy solnej:)))
masę barwiłam  kawą inką,  wysuszyłam,   przeszlifowałam z lekka   i polakierowałam.
to będzie niespodzianka.
prawdziwe   pierniczki zostaną powieszone wyżej i  dam inny  kolor wstążeczki… bo te prawdziwe  też być muszą.   podkradanie  łakoci  z choinki to  całkiem spora część  fajnego dzieciństwa:) a  chichoczące dzieciaki to  połowa radości ze Świąt
czyli   sobotni leń w pełnej krasie,   parę godzin przy  kołowrotku i udało mi się  dokończyć  BFL superwash’a, który zwisał smętnie od wielu dni, porzucony   w samym środku  przędzenia…
DSC00844
a niedziela była  rozrywkowa …
w niedzielę było Szarotkowo,   do pogadania i do pooglądania.   biegłam  na nie  tak    dziarsko, że oprócz paczek z obiecaną  wełenką , nie wzięłam   nic. żadnych drutów, ani  aparatu… dobrze ,ze  wzięłam siebie:)
dziękuję wszystkim  za miłe spotkanie:)
pogadałam troszkę,  pośmiałam się……
i ruszyłam dalej.
dzielnie  przemiesciłam się  komunikacją miejską,   pomijaną od lat wielu,  na  recital Krzysztofa Daukszewicza w  Kamienicy
było rewelacyjnie!  szczerze polecam każdemu.
a po powrocie
zdjęłam wyschnięte wełenki…
i już! 
nowy tydzień za drzwiami:
oby lepszy i mądrzejszy od poprzedniego…
oby  napotykane zło  prało uczciwie po pysku jeśli juz  tak koniecznie musi,  zamiast podstępnie dusić…
oby…
czyli ciąg dalszy zaległości. ze specjalną dedykacją dla  Jednej Takiej , która marudzi od  jakiegoś czasu: pokaż, no  pokaż!
zatem pokazuję:

DSC00643
DSC00394
DSC00439

płaszczyk  sobie wydziergałam…   zeby ciepło po kościach  było. bo ciepełko to ja lubię,oj lubię!
pomysł podchwyciłam z  jakiejś  gazety, nie pamiętam  której,  ale  na  modelce wyglądało tak  pięknie, ze pomyślałam sobie ,ze jeśli uda mi  się   uzyskać chociaż  połowę    takiego  efektu , będzie  super:)  lubię takie  “ chałaty”,  a po ostatecznym zejściu  Sylvi cierpiałam na ostry niedobór tychże. zatem  mam i ja!
uzyłam  włóczki Lanagold (pięc  motków) . dziergało się  przyjemnie,  liczę na to , że  będzie się dobrze nosić
pozdrawiam, zycząc przy okazji  miłego zapiątku i uciekam.
mam ważne zadanie:   będę robić pyzy …  to drugie podejście -  przy pierwszym razie każda  pyzka  wyszła  tak solidna,  że wpadała  do żołądka jak  kamień, powodując uczucie sytości na  cały dzień:)  trzeba się więc skupić:)
dlaczego?  pytam się dlaczego? 
dlaczego nie   jestem  pisarzem , albo innym wielkim artysta?
wtedy  długie okresy milczenia oznaczałyby  blokadę twórczą , może  zbieranie materiałów do kolejnego utworu… a tak, co mi pozostaje?  nic tylko nazwać rzecz  po imieniu i dosadnie. lenistwo,  drogie Panie , lenistwo! 
a tak na powaznie…
od jakiegoś  czasu każde słowo, które zamierzałam  napisac   miało cięzar  jak, nie przymierzając,  Giewont, czy co tam kto chce…  kazda mysl  zmierzająca w stonę   swiadomosci  toczyła się  w tempie  najpowowolniejszego  ślimaka świata…  ueee, ohyda!
tak wymęczona nie byłam chyba od czasu nieustającej kolki starszego  dziecka…  otóż: skowronkowatość  przemieniła mi się w cholerawieco, co kazało w stawać  po dwóch godzinach snu i telepać sie do rana. potem telepać sie do wieczora. i znowu telepać się  do  rana…
co się dzieje?
cholerawieco!
 przez  cholerawieco mam sporo rzeczy do pokazania, zacznę  od  najstarszych:

DSC00024
 
popełniłam kamizelkę dla  mocno małoletniej dziewczynki, która  czekała na  nią z niecierpliwością, bo  zmarźluch okrutny !
takie  rozchodzące się warkoczyki widziałam  na blogu u Fanaberii, która wpadła na to  już  dawno temu,  potem  osobiście obmacywałam sweterek Gackowej i w końcu  dojrzałam  do swojej wersji. takiej leniwej… dzierganej od góry…
miało być cieplutko i  w  kolorze lila, więc   wyciągnęlam  z  Zagrodowego regału  wełenkę Berlaine
kamizelka spodobała się również mojej  Karolince i  Aluni,   więc to na pewno nie koniec tej produkcji.  niech nie czują się pokrzywdzone, tym bardziej ,ze dawno nic dla nich nie robiłam.

jeśłi jeszcze nie jesteście zmęczone  to   pokażę Wam  moją dumę  z ostatnich  dni:

DSC00209

chodzi o póleczkę oczywiście.  
kupiłam ją  w stanie surowym, wyszlifowałam, pomalowałam, złożyłam, nawierciłam otwory w ścianie  i … przyczepiłam nad piekarnikiem ( bu u mnie piekarnik  siedzi tak naprawdę w spizarni i tylko  pokazuje  swój skromny froncik na  ścianie w kuchni).
i nawet pomalowałam ścianę  ,zeby juz tak całkowicie ślicznie było…
zwróccie uwagę na  koralik widoczny na tle  obrazka -  nie  spada, czyli dobrze zrobiłam swoją robotę:)
mała rzecz, a cieszy!
dziękuję  wszystkim za serdeczne  słowa, za wszelkie życzenia  rocznicowe i za udział  w  zabawie:)  liczba  chętnych  na Zagrodowe wełenki  przeszła moje najśmielsze oczekiwania...z niedowierzaniem wręcz  patrzyłam  na  pojawianie się kolejnych komentarzy, ale  co tu kryć - jest mi z tego powodu niezmiernie przyjemnie:)
pragnę  także podziękować osobom, które  zamieściły informację o rozdawajce u siebie na blogu: to bardzo miłe:) dziękuję bardzo!

a teraz   przechodzę do sedna:
ustrojstwo  generujące losowo liczby zdecydowało:

Los I - wędruje do  Dorfi
Los II - wędruje do Halifaxus
Los III - wędruje  do  Anny  ( dla   rozróżnienia: chodzi o  Annę z anna-moje-robótki)

gratuluję  wygranym:)
mam nadzieję, ze    moteczki przypadną Wam do gustu i będziecie  miały z nich wiele radości

pozdrawiam

p.s wygranych proszę o   kontakt: myszoptica@poczta.onet.pl
są  takie momenty w życiu człowieka,  że  trzeba być dla siebie dobrym , pogłaskać samego siebie w myślach,  pochwalić  się  za to, ze  lepiej  lub gorzej , daje  się radę… cieszyć się  z małych zwycięstw, z  każdego kroczku do przodu. 
chyba właśnie po to  wymyślono  rocznice…
trzy z moich rocznic   przypadają w  wrześniu:
- urodziny
-  trzecia  rocznica pisania bloga
-  minął  pierwszy rok  działalności  Zagrody, mojego  bardzo osobistego  sklepu z włóczkami
zawsze mówiłam ,ze jesień to  moja ulubiona pora roku:)
w dniu  kiedy wypadałoby zacząć  świętowanie, obudził mnie telefon.i  wiem już wszystko.   i  wszystko  się zmieniło….  w ciągu tego jednego dnia   dorosłam.  kiedy  przypada twoja    kolejka,  żeby uczestniczyć w przygotowaniach   Kogoś  do ostatniej Drogi , to stanowczo  oznacza, ze   minęła   pewna  epoka…     nie trzeba czekać w nieskończoność  na rzeczy, które  mogą się nigdy nie wydarzyć.   trzeba  żyć , najlepiej jak się  umie
i świętować, kiedy  jest na to czas,  i płakać, kiedy jest taka potrzeba
stąd  opóźnienie .
najważniejsze , ze    Zagroda    przetrwała i  trzyma się – raz lepiej, raz gorzej, ale się  trzyma.    dziękuje  Wam za to! z całego  serca!
przyznaję , że bywały chwile, kiedy   zastanawiałam się   jakie licho  podkusiło mnie ,żeby się  brać za tę  całą przedsiębiorczość. chwile  największego zastanowienia dziwnie zbiegają się  z okresami płatności   składek na ZUS i  rozliczaniem podatków:)  dlatego też mam    wielkie uznanie dla   osób, w tym  i znanych  mi    Koleżanek , które  zdecydowały się   na  Drogę Praworządnego  Drobnego Przedsiębiorcy 
ale to  jeszcze nie koniec:
będzie mi miło, jeśli  dołączycie do moich świąt:  robimy zatem rozdawajkę
Los  zdecyduje   trzykrotnie, za każdą okazje:)
DSC09986  DSC09987Los I – zielony, cieniowany kaszmir z jedwabiem (70/30),  motek 50 gramów, 400  metrów w motku
Los II -kaszmir  z jedwabiem, jak wyżej , dla odmiany,w kolorze  grafitowym, dla tych którzy nie lubią zieleni
oba moteczki są zjawiskowo  miękkie  i miłe,  oba  zostały  ufarbowane ręcznie
DSC09992
Los III  -  200 gramów  ręcznie farbowanej wełny  BFL Aran w kolorze    fioletowym  z  oberżynowym cieniem  , rozświetlona łagodnym różem
aby wziąć udział w zabawie  należy:
- zostawić komentarz pod tym postem, ze  wskazaniem ,którą  wełenkę chcemy mieć    –  pozwoli to  uniknąć sytuacji , kiedy osoba nie cierpiąca   np. fioletu,ten właśnie kolor otrzyma
- będzie mi  miło   jeśli   umieścicie notkę o rozdawajce u siebie na blogu
zapisy  do 16 października  (niedziela), 
w poniedziałek, 17   października  , ogłoszę wyniki, na dobry początek tygodnia


UPDATE:
dziękuje serdecznie  za wszystkie miłe życzenia bardzo mi miło, ze  tyle z Was zgłosiło się do zabawy -  kiedy patrzę na liczbę komentarzy pod postem,  to aż piekę raczka:)

pojawiły się natomiast  kwestie do wyjaśnienia " na szybko" :

- posiadanie bloga nie jest  konieczne do wzięcia udziału  w zabawie, wszyscy   którzy zostawią komentarz,  są włączani do zabawy ( chyba, że w treści zaznaczą inaczej)
- komentarze anonimowe, bez  jakichkolwiek danych, czy to  mailowych, czy innych,  rozpatrywane być nie mogą - bo jak  odgadnę potem , któremu Anonimowi  się  poszczęściło?
- przygotowując zabawę, brałam pod uwagę  możliwość wysyłki  za granicę  i   w dalszym ciągu to podtrzymuję

pozdrawiam




oglądałam  ostatnio   swoje włóczkowe zapasy. sporo   się tego uzbierało, nie powiem…   wypadałoby coś z tym zrobić – na rozstanie  nie jestem  jeszcze gotowa,  pozostaje  więc   powolne przerabianie moteczka po moteczku… nie  bez przyjemności własnej, oczywiście:)
w pierwszej kolejności wyciągnęłam    wełnę jagnięcą  w kolorze naturalnym , dosyć grubą, z   malutkimi  pomarańczowo – brązowymi nopkami – pamiętam, że chciałam zrobić z niej   sweter, ale  okazało się , ze kupiłam jest zbyt mało, a możliwości późniejszego dokupienia – brak .  pierwotna koncepcja  upadła zatem z wielkim hukiem , a ja straciłam zapał do  jakichkolwiek działań.
musiała  swoje  odleżeć  w szufladzie.  przekładałam  ją   co jakiś czas, aby   mieć ja  stale na oku.  niemniej  jednak   koncepcja zastępcza wciąż nie nadchodziła…a ja uparłam się  jak   jakaś nierogacizna, że  wypadałoby  Coś    z  tą wełna zrobić, zanim  zostanie pożarta przez mole.
i z tego uporu  wydziergałam   sobie otulacz lekko  rustykalny;) dwustronny
strona  prawa:DSC09673 strona lewa:DSC09682 widok ogólny:DSC09685
wzór  z  tzw  sufitu:  rzędy oczek lewych  rozdzielonych    pasmami “mereżki” , którą baaardzo lubię.  brzegi obrobiłam szydełkiem,  żeby   brzegi się nie  podwijały .
a najlepsze jest to , że w  trakcie  dziergania  pojawiła się Koncepcja Zastępcza:) czyli:  uszczuplę zapasy o  pól kilograma wełny – jupi!  na razie nic nie mówię, żeby nie  zapeszyć.   zresztą,  mam  teraz robotę na zamówienie, więc  i tak musi czekać)
pozdrawiam
Nawet  Najlepsza  z Żon   nie może być  Wspaniała      nieustannie.  podobno gdzieś na świecie  żyją  osobniczki wspaniałe  od urodzenia , ze wspaniałością  zrośniętą i żżytą. niemniej jednak  Najlepsza z Żon   cechuje się  określoną wytrzymałością  i  wady swoje ma… chociaż jakież to  wady… ot, drobne  nawyki , które  przydają jej  uroku ( tak brzmi  wersja oficjalna,  rozpowszechniana  przez   agencję PR  Najlepszej z  Żon)
otóż:  Najlepsza z Żon  lubi   zanurzyć  się w strumień  popkultury-  ogląda   serial    nadawany w poniedziałki i wtorki  po dwudziestej
Czcigodny Małżonek  jest jak zwykle ponad  to wszystko ( ze  niby taki  inteligentny  i  ambitny): siedzi więc z nosem  w książce i  od czasu do czasu    przytacza co ciekawszy  fragment:
… a   czy ty wiesz, ze  ten cały dobór naturalny to lipa? bo przy zapłodnieniu  i tak  wygrywa najszybszy plemnik?  nie najlepszy, tylko najszybszy? (  ciekawe  skąd mu się taka  myśl wzięła, bo książka, którą dzierży  w łapie traktuje o czymś zgoła innym, ale niech już mu  będzie  )
Najlepsza z  Żon  wzniosła  oczy ku niebu  i odpaliła:
…to by się nawet  zgadzało w przypadku facetów,  bo u  kobitek  wygrywa  ten najwytrzymalszy:) to dlatego jesteśmy  mądrzejsze od was
…taaaaaa….. mądrzejsze…. i dlatego  oglądacie odmóżdżające seriale?
-ależ oczywiście!  żeby uzyskać  z wami płaszczyznę porozumienia! odparła  zwycięsko Najlepsza z Żon, rosnąc z dumy, ze udało  się  jej  znaleźć  tak ciętą ripostę:)

dwa do zera!!!!



a strumień popkultury jest  dosyć pożyteczny, bo można  robić różne ciekawe rzeczy bez stresu,  że  człowiek straci  z  fabuły coś istotnego:)   można  sobie np. pokręcić… bo ja się gapię  mocno w  nitkę, kiedy kręcę
DSC09658
to najnowszy  wytwór:  corriedale -116 gramów,   265  metrów  (o ile nie  rąbnęłam się przy liczeniu,  ze mną wszystko jest możliwe) ,skręcony metodą navajo, która  cieszy mnie w dalszym ciągu
i tu przypomina mi się moja polonistka z  liceum, która twierdziła, że  nie  ma głupich filmów, tylko do każdego trzeba mieć  odpowiednie  nastawienie… może i coś w tym jest?
czyli: zebrało mi się  na dzierganie   kiecki. 
cóż z tego że  na  wykończenie ostatecznie czeka  Sweter  Komarochron Spacerowy, dwie kolejne  Gienie  , a  chusta z  kid mohairu z  jedwabiem  błaga wręcz o blokowanie…  
kiedy zobaczyłam ten wzór- opętało mnie ! resztki rozsądku  wołały : Martusiu kochana (  właśnie tak ładnie:)) a może  by  tak Komarochron  dokończyć najpierw?    doszycie  guziczków to  nie jest   wszakże  tak  ciężka praca?  a na poranne spacerki  z pieskiem    będzie  jak znalazł?
napaliłam się jak diabli… 
a wiadomo -   “ jak  się człowiek spieszy…” jak przysiadłam , jak machnęłam, tak i zrobiłam  kiecuszkę,  śliczną i ….. przykusą
aż mi żal ścisnął  to i owo:(
ale pruć nie   będę, bo  ściśnie mnie już  na poważnie , a  może i zadusi:) coś tam wymyślę…
oto  rzeczona kieca:
na   Loli wygląda  cudnie
 DSC09485
na ludziu ciutkę  nie tak cudnie: baleronikiem trąci aż  wstyd  pokazać. trudno – nie zawsze  człowiekowi wyjdzie, tak jak sobie zaplanował:)
no cóż  będę  miała   przyjemność dziergania   tej kiecuszki jeszcze raz, bo  prędzej  mnie  jednak ta jasna cholera trafi niż odpuszczę:)

pozdrawiam
p.s aha, na koniec   wypadałoby podać “dane techniczne”  -  na   taką kiecę , w rozmiarze mniej więcej 42 zużyłam  4 motki    220 heathers 
zatem:
własnymi ręcyma,  z czołem zroszonym rzęsistym  potem,
uszyłam:DSC09214   DSC09208
lniane podkładki pod kubki z gorącą herbatką
lada chwila pojadą  do innego miasta. mam szczerą nadzieję, ze  zostaną  powitane z  zadowoleniem:) 

nie znałam Jej osobiście, nie pisałam do Niej, Ona nie pisała do mnie…  zupełnie obce sobie   osoby- nie będę udawała udawała, że było inaczej…

a jednak   była  wyjątkowa  i ważna :   niebywale utalentowana,  inspirująca  i dzielna

Małgosia,

niezłomna Bag Lady

 

Śpij spokojnie…

spakowane,  opieka dla zwierzyńca zorganizowana, kwiatki podlane, paszporty  są…
czyli – w świat jadę:)
czy na długo? a tak mniej więcej  na dwa  swetry z grubszej włóczki:)  plany mam jak zwykle ambitne – właśnie   skończyłam  drukować wzorki
śmieję się ,ze to wyjazd  służbowy , bo jadę z zamiarem  poszukiwania nowych  kolorów i wrażeń,  tak,  aby  “natchnienie“  schwyciło mnie za gardło i nie puszczało przez czas  jakiś ( im dłużej , tym lepiej),
może powinnam  delegację sobie  wypisać :)))
trzymajcie, proszę kciuki za nas, bo droga daleka.. 
i za kotka… i za pieska , żeby nie było im bardzo  smutno bez nas
do   - nazwijmy to umownie – zobaczenia:)
pozdrawiam
 
mam nadzieję ,ze   teraz będę miała go trochę  więcej -  przynajmniej do września -   ponieważ   odpadnie mi “wdzięczna”  rola  naganiacza  do odrabiania lekcji oraz bezlitosnego  strażnika  starannego  pisania,   równych linijek i ortografii. 
to był ciężki rok szkolny, na szczęście  tylko dla mnie, nie dla mojej  dzielnej Pierwszoklasistki  – wysłałam  do   szkoły dziecko sześcioletnie,  a ponieważ mam naturę  wytrawnego zamartwiacza ,  musiałam niemal  codziennie upewniać samą siebie, ze  była  to rozsądna decyzja.
dlaczego o tym pisze?
a dlatego, ze   moralniaka mam !
zaniedbywałam    Was okrutnie – pisałam mało,    zaś  moje komentarze  pod Waszymi postami, o  ile pojawiały się w ogóle, były nikczemnie  skromne. i mam  takie wrażenie, ze mimo woli,   w sposób całkowicie niezamierzony,  rozluźniłam  nici sympatii i koleżeństwa, które udało mi się  z wieloma z Was  przez te (chyba  mogę to  już powiedzieć) lata  zadzierzgnąć.   byłoby mi bardzo  przykro, gdybyście  miały odbierać mnie jako osobę zarozumiałą czy lekceważącą ,  dlatego ,ze przestałam się  odzywać,  czy odpowiadać na komentarze. staram się  jak mogę, naprawdę… milczenie   nie wynika   ze złych intencji, bądź  braku dbałości  o Wasze  opinie – każda z nich  cieszy mnie niepomiernie,    dzięki wielu z nich  mam  dodatkową motywację, inne zaś są  tak  dowcipne ,ze  rechoczę  na cały  głos:) przyczyna jest  zwyczajna do bólu - często, gęsto   totalnie nie  mam czasu, a  jeśli znajduję chwilę, to  niestety  zmęczenie i dzieci  upominają  się o swoje – a i  Zagroda  - jest  baaardzo zaborcza, tym bardziej, ze jeśli ma  mieć w miarę pełne regały, musze farbować, płukać , suszyć, farbować, płukać, suszyć…(a to cały rytuał  jest, bo wełna nie lubi pośpiechu)
a teraz, żeby  nie  było tak smętnie i tylko  “wewnętrznie” ,  prezentuję   swoją  “ Gienię”
Gienia – bo  wzór jest genialnie prosty  - to zwykły prostokąt , ociupinkę zszyty po bokach.   potrzebowałam czegoś na kształt kocyka, żeby ogrzewało mnie podczas siedzenia przed komputerem, albo dziergania.   i żeby było zamaszyste,  swobodne..
DSC08655 DSC08657 DSC08619 DSC08635
kocyk wyszedł bardzo  przyjemny –  ma tę  zaletę , ze nie spadnie , kiedy  poderwę się  znienacka lub  skądinąd   do telefonu lub   do otwierania drzwi – i jest  mięciutki  i cieplusieńki;)))  dziergałam z   mojego   BFL  Aran oraz  z Noro Silk Garden .    wzięłam paskowego Arana, bo koniecznie chciałam mieć jasne plisy, a potem łączyłam  co z  Noro (no jak było go nie wziąc, kiedy on tak  leżał i kusił…), co dało efekt  beztroskich, wesołych paseczków bez konieczności zmiany  nitki. w sumie  - jestem  zadowolona, chociaż nie było to  bardzo ambitne zadanie dziewiarskie;)
inspiracje zaczerpnęłam stąd , dziergałam na drutach 4,5  zużyłam ok 150  gramów – 1,5 motka  Arana  i 150  gramów  - 3 motki  Noro Silk Garden w  kolorze  oznaczonym jako 245
pozdrawiam
marta

dla odmiany – coś nowego, świeżutkiego, jak przystoi każdemu  uczciwemu preclowi, chociaż ten  jest nietypowy, bo z corriedale:)

DSC08474
DSC08491
DSC08484


wpuszczam  go bez kolejki , bo  jeśli będzie czekał, aż wszystkie zaległości  nadrobię, to i on się   zestarzeje; i   przyznam się bez bicia, że  chcę się  pochwalić:  jest  to  moja  pierwsza , do ludzi podobna  wełna    3-ply  kręcona metodą navajo. 
bardzo długo opierałam się   tej nauce, a to  dlatego, ze   kiedy oglądałam filmiki na you  tubie  albo, co gorsza,   czytałam opis w książce,  prawie natychmiast dochodziłam do wniosku, ze  urodziłam się  beztalenciem i  ciemnotą totalną i  nie  zdołam się tego nauczyć za żadne skarby świata.   nawet  zapewnienia  Reni,   (a Reni  wierzyć należy;), że jest to łatwe i przyjemne nie trafiały mi do przekonania. 
łaziłam obok   tego nieszczęsnego navajo,   przyglądałam się , prawie że obwąchiwałam…   w końcu nadszedł moment, kiedy dojrzałam do  decyzji o tym, że należy się z tym diabelstwem zmierzyć;)  
poświęciłam na to  jedną z  sobót –  nie sprzątałam , nie gotowałam , nie robiłam zakupów, nie udzielałam się towarzysko -  tylko z komputerem przed nosem  - i z tym filmikiem -  pracowicie kręciłam, do skutku:)
i wiecie co?  to fajne jest – dokładnie tak, jak  mówiła Renia:)
… czyli zaległości  blogowych część pierwsza:
rzecz dotyczyć będzie  niezwykłego   odcienia zieleni, bardzo rzadko występującego w przyrodzie, wzbudzającego  ambiwalentne odczucia,  lecz  w pewnych sytuacjach  -  bezcennego, dostarczającego wiele satysfakcji i  zwyczajnej,  czystej radości:)
mówiąc wprost: jak uzyskać cudną zieleń na twarzy Czcigodnego Małżonka,  podpuszczacza   pospolitego i kawalarza perfidnego,  wredoty  podłej;) wykorzystującej  po wielokroć i ze szczególnym upojeniem  łatwowierność  swej drugiej, szlachetniejszej;) i lepszej;) połowy .
zwykle trzeba odczekać nieco, czasem nawet  dosyć długo, ale w końcu trafi się  okazja – hehehe, ale tym razem sprawa była tak banalnie prosta  i oczywista, ze grzechem byłoby jej nie wykorzystać:
należy pojechać do znajomych, posiadających nieco ekscentryczne hobby ( o nadmiernej skłonności do  włóczek nie mówimy, bo to jest całkowicie normalne i  uzasadnione)  i  należycie  je docenić,  wykazując   zachwyt, w porywach do  totalnego zauroczenia
w moim przypadku zachwyt był szczery i wielki, bo ekscentrycznym hobby była hodowla  kur  rasowych:
  DSC08295DSC08289kury rasy silky -  o piórkach jedwabistych,  przypominających  futerko – w sam raz do  miziania
DSC08293 z prawej : kura brahma, wielka, z porośniętymi  przez pióra łapkami,
z lewej  - kura  zagadkowa, nie wiem jak się nazywa, ale tak ładnie stanęły… i  ma ładny kolor…  i dała mi się złapać , pogłaskać-  zdjęcie się  jej zatem należało  - za zasługi:)
DSC08301  świeżo wyklute pisklęta….DSC08308 pisklęta “Zorro”, czyli zielononózka kuropatwiana
DSC08320
i dwa psy rasy wełnistej:)

po tak miłej wizycie  należy odczekać ze dwa dni, następnie, tuż przed   powrotem  Małżonka z pracy (wcześniej  nie ma sensu, bo się człowiek  nadmiernie zmęczy, a efektu nie osiągnie  należytego) rozpocząć  sprzątanie garażu.  trzeba  powyciągać i malowniczo rozstawić całe  badziewie, jakie  się znajdzie, a  im większe, tym lepsze… i to oczywiście  wzbudzi  zainteresowanie …
a na  pytanie  “ po kiego diabła ta rewolucja?”  odpowiadamy z lekką pretensją, żeby nie  gadał za dużo, tylko brał się do roboty, bo trzeba szybko tu posprzątać   - właśnie  jedzie  do nas znajomy i  wiezie kurczęta oraz inkubatory,  bo  akurat  tutaj jest najlepsze miejsce  za hodowlę…..
zzielenieje  na pewno!
czasem lubię o sobie myśleć,że  przezorna i roztropna kobitka ze mnie – i nie przeszkadzają mi  w tym wcale a wcale   zamierzchłe, a także całkiem  nowe zdarzenia  dowodzące niezbicie,   iż  to nie zawsze  jest prawdą. ryzykując  w tym miejscu  całkowitą utratę twarzy i  resztek godności, przytoczę w tym miejscu  najświeższe zdarzenie   rodem z filmu -  i zapewniam, ze   moje szczytowe, jak sądziłam  osiągniecie w postaci niedomkniętych  drzwi w myjni automatycznej to mały pikuś.   nie sądziłam ,ze uda mi się to kiedykolwiek przebić…  ale  jak wiele razy poprzednio, myliłam się…
otóż:
mój  Czcigodny i ja  odwoziliśmy znajomego do  domu. w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w znajomych delikatesach, z dużym , wygodnym parkingiem… zrobiliśmy, co zrobić należało  i ruszyłam grzecznie za Czcigodnym w kierunku samochodu. dotarłam. wsiadłam. poprawiłam płaszczyk,  dałam upust próżności poprawiając włoski… rozejrzałam sie dookoła , konstatując, ze ładnie  wyczyszczono wnętrze samochodu po ostatnim przeglądzie.
no dobrze, ale gdzie mój  Czcigodny?  rozglądam się….. i widzę, mojego własnego  Męża  siedzącego w samochodzie obok – dodam; w naszym samochodzie!
wlazłam komuś do auta!   a drobiazgi w postaci jasnej tapicerki i ładu  ogólnego  w ogóle nie  skłoniły mnie do zastanowienia:) jak to dobrze, że w środku nie było  właściciela, bo spaliłabym się chyba ze wstydu:)  albo, mógłby być tak samo przytomny jak ja, sądząc po tym , ze nie zamknął samochody mieszkając   w Polsce …i  mogło by być naprawdę ciekawie;)
żyjecie jeszcze, czy śmiech już Was zadusił?
bo ja  ledwo żywa do domu wróciłam… nie zdziwiłam się bynajmniej, że coś takiego mi się przydarzyło,  bardziej niezwykłe  było to, że dopiero teraz:)
niech mi jęzor uschnie, niech nigdy więcej  wełny nie kupię jeśli to nieprawda…
i w tak radosnym nastroju, porzuciłam wszelkie odpowiedzialne prace domowe, wymagające kontaktu z  gazem, wodą albo urządzeniami elektrycznymi , jako zbyt niebezpiecznymi dla mnie (każdy pretekst dobry1), i pochowałam niteczki w  kamizelce      wg wzoru Goodale
 DSC08172 DSC08113 DSC08107 

po farbowaniu   merino dk na zamówienie, zostały mi dwa moteczki… a ze pomyślałam sobie, ze   dwóch to nikt nie kupi, zabrałam się za dzierganie kamizelki – i udało się – wystarczyło idealnie – zostało mi może ze trzy metry włóczki.
wzór podoba mi się  baaardzo:)   zrobię jeszcze jeden  -  bardziej sweterkowaty,  z szarej wełny tweedowej,  tzw fabrycznej, kupionej na e-bayu  dawno temu
pozdrawiam i idę spac – ciekawe, co wydarzy się jutro?
.. czyli przytargałam z Szarotkowa  kolejny kłębek wełny estońskiej.  tym razem połączenie   żywej czerwieni, bordo i różu…  brzmi ryzykownie?  brzmi.
nie taki jednak diabeł straszny, jak go malują, zestawienie, aczkolwiek  odmienne od  wszystkiego  do czego jestem przyzwyczajona,  daje się    dość łatwo zaakceptować. 
i mam   dodatkowy zastrzyk energii podczas  szarego przedwiośnia:)  
i będę bezpieczna na drodze:)))


MARZEC 101
MARZEC 105

wzór to Swallowtail
wełna estońska,  kupiona od  Małgosi na Szarotkowie, druty  nr 4 , zuzyłam  ok 100 gramów wełny
cóz ja na to poradzę, że  prosto z jesienno zimowej depresji popadam w wiosenne osłabienie?  i   każda malutka , nawet  taka  tyci-tyci przeszkoda , ba  nawet nie przeszkoda, tylko utrudnienie urasta to rangi  problemu na skalę wszechświata?   i przytłacza , i przygniata,  i dusi…  i jak   robić swoje z tak niewyobrażalnie wielkim garbem na plecach?  z całą pewnością trudno. 
i nawet na drutach robić się nie chce…
jakkolowiek zabawnie bądz idiotycznie to  nie brzmi,  brak chęci dziergania traktuję  z całą powagą na jaką  mnie stać:)  a to dlatego ,że  to   bardzo ważny  wskaźnik  dobrostanu psychiczno-emocjonalnego – przynajmniej u mnie.  no bo jak to tak:   nie chce ci się robić tego, co  w innych  okolicznościach daje tyle radości?  znaczy się:  nie jest dobrze…
i dzięki takiej z pozoru głupiej, błahej rzeczy wiem, że  należy  COŚ zrobić. a to  już bardzo dużo…
i wiem już skąd  biorą się te  piekielne pobudki  o   trzeciej nad ranem… (to za wczesnie nawet dla mnie.  i  ileż  razy można oglądać powtórki  “ seksu w wielkim mieście” ?)
i  cały  ten  bałagan powoli zaczyna się  układać - przestawiam się na działanie:  realizuję zadanie – wydostać się z dołka. można wyskoczyć , jeśli ktoś potrafi, można  budować  konstrukcje wspomagające, można się wyczołgać, można wypełznąć .. nie ważne jak, byle się wydostać (oczywiście   niewskazane  są tu czynności przeczące zdrowemu rozsądkowi, moralnie niepewne lub szkodzące zdrowiu:))  moja ulubiona metoda to “ małe kroczki”
na początek-  kroczki do  lasu:) dotlenić się porządnie, bo mówiąc  obrazowo i  może niezbyt elegancko: co może wymyślić mózg, który zaczyna  kisić  się we własnym  sosie? jak ma właściwie oceniać sytuację?  jak ma mnie  prowadzić? 
przewietrzyć drania!  
do  dzieła!
o  szóstej   rano w lesie jest  pięknie… o innych porach  też, ale teraz jest tylko dla mnie… mam więc czas zeby  spokojnie, nie myśleć o niczym…  niektórzy  zalecają przytulanie sie do brzóz w celu zaczerpnięcia energii życiowej,  próbowałam  tego nawet ale po  dwudziestu sekundach   takich przytulanek   czuję się  jak  …   przyjmijmy: niespełna rozumu.dałam sobie zatem  spokój.  zrobiłam   za to parę zdjęć, ze specjalną dedykacją dla Sów:))

CONVAR25          CONVAR16 CONVAR36  MARZEC 076
CONVAR66

nawet kiedy patrzę na te zdjęcia, robi mi się lepiej – nie chodzi o to ,że są   dobre czy coś z tych rzeczy…  po prostu  przypominam sobie jak było:) fajnie powłoczyć się bez widocznego celu.. a  ostatnio wstaję na tyle wcześnie, że i spieszyć się nie muszę… i tak wrócę na czas…

na zakończenie  coś “na temat” , troszkę od czapki , ale już od kilku dni   to zdjęcie wisi na ravelry, więc należy zakończyć temat, zeby nie   stracić o sobie nowo-zbudowanej ,  dobrej opinii:))

 5519011991_f6676cef9d
“moja” wełna bfl sock, niecałe dwa motki, druty 3,5
teraz  czas  na dołączenie  kolejnych kroczków – uporządkuję   biurko! będzie się działo…
pozdrawiam
albo nawet skowronek do kwadratu… i że to niby ja:) swojego czasu robiliśmy sobie  test  na  typ chronologiczny.  mój wynik wskazywał  niezbicie, ze  nalezę do   chronotypu “skowronek”. brzmi  ładnie, czyż nie?  czyli: szczyt mojej aktywności przypada na    godziny poranne, zaś wieczorem  padam  wypompowana  i wyflaczona mniej więcej   w okolicach godziny ósmej.  tak mówi teoria-  i jest  to  ten rzadki przypadek, kiedy  rzeczywistość  i teoria idą zgodnie w parze… 
i żyłby sobie człowiek zgodnie z naturą i byłoby pięknie, ekologicznie i zdrowo…  ale jak wiadomo, cały swiat  sprzysięga się przeciwko    jednostce, jak zwykle:) otóz  stwierdzam stanowczo, że żyć  w  zgodzie nie mogę, bo    po pierwsze,   moja lepsza połowa jest sową-  czyli  ma zwyczaje dokładnie przeciwne niż  ja i  jeśłi mamy się   widywać po pracy, po  codziennych czynnosćiach domowo-dziecio-obsługowych, muszę  przystroić w sowie piórka i  wytrwać  mniej więcej do   jedenastej wieczorem.     a   skowrończa natura każe mi wstawać często , gęsto o  3-4   rano.  to nawet fajny moment, bo  hałasować nie wolno … można za to    spokojnie usiąść,   wypić kawę , podziergać… nie jest źle:)
dzisiaj  pobudka nastąpiła o trzeciej  i mam tutaj podejrzenia, że  pobudka nie była ot, tak sobie – tu zadziałał czynnik zewnętrzny –  właśnie wyschła wełna, którą zamierałam  prztestować.  ufarbowałam ją tak, aby  kolory układały się w robótce pionowo, czyli   zupełnie nie tak, jak  natura chciała:)
nawet śmiesznie to wychodzi, bardziej niż zwykle nie mogę doczekać sie momentu blokowania, kiedy ujawni się (pobożne życzenie) cała uroda  szala:)


luty 208

bardzo proszę moje Muzy  o dalsze wsparcie:) Muzy słyszą? kciuki trzeba trzymać!
a skowronkom chyba  czarną  szmatą głowy  przykryję, bo jest zapiątek,a   przydałoby się jednak od czasu do czasu wyspać… bo niestety  żaden ze mnie Napoleon ani Pani Thatcher, którzy  opędzali się  czterema godzinkami snu. dla mnie  brzmi to bardziej jak drzemka:) ja musze  przynajmniej  siedem godzinek  przeleżeć w łożeczku
pozdrawiam
… albo   leniwa  Mysza, zależy z  której strony  sprawę rozpatrywać.  moim skromnym zdaniem, obie nazwy pasują  w  miarę nieżle.
otóż: zabrałam się za dzierganie  szala   “Sofia Kiri”


luty 133
luty 137
i od razu widać   dlaczego uboga Zośka  tudzież leniwa mysza
po pierwsze: nie  raczyłam uwzględnić  faktu istnienia bąbelków   - ignoruję je konsekwentnie od początku do końca
po drugie: wybrałam kolor popielato – srebrzysty, skromny
po trzecie: dziergam  to i dziergam, i wydziergać nie mogę:) chociaż tutaj   mam świetne usprawiedliwienie:  bo ja się Moje Drogie  delektuję:) bo   dziergam z angory,  która mam miękkość obłoczka. co prawda ,  tochę kudłaty  ten obłoczek, ale  wrazenia   dla  “macadysty, macajacego, macanta:)))”   są  niepowtarzalne.
i co ? obie  nazwy pasują:) i bądz  tu teraz mądry…
pozdrawiam

Blog Archive

Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy