albo nawet skowronek do kwadratu… i że to niby ja:) swojego czasu robiliśmy sobie  test  na  typ chronologiczny.  mój wynik wskazywał  niezbicie, ze  nalezę do   chronotypu “skowronek”. brzmi  ładnie, czyż nie?  czyli: szczyt mojej aktywności przypada na    godziny poranne, zaś wieczorem  padam  wypompowana  i wyflaczona mniej więcej   w okolicach godziny ósmej.  tak mówi teoria-  i jest  to  ten rzadki przypadek, kiedy  rzeczywistość  i teoria idą zgodnie w parze… 
i żyłby sobie człowiek zgodnie z naturą i byłoby pięknie, ekologicznie i zdrowo…  ale jak wiadomo, cały swiat  sprzysięga się przeciwko    jednostce, jak zwykle:) otóz  stwierdzam stanowczo, że żyć  w  zgodzie nie mogę, bo    po pierwsze,   moja lepsza połowa jest sową-  czyli  ma zwyczaje dokładnie przeciwne niż  ja i  jeśłi mamy się   widywać po pracy, po  codziennych czynnosćiach domowo-dziecio-obsługowych, muszę  przystroić w sowie piórka i  wytrwać  mniej więcej do   jedenastej wieczorem.     a   skowrończa natura każe mi wstawać często , gęsto o  3-4   rano.  to nawet fajny moment, bo  hałasować nie wolno … można za to    spokojnie usiąść,   wypić kawę , podziergać… nie jest źle:)
dzisiaj  pobudka nastąpiła o trzeciej  i mam tutaj podejrzenia, że  pobudka nie była ot, tak sobie – tu zadziałał czynnik zewnętrzny –  właśnie wyschła wełna, którą zamierałam  prztestować.  ufarbowałam ją tak, aby  kolory układały się w robótce pionowo, czyli   zupełnie nie tak, jak  natura chciała:)
nawet śmiesznie to wychodzi, bardziej niż zwykle nie mogę doczekać sie momentu blokowania, kiedy ujawni się (pobożne życzenie) cała uroda  szala:)


luty 208

bardzo proszę moje Muzy  o dalsze wsparcie:) Muzy słyszą? kciuki trzeba trzymać!
a skowronkom chyba  czarną  szmatą głowy  przykryję, bo jest zapiątek,a   przydałoby się jednak od czasu do czasu wyspać… bo niestety  żaden ze mnie Napoleon ani Pani Thatcher, którzy  opędzali się  czterema godzinkami snu. dla mnie  brzmi to bardziej jak drzemka:) ja musze  przynajmniej  siedem godzinek  przeleżeć w łożeczku
pozdrawiam
… albo   leniwa  Mysza, zależy z  której strony  sprawę rozpatrywać.  moim skromnym zdaniem, obie nazwy pasują  w  miarę nieżle.
otóż: zabrałam się za dzierganie  szala   “Sofia Kiri”


luty 133
luty 137
i od razu widać   dlaczego uboga Zośka  tudzież leniwa mysza
po pierwsze: nie  raczyłam uwzględnić  faktu istnienia bąbelków   - ignoruję je konsekwentnie od początku do końca
po drugie: wybrałam kolor popielato – srebrzysty, skromny
po trzecie: dziergam  to i dziergam, i wydziergać nie mogę:) chociaż tutaj   mam świetne usprawiedliwienie:  bo ja się Moje Drogie  delektuję:) bo   dziergam z angory,  która mam miękkość obłoczka. co prawda ,  tochę kudłaty  ten obłoczek, ale  wrazenia   dla  “macadysty, macajacego, macanta:)))”   są  niepowtarzalne.
i co ? obie  nazwy pasują:) i bądz  tu teraz mądry…
pozdrawiam
nadeszła wiekopomna chwila…
po latach   daremnego  wyczekiwania i chlipania po kryjomu w rekaw;)  otrzymałam  kartkę  Walentynkową:
od dziecka własnego, silnie małoletniego

luty 068 luty 067

z akcentami humorystycznymi   - Balentynka i koham  - biją wszystko na głowę:)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy