dzisiaj   popołudniu leżymy.

zgodnie, solidarnie  i z upodobaniem...

na nowej podusi...






 
a  potem... 
może  ugotujemy coś  pysznego?
zobaczy się....
ostrzegam  na wstępie: będzie trochę  gadania , bo  długo mnie nie  było.

na wpół  przeżarta    prozą  życia odnalazłam  w sobie  zapał  do pisania... i  jakkolwiek  banalnie to   nie  brzmi, zapał sprowokowany  został  przez  nowy rok:  symboliczny początek,  nowe rozdanie, otwarcie , czy  jak  to  jeszcze   można  nazwać.   zapał   wspierany  nadzieją ,ze  od tej  właśnie pory będzie  inaczej,  lepiej... 

 nie jestem  znawcą   ludzkich   umysłów, ale chyba większość z nas emocjonalnie  odżywa   " o tej porze roku"  -  na  fali euforii   i   uniesienia  robimy plany,  listy  i  postanowienia,  których  zwykle  nie  dotrzymujemy, a potem  popadamy   w   coraz głębszą niechęć  do    siebie - przynajmniej   ja tak mam. 

tym razem, pierwszym moim odruchem  było -  nie mieć  żadnych  noworocznych   postanowień,  tak w trosce  o   zdrowi psychiczne:) po  namyśle  doszłam  jednak  do  wniosku, że   należałoby mieć   w życiu   jakąś  poprzeczkę,  kwestia   tylko,  na  jakiej  wysokości ją zawiesimy:  ma być odpowiednio - nie za wysoko i  niezbyt nisko. a że  żadna  nauka w  las nie   idzie,  stanęła mi przed  oczami    zasada  wniesiona  z  korporacyjnych  szkoleń:  mówi ona, ze  przy określaniu  celów  należy zastosować regułę SMART:

każdy cel,  powinien  spełniać  następujące  kryteria:

S - specyficzny - czyli określony:   zamiast   zadbam  o siebie, lepiej  powiedzieć   -np.  będę chodzić na  base, albo zrobię  badania  

M-  mierzalny -  czyli : jak   sprawdzę  realizację  celu - jeśli trzymamy się przykładu basenowego  - będę zakreślać   kółka  na kalendarzu  ściennym, czyli będę   widzieć   ile razy  wybrałam się na  basen  i jak  jestem  zaawansowana  w realizacji celu

A-  ambitny -  cel  ma  stanowić  wyzwanie, ale...

R-  realistyczny -  dajmy sobie szansę na  zrealizowanie  go... np: mogę zaplanować, ze będę chodziła  na   basen  codziennie, ale  czy   dam  radę?  czy  wymięknę po  dwóch tygodniach i  odpuszczę sobie?
i na koniec
 
T -  w  jakim   terminie planuję osiągnięcie  celu?   kiedy  rozliczę się z realizacji?


przeanalizowałam   swoje  cele pod tym  kątem i  z postanowienia:

będę lepiej zorganizowana , co  było  niemalże z góry skazane  na porażkę,wyszło  mi: 

-kupię  lepszy  kalendarz, taki ,żebym  mogła nosić  go zawsze  przy sobie.  drugi na biurku: stacjonarny. i co najważniejsze  - będę ich  używać!
-zrobię  orientacyjny plan dnia, tygodnia, miesiąca
-powieszę  tablicę  korkową  na   notatki związane ze szkołą,  rachunki domowe itp
-będę   kasować  niepotrzebne  maile, żeby  nie robił  mi się  w skrzynce  mailowej  dziki gąszcz,   gdzie nie mogę nic  odnaleźć

 ...  będę   trzymać kciuki sama za siebie, żeby to zrealizować:)   mówią,ze wystarczy   powtarzać  dane czynność  przez  dwa tygodnie, aby   weszły w nawyk... na to  liczę,  bo   tak niezorganizowanej    osoby jak   jak   nie widziałam   dawno... i    męczy mnie to  coraz  bardziej

ale , ale ... 

żeby  nowy rok   nie  kojarzył mi się wyłącznie  z   obowiązkami, zaplanowałam  jeszcze  jedną rzecz:

nauczę się robić na szydełku w stopniu  umożliwiającym  zrobienie    pledu.   pełna    nadziei  usiadłam  w  pierwszy  dzień   roku z książka przed nosem i zrobiłam takie  cośki:











trudno mi ocenić czy technicznie   jest  w porządku ,  bo  jestem    leworęczna, a zdjęcia   w  podręcznikach  są     dostosowane  raczej   dla praworęcznych,  wiec kombinuję.   wizualnie   jest  chyba  w porządku....  
muszę się  jeszcze nauczyć  jak  łączyć  poszczególne  kwadraty ze sobą  i  będzie  pledzik   jak ta lala.   moje  córy  czekają  już w kolejce   i zamawiają   kolejne, to się   nazywa wsparcie dla matki:)

szydełko to ta łatwiejsza część  planu... teraz pozostaje mi ta druga, ta wbrew  mojej  naturze...  trzymajcie  kciuki:) bo jak zwykle , w teorii to całkiem niezła  jestem:)









Obsługiwane przez usługę Blogger.

About me

Instagram

Translate

Obserwatorzy