…czyli    wyrabiamy resztki. 

już  jakiś czas  temu okazało się , że   nawet  te łądne  kartonowe pudła  z  Leroy   mają  swoją pojemność… ale  czy to  dało  mi do  myślenia ?  czy to mnie  zraziło?  czy skłoniło do refleksji?   no  gdzieżby!  kierując  sie   swoistą logiką    przeniosłam   kartony do  garderoby,   bo  stoi toto   puste…  ja   tam  nie zaglądam, to  nie denerwuję się nadaremnie.   w  kanciapie zrobiło   się zatem   wolne  miejsce    - ustawiłam  więc  koszyk  wiklinowy   na  przydasie  wszelkiego  rodzaju… bo to ładne I pożyteczne  będzie… 

domyślacie się  już dalszego  ciagu?

tak,  z koszyka  wysypują się  motki…   głównie końcówki  z farbowań, które  trzymałam   na  wszelki wypadek , jak również dlatego, że w  chwili  , kiedy  je tam   odkładałam ,  widziałam  w nich   czapki ,szaliki,  skarpety    itp.   I  ja miałam  te   czapki,  szaliki, skarpety   wydziergać . w końcu  lubię , czyż nie ?

I jak   to się  już tak  ostatecznie    wysypało ,  ogarnęły  mnie wyrzuty  sumienia … że   leń, że  wariatka …  I inne  takie raczej nieprzyjemne

no to się wzięłam, to się zawzięłam :  wyciągnęłam  motek   amarantowego  Deliciousa .  zaczęłam dziergać  tunikę dla  Ali.

w okolicy  brzuszka   rozczuliłam się  jakie  to   mam  duże dziecko    I że   jeden  motek   to  jednak mało…. potrzebny kolejny  amarantowy.   nic z tego ,   amarantu  brak!    na szczęście   napatoczyła mi   się popielata Baśka .   pasowało   pod względem  grubości, zatem    nie rozpraszam  sie,  dziergam , dziergam, dziergam ….

udało sie! 

dwa motki  przetworzone!

DSC09226DSC09229DSC09230


czyli:
hipnotycznie- obrzydliwe  ciasteczka  o  niebiańskim  smaku…
idealnie kruche,  trochę  słodkie, trochę  słone, z  delikatną migdałową  nutką …
pyszne….
paluszki  wiedźmy


DSC09050
DSC09035
DSC09052

przepis   podejrzany  na   blogu Moje wypieki  i wymuszony  tzw  okolicznościami przyrody.

moje dziewczynki  zostały zaproszone  na przyjęcie   w  ubiegły czwartek, a ponieważ  bardzo, ale to  bardzo   chciały iść, musiałam się   nieco  postarać i wykonać  potrawę  tematyczną . 

wyszło  fajnie ,   dzieciaki  były  zachwycone
 o to  chodziło…

 

spokojny  weekend   w  ostatnim  czasie….

całe  dwa dni  bez konieczności wychodzenia z  domu…

bajka…

w  takie dni nawet  mycie  podłogi   ma   jakiś  optymistyczny   wyraz,  prasowanie może  być przyjemne… nikt   nie goni , nikt nikt nie popędza…

Żadnych  terminów  na wczoraj, żadnych  dodatkowych  obowiązków…

tylko my, nasz  czas,  nasz dom…

 

I dzieciaki  wystrojone w nowe  czapy :

 

DSC08885

DSC08894DSC08899DSC08904

DSC08881

 

o wszystkim innym pomyślę   później….

 

technikalia:  dziewczyny  wystrojone  zostały w czapy dziergane wg. wzoru  Sand Bank,  udostępnionego   mi  hojnie  przez Lete

użyłam  włóczki Unique   oraz  drutów 3,5  I 4.   Unique jest    nieco  cieńsze  niż  włoczki  używane w   oryginalnym wzorze , ale  zastosowałam   je celowo,    ponieważ  bez konieczności    przeliczania   oczek    otrzymałam  czapy   pasujące   na łepetyny dzieciaków. zyżyłam  jeden   cały motek I  odrobineczkę   następnego , więc   pewnie  pojawi się   seria   mitenek  w  tym kolorze.

pozdrawiam

marta  

 

bardzo  lubię , kiedy  dostaję zamówienie   na kolor , który nie    występuje   w palecie  kolorów  sklepu…

jest  wyzwanie,

jest  zabawa,

jest impuls  do próbowania  czegoś  nowego …

tym  razem    wyszło tak:

 

DSC08751

DSC08752

DSC08749

DSC08720

 

podoba się  Wam?  iść   dalej  w tym  kierunku?

 

pozdrawiam

marta


popełniłam,  ale nie dla siebie…

DSC08232DSC08234DSC08238DSC08241DSC08243
metryczka:  wzór   “z głowy”,wełna  to   Silky Alpaca  Fingering ,  z mojego własnego  farbowania , 3 motki  po 100 gramów, druty  nr 3,5

…  bo  czasy,  kiedy  mogłam  kupić 300  gramów wełny  I  zrobić z tego  sweterek,  mam   juz dawno za sobą .  nawet  Lola , która jest  optymistyczną  wersją  mnie , nie  pasowała  do  sweterka   jak   ręka do rękawiczki.  Pani Dorota, na szczęście , owszem.  I nawet  poły   były tak  wydłużone, jak miały być…
mimo wszystko  projekt  był mocno  ryzykowny…

dlaczego?

a dlatego , że  sweterek   powstawał  w “technologii prawie  bezszwowej”  -  wydziergałam   korpus w  całości -  od dołu.  rozdzieliłam     robótkę na wysokości pach  (tu każdą część  wyrabiałam odobno)  a szwy ramion zamknęłam  używająć techniki  three  needle bind –off (dzięki  temu szwy ramion   zostały ładnie ustabilizowane) .   rękawy   wrabiałam rzędami  skróconymi, podejrzałam to  u  Fiubździu  - i odtąd trudno  mi się z tą  metodą rozstać ,  a potem dziergałam  w kierunku od ramienia w  do nadgarstka

czyli:

jeśli  okazałoby się ,że coś jednak  należałoby  poprawić    w korpusie , to  musiałabym  ciąć dzianinę na odpowiedniej  wysokości  I  dorabiac  odpowiedni obszar   na nowo , albo  pruć   rękawy I część  korpusu … obie czynności  potencjalnie  stresujące 
gotowy, prawie  bezszwowy  sweterek  wygląda świetnie, ale  najlepiej  byłoby mierzyć   go w trakcie roboty  co  chwilę, w przypadku  obcej  osoby  trudno czasem przeprowadzić.   ja dziergałam   na własne ryzyko,  prucie nie  jest   dla mnie tragedią, miałam  szczęście  I   wyszło   fajnie,

ale :

przy drugim sweterku, pomimo  zrobienia  I  blokowania próbki , czeka mnie prucie totalne!     za szczypły wyszedł  skubaniec!   poły za mało wydużone …
gdybym robiła  klasycznie , w częściach, przerobiłabym przody I to by  prawdopodobnie    wystarczyło.
na szczęście dramatu nie ma , lubię dziergać Smile 
właśnie to  mam zamiar robić  przez cały dzisiejszy wieczór
pozdrawiam

… za parę  chwil   będzie   można nazywać  to  antykiem.   przypomniało  mi się, bo tak jakoś  zimnawo jest  juz wieczorami…  będzie  zatem o pledzie …

uszyłam   I  “oddałam  do  uzytku” w   styczniu, o  zgrozo, sklerozo I  leniozo ! 
pocieszam się trochę, ze  może dobrze się stało, ze tak  długo z tym zwlekałam, bo   przy  okazji   widać ,   jak    taki  pled   wygląda   po  paru miesiącach  intensywnego uzytkowania    przez   dzieci , psa kota I królika .  prany często.  prany bez   sentymentów I  rozczulań w pralce, przy użyciu   zwykłego  proszku  do prania  (tylko   nie  odwirowuję zbyt mocno, zeby   nie był  zanadto  pognieciony,  bo   dodatkowe prasowanie  jakoś mnie odstręcza )

stan obecny:

DSC08641
  DSC08640

a  to zdjęcie  ze stycznia:

DSC06164

chyba nie jest  źle …

pled    uszyty   jest głównie   z  bawełny kupionej  na  allegro, nie wiem czy   była  polska  , czy  nie  , w każdym  razie  miała  bardzo  fajną cenę w  porównaniu z      typowymi  bawełnami  patchworkowymi .   spód   zrobiłam z   materiału z  Ikei (miały być zasłonki   do kuchni, ale  koncepcja , jak zwykle zmieniała   mi się na  bieżąco)

Odnośnie  zmienności  koncepcji :    zaplanowałam uszycie    wzoru  Chinese Coin 
uwielbiam  połaczenie  rózu  I brązu…   okazało się  jednak, ze  szyć się  chce, ale   brązu   mam  zbyt  mało…  a  jakoś  tak    bezkaśna   byłam , to uszyłam  tak jak mi  wychodziło. 

kiedyś  uszyję  I  Chinese … 
...ale to  potem  , bo teraz czeka na pikowanie  kołdra dla Karolinki:   muszę ją  jeszcze trochę   lepiej   pofastrygować  (można   tak   powiedzieć ?  jest takie  słowo?)  I do dzieła !


DSC08627


aha, przewinęłam też  wełnę na  ciepłe skarpetki…

… a  przede  wszystkim  brak   rozwagi  I  opanowania?   łatwo   mi to  jednoznacznie  ocenić  -  teraz ,  po fakcie . 
nie dalej niż trzy  tygodnie temu  sprawy miały  się    jednak  zgoła  inaczej ,   niewinnie  i  beztrosko.  
a  wszystko  przez to, ze  zmiękło mi serce ….  ulitowałam się….   wyciągnęłam  z  czarnej  otchłani    worek   z     czesanką . I to  nie  byle  jaką -  to  była  alpaka z  jedwabiem.  a   że czas   był  wyjątkowo  niesprzyjający  i zabiegany  ,   zaplanowałam   sobie  odświeżająco-  relaksujący    seansik  przy  kołowrotku.

I  zaczeło się :

jedna szpula , druga szpula , trzecia szpula…
jeden dzień , drugi dzięń,  trzeci  dzień …

siedziałam  przy  kołowrotku w   każdej  wolnej  chwili,   sprzątanie    nie  ucieknie, w  kuchni  specjalizuję   się w  daniach  szybkich  I przyjemnych.

Seansik skończył się  po     sześciu  motkach  grubasów , podwójnie  skręconych . łącznie   skręciłam  około  900 gramów  gotowej   przędzy


DSC08202
DSC08211

DSC08214


no  dobrze ,  ale  gdzie tu zbrodnia ?  a gdzie  kara ?

juz tłumaczę:    w  zapalczywości  swej i   całkowitym  braku  umiarkowania   w   przędzeniu ,  prawdopodobnie  na skutek  niewłaściwej  pozycji   I  nadmiernego przeciążenia ,  naderwałam  sobie  w   kręgosłupie   COŚ.   I to  COŚ    spowodowało  tak  cholerny  ból  ,ze   zaryzykowałam  spotkanie  z   medycyną Winking smilewłasciwie to  tylko  ruszanie oczami okazało się  bezbolesne .    na  szczęście  medycyna stanęła na   wysokości  zadania  i    wróciłam    do  domu z   jakimiś     lepszymi    pigułami.   I z  zaleceniem  ,zebym sie  u licha jasnego,  oszczędzała!  I  moze  nawet     zawarła  bliższą    I   bardziej   długotrwałą znajomość z  medycyną.  no, żesz!!!!  tyle  lat  udawało nam  się   nie zbliżac  do siebie  zanadto  , a  tu  taka  siurpyza!  rozczarowanie  wielkie !
 tym  bardziej, ze robienie  na   drutach jest  chwilowo,  hm … niezbyt przyjemną czynnością.


a  mówią ,ze głupota nie boli…    racja  -  nie boli.  Nap…….  jak  jasna cholera! we wszystkich   możliwych  obszarach


ps.  ale  wełna   udała mi się  całkiem , całkiem ….

Hania    nadała   sprawę :  potrzebna   jest   żólta wełna.  
mówisz i masz  -  dostałam  całkiem  świeżą dostawę  wełny od  Zitrona,  (z tego   powstaje  poźniej  mój   Unique  i Sock). wiec    zabrałam się   do  pracy  od razu.    
dobrze  mi szło:  pewnie przez  to , że podczas  odwojania  wełny ze szpuli  konczyłam oglądać  House’a .  koniec końców ,  zamiast   zamówionych   czterech   ufarbowałam     trzydzieści  motków  w  róznych odcieniach  żółci  ... 
mamy zatem        cytrynę ,  słonecznika,   zółc  róży  herbacianej ( to się  chyba nazywa żółć  neapolitańska, ale nie dam sobie głowy  uciąć)
 
DSC07853
DSC07871
DSC07875
musi  jeszcze tylko ociupinkę  podeschnąć  :  wystarczy  dla   Hani  i   dla  innych spragnionych   żółtej  wełny






…  myszoptica , jak  każdy  ssak odznacza się  całkiem    sporym   mózgiem  , co  sugeruje ,   iż   można  spodziewać  się , ze  rozum  swój ma.    wielkość współczynnika  masy   mózgu  do   masy ciała   sugerujące     jakość  procesów  myślowych  wykazało  znaczącą   sezonową zmienność. najniższe wartości  obserwowane są   zimą,  wyższe  latem…  należałoby   zatem spodziewać się, że   podczas  trudnych  warunków  pogodowych , zwłaszcza   zimą, przy  znacznym  niedoborze  światła słonecznego      myszoptica   może wykazywać   pewnego   rodzaju  ociężałość  umysłową .  może  prowadzić to  do   sformułowania  tezy,  ze  dla   uniknięcia   niebezpieczeństwa  ze strony licznych  drapieżników  podczas  tego    niedogodnego  okresu myszoptica:

1)  migruje  do    ciepłych  krajów
2) hibernuje
3) zaszywa  się w   upatrzonej  kryjówce  do czasu  ustąpienia  niekorzystnych warunków pogodowych

obserwacje  w terenie   bardzo szybko  wykazały , że     migracja    nie   jest  możliwa ze  względy  na    stanowczo  zbyt   mały  portfel   myszopticy.      do rozważenia   i udowodnienia pozostają zatem dwie  pozostałe  tezy.    ze względu  na rzadkość występowania   myszopticy    badania  będą   trudne  I  długotrwałe.    jedynym   bezspornym    faktem  wynikającym z   często sprzecznych ze  sobą  informacji   jest to, ze wiosenne pojawienie   się  myszopticy       pozostaje ściśle skorelowane  z   zakończeniem  hibernacji  ropuchy  szarej , co   zdaniem,  niektórych  badaczy  świadczyć  może  o   bliskim   pokrewieństwie  tych  dwóch  gatunków

***

DSC07223


DSC07226


ładne?   to już  kolejna   mieszkanka  naszego  ogrodu,   bo  na tego   wygodnickiego  z  grzbietu nie ma  co  liczyć , bo   to  tylko   durny chłop  jest  i polezie w siną dal …



skoro   krewniaczki    postanowiły  powrócić    do  aktywności ,  cóż pozostaje mnie ?   powracam   i ja … 
I na  początek ,  pozostając  w  temacie   szarości , trochę się  pochwalę :

uszyłam     bluzkę  z dzianiny !  może  niezbyt  ambitną, ale   nie  będę  nadmiernie cudować  na początek , żeby  w  kompleksy  nie  popaść …  korzystałam    darmowych wykrojów  papavero,  odpaliłam  maszynę ,  poklęłam   nieco  zwyczajowo  i już  jest…


DSC07303


DSC07309


zebrałam  się na  odwagę  i   przeszłam  się    do  koleżanki w  tymże    “dziele”    i    ani nie  patrzyła dziwnie , ani  nie   zapytała ,  czy  sama   szyłam  (zakładam  zatem , ze   nie  jechało  amatorszczyzną   na  kilometr !)  to dla mnie     prawdziwy  kamień  milowy -  może  i coś z  tego będzie ?
zdjęcia  niezbyt  optymistyczne  , bo  robione w  czasie    pięknej  i słonecznej “ inaczej”   majówki
i   uciekam już ,  bo podczas pisania    rozdęłam  się   dumy  jak   ropucha…     czyżby coś  jednak  było  na rzeczy z  tym  pokrewieństwem?  I będę    teraz  raczej  często gościć , bo   mam   tyle zaległych rzeczy do  pokazania, ze   hej…
…znaczy-  ku wiośnie.   
zatem ,  zgodnie z  moją   osobisto-logiczną    tradycją   mogę   pokazać    nową czapkę  zimową…  Rosebud.     trochę  na przekór, bo  z wiosną   to trochę   jak  z wodą w  czajniku:  kiedy  patrzysz , gotuje  się  całą   wieczność…  nastawiam się  zatem  na noszenie  czapki. w każdym  przypadku   będę  wygrana: albo  odłożę  ją  szybko  do szafy  I będę   cieszyć się   pogodą, albo  będę  cieszyć się czapką, a moje  zatoki  pokochają  mnie  przeogromnie 
DSC06686DSC06667DSC06682
czapkę  wydziergałam  z e  100 gramów  Merino  Ulubionego,  druty nr 4.   po  zakończeniu ściągacza nie zmieniałam  drutów na większe  i nie dodawałam  oczek , żeby  uniknąć    “efektu  pieczarki” (uchroniła  mnie  przed tym Ewa-Konewa, która  zechciała podzielić się ze mną swoimi spostrzeżeniami z dziergania  tego wzoru)
jestem więc   gotowa   na każdą   ewentualność,
ale
to  jeszcze  nie koniec:
Viola wezwała  mnie do tablicy…
1. Który okres w swoim życiu uważasz za lepszy - obecny, czy czasy młodości.

- stanowczo I zdecydowanie:  obecny.  coraz rzadziej  przeglądam się w  oczach  innych  ludzi, coraz rzadziej  muszę coś  udowadniać… to miłe…
2. Jedna miłość na całe życie, czy też "każda miłość jest pierwsza"?
  myślę, że  kiedy ma się szczęście I  trafi się na właściwego człowieka, to  jest szansa, ze uczucie przetrwa całe życie.  a kiedy ma  się  jeszcze większe szczęście ,  znajdzie się   go  wcześniej  niż przed   70-siątką….

3. Morze, czy góry - gdzie lubisz wyjeżdżać na wypoczynek?
ha! nie  lubię wyjeżdżać.   kiedy  życie mnie przymusi, wytrzymam  może  ze  cztery dni I  jestem  gotowa do powrotu….  ale  łatwiej  wytrzymać mi nad  morzem….
4. Domatorka czy globtroterka - czyli relaks we własnym ogrodzie czy podróże sprawiają Ci więcej radości.
stanowczo I zdecydowanie:  relaks we własnym ogrodzie

5. Nowinki techniczne czy przywiązanie do tradycji - gonisz za gadżetami, masz najnowszego notebooka, jesteś przyssana do FB, czy też wystarcza Ci stary model komórki, sprawdzony wysłużony aparat fotograficzny i nie lubisz uczyć się obsługi coraz to nowszych programów komputerowych?
przywiązanie do tradycji: telefony, komputery, aparaty wymieniam, kiedy  wyzioną ducha – staram się nie produkować zbędnych  elektrośmieci.  
6. Kawa na mieście z przyjaciółką czy spotkanie w domu przy ciachu i w fotelu?
w  domu przy domowym ciachu

7. Politykę omijasz z daleka, czy też lubisz wiedzieć, co w trawie piszczy?
lubię -   a  nawet pasjonuję     I ciągle mnie  zdumiewa….
8. Powieść czy poezja - co lubisz bardziej czytać?
częściej   czytam  powieści, ale słowo w  poezji ma wyjątkową moc…

9. Rock czy poezja śpiewana - czyli jaka jest Twoja ulubiona muzyka?
najwięcej  serca mam  do bluesa  I  jazzu, ale wychowałam się na  rocku, wiec  mam   do niego szczególny sentyment . a w  ogóle to mam  pierwszy stopień  umuzykalnienia :  kiedy grają , to  słyszę….

10. Grzeczna i poukładana, czy szalona i nieprzewidywalna? Jaka jesteś?
raczej  grzeczna …  spokojny ze mnie człowiek

11. Praca na etacie, czy sama wolisz być sobie szefem?
najważniejsze  dla mnie to   mieć  pracę , którą  się  lubi…    a  ja akurat  lubię swoją  pracę  równięz dlatego, że    nie  jestem  trybikiem , który ma   być  naoliwiony na wysoki połysk I pracować  bezbłędnie.. udowadniając zawsze  i  wszędzie, że spełnia wszystkie  zalecane    przez  firmę  standardy... nie  trza było  do  korporacji iść:))))

    dawno, dawno  temu….  bo tak własnie zaczynają się  wszystkie  porządne  historie , które znam…  w małej  pracowni  na przedmieściu   wielkiego  miasta, przyszedł na świat   motek wełny.  nie był  szczególnie   mały, ani też  szczególnie duży,  po  prostu  taki w sam raz. zaraz  po narodzinach    wykąpano go troskliwie, po czym   rozwieszono w  zacisznym  miejscu ogrodu, aby wysechł  w łagodnych    promieniach   letniego  słońca.  I  kiedy tak sobie wisiał, zaczął rozmyślać nad   sobą I swoim  losem ; po   cóż  przyszedł  na świat?  rozejrzał   się dookoła  I dostrzegł   wokół siebie wiele innych motków.  były takie jak   on: nie za małe, nie za  dużę, takie w sam  raz… ucieszył się, ze  nie  jest  sam jeden, jedyny na tak   wielkim  świecie . I  już, już miał zapytać,  po co oni wszyscy  przyszli na świat, kiedy zdjęła go  nagła trwoga-   inne  motki wyglądały  jak  królowe I królowie ,  lśniący  w słońcu  jak  klejnoty,  cóż    powiedzą,  kiedy  on sam, taki  jeden, jedyny. ośmieli  się    zadać  im   to  pytanie?  milczał więc, kołysząc się w  objęciach  delikatnego  wiatru, a czas   płynął…. czyjeś troskliwe ręce     zwinęły go w węzełek, żeby było mu  wygodnie,   po czym trafił  do   wielkiego pudła,  które miało  być jego nowym  domem.  nie  był tam sam ,otaczało go  wiele  innych  motków, słyszał  Ich rozmowy.  sam jednak  milczał, zastanawiając się  co przyniesie  mu los.

I tak mijały  godziny, dni , miesiące…  nadzieja na  rozwikłanie dręczącej  go zagadki    gasła.
pewnego dnia  coś   uległo zmianie: stał się jaśniej  I przestronniej.  znowu pojawiły się ręce, które   znał już wcześniej.    ich palce   rozpoczęły niecodzienny  taniec, prosząc  aby  przyłączył się do  nich . były tak miłe I  czułe , ze  centymetr  po  centymetrze  podążył za nimi… a kiedy wydawało mi się że    taniec będzie  tak  trwał i trwał w nieskończoność, palce  odrzuciły  go  nagle I gwałtownie .  leżał  teraz na twardym stole, myśląc ,ze wszystko co  dobre  właśnie się   dla niego  skończyło. palce  tańczyły juz inny taniec… prawie całe  jego serce zostało przy nich , ale   niewielka  jego część ,została tu ,  na tym stole, samotna I  opuszczona.  jego świat  własnie się kończył…  pogrążony w czarnych myślach nie  mógł  uwierzyć, kiedy  palce  zbliżyły się  o niego  ponownie I  zaprosiły  do  tańca. jak on teraz  tańczył!  jak wdzięcznie  I lekko…   teraz  był  na powrót  jednością, był  taki szczęśliwy…  ręce   wykąpały  go  ponownie ,  ułożyły  do wyschnięcia… noc minęła  mu  na  rozmyślaniu o  radości,  która stałą się jego  udziałem…  czy to  był własnie cel  jego życia?

kiedy nastał ranek,  ręce pojawiły się znowu .  zabrały go w miejsce , którego nie  znał. postanowił być  dzielnym I rozejrzał  się  uważnie….  ku swojemu zdumieniu  zobaczył… siebie!   tak,  to  był  on, trochę dziwny,  ale  to  on, z całą pewnością!   oszołomiony, nie wiedział , co  ma  o tym   myśleć….  był    niespokojny  I  lekko nieufny… zaczął  sobie nawet  wyobrażać   najgorsze   z rzeczy które  mogłyby go  spotkać, kiedy   doszedł do   niego   z oddali  głos :”jaka ładna  chusta, dziękuję”
I już  wiedział,  I  był szczęśliwy

ależ pojeeeechałam….
DSC06412
DSC06420DSC06424DSC06449
technikalia:  wzór   to  mój wcześniejszy Moment  , włóczka  to  100 gramów  BFL 4-ply superwash ,   azurowa wstawka -   około 25 gramów   Sock’a .  obie włoczki z    mojej  Zagrody,  druty  Prym nr 4
dzisiaj   popołudniu leżymy.

zgodnie, solidarnie  i z upodobaniem...

na nowej podusi...






 
a  potem... 
może  ugotujemy coś  pysznego?
zobaczy się....
ostrzegam  na wstępie: będzie trochę  gadania , bo  długo mnie nie  było.

na wpół  przeżarta    prozą  życia odnalazłam  w sobie  zapał  do pisania... i  jakkolwiek  banalnie to   nie  brzmi, zapał sprowokowany  został  przez  nowy rok:  symboliczny początek,  nowe rozdanie, otwarcie , czy  jak  to  jeszcze   można  nazwać.   zapał   wspierany  nadzieją ,ze  od tej  właśnie pory będzie  inaczej,  lepiej... 

 nie jestem  znawcą   ludzkich   umysłów, ale chyba większość z nas emocjonalnie  odżywa   " o tej porze roku"  -  na  fali euforii   i   uniesienia  robimy plany,  listy  i  postanowienia,  których  zwykle  nie  dotrzymujemy, a potem  popadamy   w   coraz głębszą niechęć  do    siebie - przynajmniej   ja tak mam. 

tym razem, pierwszym moim odruchem  było -  nie mieć  żadnych  noworocznych   postanowień,  tak w trosce  o   zdrowi psychiczne:) po  namyśle  doszłam  jednak  do  wniosku, że   należałoby mieć   w życiu   jakąś  poprzeczkę,  kwestia   tylko,  na  jakiej  wysokości ją zawiesimy:  ma być odpowiednio - nie za wysoko i  niezbyt nisko. a że  żadna  nauka w  las nie   idzie,  stanęła mi przed  oczami    zasada  wniesiona  z  korporacyjnych  szkoleń:  mówi ona, ze  przy określaniu  celów  należy zastosować regułę SMART:

każdy cel,  powinien  spełniać  następujące  kryteria:

S - specyficzny - czyli określony:   zamiast   zadbam  o siebie, lepiej  powiedzieć   -np.  będę chodzić na  base, albo zrobię  badania  

M-  mierzalny -  czyli : jak   sprawdzę  realizację  celu - jeśli trzymamy się przykładu basenowego  - będę zakreślać   kółka  na kalendarzu  ściennym, czyli będę   widzieć   ile razy  wybrałam się na  basen  i jak  jestem  zaawansowana  w realizacji celu

A-  ambitny -  cel  ma  stanowić  wyzwanie, ale...

R-  realistyczny -  dajmy sobie szansę na  zrealizowanie  go... np: mogę zaplanować, ze będę chodziła  na   basen  codziennie, ale  czy   dam  radę?  czy  wymięknę po  dwóch tygodniach i  odpuszczę sobie?
i na koniec
 
T -  w  jakim   terminie planuję osiągnięcie  celu?   kiedy  rozliczę się z realizacji?


przeanalizowałam   swoje  cele pod tym  kątem i  z postanowienia:

będę lepiej zorganizowana , co  było  niemalże z góry skazane  na porażkę,wyszło  mi: 

-kupię  lepszy  kalendarz, taki ,żebym  mogła nosić  go zawsze  przy sobie.  drugi na biurku: stacjonarny. i co najważniejsze  - będę ich  używać!
-zrobię  orientacyjny plan dnia, tygodnia, miesiąca
-powieszę  tablicę  korkową  na   notatki związane ze szkołą,  rachunki domowe itp
-będę   kasować  niepotrzebne  maile, żeby  nie robił  mi się  w skrzynce  mailowej  dziki gąszcz,   gdzie nie mogę nic  odnaleźć

 ...  będę   trzymać kciuki sama za siebie, żeby to zrealizować:)   mówią,ze wystarczy   powtarzać  dane czynność  przez  dwa tygodnie, aby   weszły w nawyk... na to  liczę,  bo   tak niezorganizowanej    osoby jak   jak   nie widziałam   dawno... i    męczy mnie to  coraz  bardziej

ale , ale ... 

żeby  nowy rok   nie  kojarzył mi się wyłącznie  z   obowiązkami, zaplanowałam  jeszcze  jedną rzecz:

nauczę się robić na szydełku w stopniu  umożliwiającym  zrobienie    pledu.   pełna    nadziei  usiadłam  w  pierwszy  dzień   roku z książka przed nosem i zrobiłam takie  cośki:











trudno mi ocenić czy technicznie   jest  w porządku ,  bo  jestem    leworęczna, a zdjęcia   w  podręcznikach  są     dostosowane  raczej   dla praworęcznych,  wiec kombinuję.   wizualnie   jest  chyba  w porządku....  
muszę się  jeszcze nauczyć  jak  łączyć  poszczególne  kwadraty ze sobą  i  będzie  pledzik   jak ta lala.   moje  córy  czekają  już w kolejce   i zamawiają   kolejne, to się   nazywa wsparcie dla matki:)

szydełko to ta łatwiejsza część  planu... teraz pozostaje mi ta druga, ta wbrew  mojej  naturze...  trzymajcie  kciuki:) bo jak zwykle , w teorii to całkiem niezła  jestem:)









Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy